Infomuzyka
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 30
-
- O.C.B. [Edycja Specjalna]
- O.S.T.R.
- cena: 37,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
A C 2009-04-08
O.S.T.R. - O.C.B.: już on wie, o co w hip hopie biega (5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)
Dla Ostrego "O.C.B." to bardzo ważny album. Już dziesiąty w jego rapowej przygodzie, ale zarazem pierwszy nagrany z tak ciekawymi i wpływowymi gośćmi z amerykańskiej pierwszej ligi. Łódzki raper i producent sprawił sobie, ale przede wszystkim nam - słuchaczom, kapitalny prezent z okazji jubileuszu. Po raz kolejny blisko 80 minut muzyki, po raz kolejny płyta wydana po raptem roku przerwy, po raz kolejny poprzeczka ustawiona jeszcze wyżej. O.S.T.R. bez chwili wytchnienia, hardo idzie po swoje i zdaje się nie dostrzegać żadnych przeszkód na artystycznej drodze. Krążkiem "O.C.B." udowadnia, że można nagrywać masę muzyki, wydawać ją regularnie, nie tracąc jednak na świeżości. Wytłumaczenie takiego stanu rzeczy jest najprostsze z możliwych. Łodzianin jest pasjonatem, człowiekiem bez reszty zakochanym w muzyce i tę miłość oraz pasję słychać w każdej minucie albumu. Słychać też, co szczególnie ważne w obecnych czasach, wiele mądrych słów na temat wartości, które jakby traciły na znaczeniu - rodziny, szczerości, bezinteresowności w stosunkach międzyludzkich. Mało mamy tu odniesień do polityki, a jeśli już są to O.S.T.R. konsekwentnie rapuje o tym, co od lat go mierzi. Poza politykami i ludźmi ze świecznika kolorowych mediów dostaje się też chociażby PZPN-owi, ale Adam nie bawi się na szczęście w długie wywody socjologiczne, tylko atakuje błyskawicznymi sierpowymi. Atakuje celnie. Skoro zaś flow, głos i energia jak zwykle są u niego na bardzo wysokim poziomie, nie ma się do czego przyczepić. Szczególnie biorąc pod uwagę, że artysta prezentuje nam rozwój nie tylko w materii samej muzyki, ale przede wszystkim jawi się jako świadomy, dojrzał, odpowiedzialny człowiek. O.S.T.R. nie musiał nikomu udowadniać, że producencko to w tej chwili, posiłkując się słowami Leo "international level". Nie musiał, ale zrobił to, komponując dwadzieścia doskonałych podkładów. Jest hardkorowo w starym nowojorskim stylu ("Miłości nie ma dziś"), jest delikatnie i z domieszką soulu ("Live My Life"), ale i gęsto jak na pierwszej płycie Dilated Peoples ("Flow Virus"). Jest bardzo różnorodnie, ale co najważniejsze - bardzo równo. Z oczywistym oddaniem miejsca Haemowi, który fenomenalnie szoruje płytami w większości kawałków na albumie. Na płycie usłyszymy dużo sampli z rodzimych albumów lat 70. i 80. Bardzo ważne i sugestywne są też fragmenty kontrowersyjnego filmu "Galerianki", które O.S.T.R. wykorzystał jako swoiste skity. Zabieg ten wypadł genialnie, szczególnie gdy wycinki kontrastują z najmocniejszymi tekstowo numerami na krążku ("Nie każdy", "Po drodze do nieba"). Nie da się pominąć tematu gości, chociaż to wcale nie oni są najmocniejszym punktem albumu. Evidence świetnym emce jest, ale w kawałku "Real Game" niczym nie zachwycił, a całości brakuje chemii. Przeciwnie sprawa się przedstawia w świetnych "Cultivation" z Keithem Murray'em w formie jak z połowy lat 90., "Flow Virus" z Torae i "Live My Life", gdzie Beneficence pokazuje, dlaczego współpracuje z nim m.in. sam Diamond D. Są jeszcze pod każdym względem solidni Main Flow i Kaze w bardzo klasycznie brzmiącym "Nigdy kiedy piszę". Imponująco przedstawia się jubileuszowe dzieło Ostrego. Muzyka najwyższych lotów idzie w parze z ważnymi, mądrymi słowami. Klasyczny hip hop wciąż ma się dobrze, szczególnie, gdy biorą się za niego ludzie z pasją, wyobraźnią i niezaprzeczalnym talentem. O.S.T.R.-owi nie sposób tego odmówić. -
- Tell It Like It Is
- Stephanie Mckay
- (towar niedostępny)
Andrzej Cała 2009-04-08
Stephanie McKay - Tell It Like It Is: jak to więc jest? dobrze jest, soulowo jest! (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Ponad piętnaście lat od pierwszych kroków na muzycznej scenie, w ramach świetnej formacji Brooklyn Funk Essentials, Stephanie McKay jawi się nam jako jedna z najlepszych, najbardziej dojrzałych artystek na współczesnej scenie soulowej. Jej drugi solowy pełny album jest tego świetnym dowodem. Od braków w wiedzy gorsza jest tylko ignorancja i to na karb tych kwestii zrzucić należy opinie części dziennikarzy muzycznych w Polsce, którzy przy okazji polskiej premiery "Tell It Like It Is" próbują wmówić czytelnikom, że oto narodziła się kolejna gwiazda soulowej sceny, która już niebawem podbije cały świat. Śmiem w to wątpić, bo nic nie ujmąc Stephanie, raczej nie jest to jej plan, a nawet jeśli, to jego realizację rozpoczęła piętnaście lat temu. W tym czasie nagrała dwie płyty ze wspomnianym na wcześniej, funkowo-jazzowym składem Brooklyn Funk Essentials, wydała solową płytę "McKay" w 2003 roku i doskonałą EP-kę "Stephanie McKay" trzy lata później. Nazywanie jej więc debiutantką to głupota dużego kalibru, ale na edukację ponoć nigdy za późno. "Tell It Like It Is" to kapitalny, napędzany funk-soulowo-jazzowym groove'm manifest silnej kobiety, obdarzonej silnym głosem. Stephanie, rodowita Nowojorka wychowana na Bronxie, większość tekstów poświęca właśnie obrazowi współczesnej Ameryki patrząc przez pryzmat miasta, które zna najlepiej. Niczym Erykah Badu nie oszczędza polityków i ludzi, którzy odpowiadają za to, że tysiące młodych i starych ludzi musi żyć na krawędzi, często w poczuciu wyobcowania i beznadziei, które popychają ich do niegodnych zachowań. McKay nie stara się jednak jednoznacznie oskarżać tych, u władzy i bronić tych, którzy zostali na ulicach. Wzywa czarnoskórych ludzi do tego, by w zgodzie z dumą i przekonaniami odnaleźli swoje miejsce w społeczeństwie, nie zapominali o edukacji i przestali żyć z postawą roszczeniową. Wzywa do manifestowania wolności, ale w sposób godny i taki, w którym nasza wolność nie godzi w to samo prawo przysługujące innym. Artystka jest świetną tekściarką, bardzo szybko możemy identyfikować się z jej życiowymi przemyśleniami, łatwo też wyobrazić sobie sceny, które opisuje. Na szczęście nie są to tylko czarne obrazy, bo w piosenkach McKay wiele jest nadziei, sporo miłości i refleksji oraz wspomnień z cudownych lat dzieciństwa. Wspaniała singlowa piosenka "Jackson Avenue" to prawdziwy hołd dla Nowego Jorku lat 70. i 80., gdy w młodzieży rodziła się miłość do hip hopu, często zamiast chwytać za broń by dać upust swojej frustracji łapali oni wtedy za mikrofon, by ulicznymi bitwami freestyle'owymi zrzucać z siebie nadmiar złości. Lata młodości to też przyjaźnie zawarte na całe życie, pierwsza - jakże słodka i niewinna - miłość, świat widziany w kolorowych barwach. Wszystkie te barwy, kolory, myśli i uczucia możemy znaleźć na płycie w tekstach wokalistki. Wokalistki, której głos to silny, doskonale wyszkolony instrument, dzięki któremu nawet w oszczędniejszych muzycznie kompozycjach nie odczuwamy pustki. Muzycznie krążek jest bardzo równy, od początku do końca pulsujący mocnym czarnym brzmieniem, w którym stykają się funk, soul, jazz i hip hop. Nie mamy tu znanych producentów, większość kompozycji wyszła spod ręki Roberta Burke'a, ale swoje dołożył też np. Katalyst - fantastyczny australijski muzyk, który od dłuższego czasu mocno miesza na arenie niezależnych czarnych brzmień. (...) -
- Invaders Must Die
- The Prodigy
- cena: 55,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
A C 2009-04-08
The Prodigy - Invaders Must Die: uzależniający hałas (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Brytyjczycy powrócili do sprawdzonego schematu i muzyki, która uczyniła z nich w drugiej połowie lat 90. żywą legendę. I chociaż na "Invaders Must Die" prochu jakkolwiek nie odkryli, płyty słucha się zaskakująco dobrze. I co najważniejsze, z każdym kolejnym seansem jest lepiej! Już singlowe kawałki, czyli numer tytułowy oraz "Omen" zdradzały, że możemy spodziewać się płyty co najmniej udanej. Tak rzeczywiście jest. Im dalej słuchamy albumu tym wyższa jest jego temperatura. Muzyka The Prodigy znów pędzi niczym TGV, tyle, że to podróż znacznie bardziej emocjonująca, hałaśliwa i dzika, aniżeli w przypadku francuskiej kolejki. Nie spodziewajcie się na piątym albumie grupy jakiejkolwiek rewolucji w brzmieniu zespołu, jakiegokolwiek gonienia za popularnymi teraz trendami. Howlett, Maxim i Flint powrócili do tego, w czym zawsze sprawdzali się doskonale - mocnych, nie pozwalających ustać w miejscu kompozycji opartych o hałaśliwe wokale, intrygujące swoim połamaniem bity, krótkie partie wzięte chyba z zarzynanych do granic możliwości, tanich keyboardów. Tutaj nie ma miejsca na wysmakowaną wirtuozerię, ale tej przecież od The Prodigy nikt nie oczekuje, prawda? Hiciory, to od zawsze mocna broń Brytyjczyków. Czy i tym razem uda im się wylansować choćby jeden przebój na miarę "Breathe", "Firestarter" albo "Smack My Bitch Up"? Pierwsze dwa single z płyty poradziły sobie na listach średnio, ale na szczęście są jeszcze na albumie trzy inne nagrania, które spokojnie mogą zaszaleć. Po pierwsze absolutnie rewelacyjne "Run With The Wolves" (z bębnami Dave'a Grohla!), po drugie "Piranha" z refrenem, który na długo zostaje w głowie, a po trzecie junglowe, bardzo klasyczne "Warrior's Dance". Oczywiście nie obędzie się bez jałowych dyskusji przeciwników i zwolenników "Invaders Must Die", bo też dla jednych grupa stanęła w miejscu i kopiuje własne dokonania, dla drugich wykonała najlepszy możliwy ruch. Czasem jednak o wiele lepiej zrobić coś, w czym jest się naprawdę dobrym niż za wszelką cenę próbować pobić stare osiągnięcia. The Prodigy raz już zrobili prawdziwy muzyczny zamach i być może ciśnienie, które towarzyszy zespołowi od lat jest za duże, żeby zaryzykować raz jeszcze taką rewolucję? To w sumie najmniej istotne. Płyta brzmi konkretnie, ma w sobie mnóstwo mocy i energii, to się liczy. Najważniejsze, że stanowi idealny materiał pod koncerty zespołu, a na tych zarówno Ci, którym nowy krążek się podoba, jak i Ci, którym nie przypadł do gustu, będą z pewnością razem szaleć. Bo o tym, że The Prodigy są scenicznymi zwierzętami wie każdy. -
- Based On A True Story
- Fat Freddys Drop
- cena: 57,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Andrzej Cała 2009-04-08
Fat Freddys Drop - Based On A True Story: jamajski groove z Antypodów (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
- "Booże, jaka to jest piękna płyta Andrzeju!" - tym prostym, ale jakże pełnym emocji zdaniem zrecenzował kilka lat temu album Fat Freddys Drop jeden z moich znajomych. Blisko cztery lata po premierze materiał nowozelandzkiego kolektywu trafił w końcu do polskich sklepów. Lepiej późno niż wcale. Grupa została założona na przełomie XX i XXI wieku w nowozelandzkim Wellington. W skład formacji wchodzi siedem osób, ze wspaniałym, niezwykle charyzmatycznym wokalistą Joe Dukie'em na czele. "Based on a True Story" to ich pierwsza studyjna płyta. Od czasu premiery w 2005 roku, w rodzimym kraju krążek zyskał status siedmiokrotnej platyny, zespół zyskał międzynarodową renomę, zgarniając m.in. nagrodę słuchaczy legendarnej audycji "Worldwide" Gillesa Petersona w BBC Radio 1. Co przyczyniło się do tak ogromnego sukcesu Fat Freddys Drop? Odpowiedź jest najbardziej banalna z możliwych - doskonała muzyka. Żaden pr wielkich wytwórni, żadne sztucznie podbijane wyniki oglądalności na YouTube, żaden indie-bohemiarski hype w wyspiarskich mediach. Nowozelandczycy po prostu wspaniale łączą żywym graniem takie gatunki jak funk, soul, jazz i przede wszystkim reggae oraz dub. To, co świetnie brzmi na płycie jeszcze lepiej wypada na żywo i rzeczywiście warto podczas odsłuchu na chwilę zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że słuchamy FFD na koncercie gdzieś w pięknym miejscu. Ciepłe powietrze, pozytywna atmosfera i pełne groove'u, smaku brzmienie. Hipnotyczna perkusja, bas, rhodes, trąbki, które doskonale funkcjonują osobno, ale magię odczuwamy dopiero wtedy, gdy idą ze sobą w parze. A ponad tym wszystkim wspaniały, delikatny, bardzo szybko zapadający w pamięć wokal Dukie'go. "Based On A True Story" brzmi tak, jakby Fat Dreddys Drop nagrywając go przenieśli się z Nowej Zelandii na Jamajkę, po czym oddali nagrany materiał do obróbki mistrzom Sly'owi i Robbie'mu, a ostateczny mastering należał do kogoś z londyńskiej sceny broken beat albo z Sonar Kollektiv. Można też napisać, że brzmi po prostu zajebiście. Czasem jedno proste słowo może być najtrafniejszym meritum. -
- A-Lex [Limited Edition] [Digipack]
- Sepultura
- cena: 59,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
P Z 2009-04-08
Sepultrua - A-Lex: Nadeszło brazylijskie Bezprawie (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Dla ortodoksyjnych fanów Sepultury będzie to poniekąd "bezprawie" podwójne. Właśnie wyszła nowa płyta brazylijskiej legendy metalu. "A-Lex" jest bardzo ciekawym albumem i to z wielu powodów. Jest to pierwszy krążek bez żadnego z braci Cavalera, gdyż 2 lata temu Igor dołączył do swojego brata w Cavalera Conspiracy. Dla wielu Sepultura bez nich to jak Rolling Stones bez Jaggera bądź Metallica bez Hetfielda i nie powinni występować pod tą nazwą. Poza tym to drugi concept album po "Dante XXI", do którego tym razem inspiracją była "Mechaniczna Pomarańcza". Jedenasty album Brazylijczyków to kontynuacja klasycznego trash-metalu. Nie ma co się spodziewać żadnych muzycznych nowości. Oczywiście jest to kawałek dobrej muzyki, ale "tylko" dobrej. "Tylko" oznacza, że powinniśmy oczekiwać więcej od legendy jaką jest Sepultura. Płyta jest podzielona na cztery rozdziały, z który każdy zaczyna się instrumentalnym A-Lex. Początek jest bardzo nieciekawy, na szczęście z każdym kolejnym utworem wrażenie jest coraz lepsze. Mocne, szybkie utwory to jest to o co chodzi. Dereck Green z płyty na płytę wypada coraz lepiej i to słychać, choć nie da się ukryć, że zawsze będzie porównywany z Maxem. Niestety cały czas brakuje mu charyzmy, jaką posiada jego poprzednik. Nie znaczy to, że nie potrafi śpiewać, rozwija się, ale wciąż to trochę mało. Następca Igora Cavalary, Jean Dollabella też radzi sobie dosyć dobrze, ale brak mu tego charakterystycznego, brazylijskiego brzmienia, którym imponował Igor. Na szczęście perkusja nie jest specjalnie wyeksponowana i jako tło sprawdza się całkiem dobrze. By nie być wyłącznie malkontentem dodam, że na płycie jest parę fajnych elementów. Można m.in. usłyszeć czysty wokal Greena, chórek a także metalową wersję "9 symfonii" Beethovena. To ostatnie nie jest być może specjalnym majstersztykiem, ale słucha się bardzo przyjemnie. Jest to też dowód na to, że muzycy (a raczej Andreas Kisser, pomysłodawca płyty) nie odcinają kuponów, tylko starają się być oryginalni. Trzeba wspomnieć o trzech utworach z tej płyty. "Sadistic Values" to 7-minutowy kawałek o zmiennej rytmice, który naprawdę wpada w ucho. Jest tam łagodne wprowadzenie, z czystym śpiewem, które później przechodzi w naprawdę fajne metalowe granie. Szczerze mówiąc chyba to nagranie powinno być wizytówką "A-Lex". Drugi ciekawy kawałek to "What I do!" - brzmi naprawdę solidnie, krwiożerczo ma fajną rytmikę gitarową. Trzeci wart odnotowania to "We've Lost You", ale bynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu. Ta piosenka promuje całość, a szczerze mówiąc jest najnudniejsza. Płyta wypada lepiej niż wcześniejsze nagrania bez Maxa w składzie. Dla mniej znanych zespołów pewnie byłby to jeden z lepszych albumów, ale nazwa zobowiązuje. Jeśli członkowie Sepultury chcą pokazać, że "dusza" grupy nie przeniosła się do Cavalera Conspiracy to muszą jeszcze sporo popracować. -
- Testimony: vol. 2, Love & Politics
- India.Arie
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
A C 2009-04-08
India.Arie - Testimony: Vol. 2, Love & Politics: wciąż wielka klasa
India.Arie opuściła Motown i nagrała pierwszy album dla własnej wytwórni, w dystrybucji Universal Republic. Nieznacznie, ale wpłynęło to na brzmienie artystki. Po raz pierwszy ma na płycie tylu gości. Każdy z nich nadał albumowi odrobinę świeżości. Sama India też nie zawiodła. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pochodzącej z Denver wokalistce wielkie sukcesy, jakich doświadczyła - dziesiątki nominacji do Grammy, miliony sprzedanych płyt - ani trochę nie zmieniły. Nic a nic, w chwili premiery czwartej już w dorobku płyty zdaje się być tą samą osobą, która pod koniec lat 90. przekazała swoją tamę demo Kedarowi Massenburgowi, a ten już doskonale wiedział, jak pomóc wokalistce. Muzykę India.Arie albo polubisz od razu, albo wyda Ci się nudna, monotonna i za bardzo uduchowiona. Jej brzmienie to wypadkowa prawdziwego soulu, bluesa, klasycznego R&B i czasem gospel. Oczywiście przeważają numery prowadzone brzmieniem gitary i nienachalną perkusją, bo też w twórczości artystki "instrumenty" najważniejsze to głos i teksty. Teksty z kolei to w znacznej większości pozytywne i optymistyczne spojrzenie na życie codzienne, bez stawiania się w roli gwiazdy i kogoś ponad innych. Bynajmniej, gwiazdorstwo to coś obcego India.Arie i na "Testimony: Vol. 2, Love & Politics" wokalistka po raz kolejny nas o tym przekonuje. Nie obyło się jednak bez krytycznych uwag na temat konsumpcjonizmu, ciągłej fascynacji szybkim, wystawnym życiem, w którym nie ma miejsca na prawdziwe, szczere uczucia. India nie omieszkała oznajmić, co myśli o fałszywych przyjaźniach, patrzenia na nią przez pryzmat sukcesu, jaki osiągnęła i brzmi w tym bardzo autentycznie. Nie ma pewnie większych złudzeń, że coś tym zmieni, ale przynajmniej nie będzie mogła sobie zarzucić, że nie próbowała. Najmocniejszymi punktami płyty są świetne, bluesowe, poświęcone sytuacji w USA "Better Way" z gościnną partią samego Keb' Mo', piękna miłosna kompozycja "Chocolate High" z niezawodnym przy takich featuringach Musiq Soulchildem, a także dynamiczne "Psalms 23" z MC Lyte. Na krążku jest jeszcze kilku gości i przyznać trzeba, że Inda wkomponowała ich doskonale. Nie są to osoby, które trafiły na płytę po to, by w materiałach prasowych pojawiło się kilka znanych nazwisk, ale po to, by wnieść coś rzeczywiście wartościowego pod kątem muzycznym. Czwarta płyta w dorobku India.Arie to czwarta bardzo dobra, świetnie brzmiąca i doskonale ukazująca wrażliwość i talent artystki, płyta India.Arie. Dla fanów nastrojowego, intymnego, szczerego soulu jak znalazł. Fani bardziej imprezowych rytmów i agresywnych, bliskich dyskotece brzmień R&B nie mają tu z kolei czego szukać. -
- Mahakali [Digipack]
- Jarboe
- (towar niedostępny)
Kamil Downarowicz 2009-04-08
Jarboe - MahaKali: szalona kapłanka i zmysłowa uwodzicielka
Królowa potępionych powraca. Nadal jest mroczna, tajemnicza, niepokojąca i fascynująca zarazem. Wielbicielom dźwięków spod znaku Swans, Neurosis czy World Of Skin tej Pani nie trzeba specjalnie przedstawiać. Wszyscy inni, którzy Jarboe jeszcze nie poznali, mają teraz niepowtarzalną okazję nadrobić zaległości. "MahaKali" zawiera w sobie wszystko to, co w twórczości Jarboe La Salle Devereaux najbardziej charakterystyczne i niepowtarzalne. Główną osią tego albumu są wolne, hipnotyczne, mistyczne niemal melodie, w których najważniejszą rolę odgrywa jeden instrument - głos artystki. Pełen pasji, głęboki, wdzierający się w najodleglejsze zakątki duszy, stanowi z muzyką jedną, nierozerwalną całość. Jarobe wykorzystuje pełne spektrum wokalne, by raz brzmieć jak oszalała kapłanka jakiegoś starodawnego plemienia ("MahaKali, of Terrrifying Countenance"), to znowu jak zmysłowa uwodzicielka ("Transmogrification") czy osoba dotknięta lekką schizofrenią ("Bornless"). Te wokalne popisy okraszone są duszną stylistyką sludge metalu, epickimi pejzażami post-rockowymi oraz, co tu dużo gadać, uduchowioną atmosferą pieśni religijnych. Tytuł płyty nie jest tu bowiem przypadkowy, chodzi tu o pewnego rodzaju metafizyczne uniesienie, które ma wywołać u nas "MahaKali". I to zamierzenie spełnia się znakomicie zgaszone światło, świece, kadzidełka, słuchawki na uszach, samotność - w takich warunkach słucha się tego krążka najlepiej. Dodać także należy, że Jarboe, która udziela się często w cudzych projektach (m.in. Neurosis, Puscifer, Jesu), lubi także sama zapraszać do współpracy kolegów po fachu. I tak np. w znakomitym, akustycznym kawałku "Overthrown" można usłyszeć Philla Anselmo z kapeli Down (dawniej wokalisty nieodżałowanej Pantery), W "The Soul Continues?" męski, niski głos z wyraźnym wschodnim akcentem należy do nikogo innego, tylko do Attila Csihara z Mayhem. Chyba te dwa nazwiska wystarczą ze rekomendację? Mam nadzieję, że tak, bowiem ten album trzeba koniecznie usłyszeć i poznać. Satysfakcja gwarantowana. -
- Ladyhawke
- Ladyhawke
- (towar niedostępny)
Pan Audytor 2009-04-08
Ladyhawke - Ladyhawke: za dużo inspiracji! (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nowa Zelandia kojarzy nam się głównie z zielenią, owcami i Władcą Pierścieni. Od dzisiaj ten wyspiarki kraj może Wam się kojarzyć z Ladyhawke, której debiutancka płyta niedawno zagościła w polskich sklepach muzycznych. Na długo przed premierą tego albumu Ladyhawke zdążyła stać się prawdziwa gwiazdą Internetu. Jej pochodzenie przysporzyło jej otoczkę tajemniczej wokalistyki z końca świata, którą na starym kontynencie odkryły brytyjskie media. Miłośnicy muzycznych blogów zapewne trafili na niejedno 'maglowanie' jej pierwszego, dyskotekowego singla pt. "Paris Is Burning" (profesjonalne remiksy do wydania dołączyli m. in. Cut Copy i Alex Gopher). Trzeba przyznać, że pierwszy kawałek był prawdziwym strzałem w dziesiątkę w porównaniu z całą płytą, która nieco mnie rozczarowała. Ladyhawke jest jednocześnie taneczna i liryczna. Z jednej strony bawi skocznymi, electro-popowymi "Magic" i "My Delirium", z drugiej z marnym skutkiem udaje 'diwę' lat '80. Nie ulega wątpliwości, że dyskotekowe hity serwowane przez Pip Brown a.k.a. Ladyhawke są bardzo interesujące. Wokalistka potrafi tworzyć dramaturgię, bawi modnymi dźwiękami i nawet lekko zbasowany, zalatujący funkiem "Dusk 'Till Dawn" robi wrażenie. Niestety strona bardziej liryczna to już wyraźniejsze brzmienia lat '80, a dokładnie te nie najlepiej mi się kojarzące. Słuchając tych syntezatorów i gitary, mam wrażenie jakbym słuchał piosenek dziadków z Modern Talking a nie młodej, utalentowanej dziewczyny. Inspiracja jest niezwykle ważna, ale jej poziom zdecydowanie przyćmił to co Pip Brown miała odkrywczego do przekazania w niektórych produkcjach. Z jej muzycznej osobistości w "Back of the Van" pozostał jedynie ciepły wokal, a "Crazy World" można porównać do piosenki z soundtracku taniego serialu emitowanego w niedofinansowanej telewizji. Debiutanci to zdecydowanie moja ulubiona grupa artystów, po których zwykle nie trzeba się spodziewać zbyt wiele. Jasnowłosa Pip jest jeszcze młoda i myślę, że bardzo wiele przed nią. -
- Brass Knuckles
- Nelly
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 14 dni )
Andrzej Cała 2009-02-19
Nelly - Brass Knuckles: bez historii, bez histerii
Aż cztery lata kazał nam Nelly czekać na swoje nowe dzieło. Patrząc na okładkę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie spędził on tego okresu na siłowni, zaniedbując kwestie związane bezpośrednio z muzyką. Bez obaw - na szczęście tak źle nie jest. Nowa płyta jednej z ikon mainstreamowego rapu to przyzwoita, ale tylko w kilku momentach porywająca, dawka muzyki. Wszystkiego mamy tu po trochu - klubowych hiciorów, mocnych numerów w super-gwiazdorskiej obsadzie, ballad, trafił się też nawet utwór zaangażowany politycznie, gdy u boku Nelly'ego rapuje sam Chuck D z legendarnego Public Enemy. Generalnie na jedną rzecz warto zwrócić uwagę - w zaledwie jednym kawałku na płycie nie ma żadnego gościa. Nie wiem, czy Nelly bał się wziąć większy ciężar odpowiedzialności za treść materiału na swoje barki, czy też chciał zamanifestować, że stać go na namówienie do współpracy każdej osoby, która mu tylko wpadnie do głowy, koniec końców trudno oceniać "Brass Knuckles" jako dzieło solowe. Jest to raczej nie posiadająca myśli przewodniej składanka potencjalnych singli. Przy okazji rzuca się w oczy, że o ile względem gości Nelly naprawdę poleciał po bandzie (wymienię tylko tych najważniejszych - LL Cool J, Chuck D, T.I., Pharrell Williams, Fergie, Rick Ross, Snoop Dogg, Usher, Ashanti, Ciara, R. Kelly), o tyle obsada producencka to poza Pollow Da Donem, The Neptunes i Jermaine'm Dupri, raczej mało znani i kojarzeni ludzie. Efektem tego próżno szukać na albumie imprezowych petard do jakich przyzwyczaił nas Nelly ("Hot in Herre" czy "Grillz"), a temperatura najwyższy poziom osiąga przy "Hold Up", "Stepped On My J'z" i "Let It Go Lil' Mama" bardziej z powodu mocnych zwrotek aniżeli muzyki. Umówmy się - wszystko na "Brass Knuckles" trzyma poziom i obyło się na szczęście bez totalnych popowych gniotów, ale też momentów, które naprawdę zapadają w pamięć po wysłuchaniu krążka jest niewiele. Czuć porządny budżet i pełny profesjonalizm wszystkich ludzi czuwających przy pracy nad płytą, trudno za to wyczuć jakąś pomysłowość, chęć zrobienia czegoś świeżego, ponadczasowego. W efekcie "Brass Knuckles" da się bezboleśnie raz czy dwa wysłuchać mając za dużo wolnego czasu i... I to stanowczo wystarczy. Przyzwoite hip-popowe dzieło, nic więcej. -
- Molesta + Kumple
- Molesta Ewenement
- (towar niedostępny)
Andrzej Cała 2009-02-19
Molesta Ewenement + Kumple: prawdziwy hip hop, co będzie trwał wiecznie
Bez Wilka, ale z wieloma zaprzyjaźnionymi producentami, raperami i didżejami powraca Molesta Ewenement. No i co tu dużo mówić - powraca z wielką klasą, w stylu, o który jeszcze parę lat temu nikt by nie podejrzewał warszawską legendę rapu. Nowym albumem Molesta kontynuuje drogą obraną przy płycie "Nigdy Nie Mów Nigdy". To w pełni słuszny wybór. W parze idą doskonałe, różnorodne produkcje, mocne wersy i świetnie dopasowane featuringi. Przy obranej przez Moleściaków koncepcji nowego albumu zachodziły obawy, czy tych gościnnych kumpli nie będzie za dużo i tylko na zasadzie mnożenia głośnych nazwisk, tymczasem jest zupełnie inaczej. Raperzy są idealnie dopasowani do tematyki określonych kawałków i za każdym razem stanowią rzeczywistą wartość dodaną. Krążek rozpoczynają dwa znane już numery - "Nikt i Nic" z Wigorem na świetnym bicie Returnersów oraz singlowe, doprawdy wyśmienite "Wszystko wporzo". Zasadniczo już te kawałki doskonale oddają to, czego możemy spodziewać się na całej płycie. Bity doprawione soczystymi cutami i skreczami, pozytywne wersy o życiowych zmianach i wyborach, które odmieniły życie Moleściaków na lepsze. To już nie są wkurwione, przyspawane z browarem i jointem w ręku do ławki chłopaki - to dojrzali faceci świadomie kierujący swoim życiem, wierni ideałom, wyznawanym zasadom i dumni z tego, co osiągnęli, wiedząc zarazem gdzie idą. W zderzeniu z dokonaniami raperów z lat 90., słyszymy niesamowity progres artystyczny, ale przede wszystkim (i co najważniejsze!) ogrom doświadczenia życiowego, którym Vienio, Włodi i Pelson dzielą się ze słuchaczami. Nie sposób wyróżnić na tej płycie pojedyncze kawałki, album trzyma równy poziom od początku do końca. Na pewno jednak podobać się mogą refleksyjne "W szufladzie" (fantastyczny podkład Głośnego), ostre, świetnie zarapowane przez Pelsona, Włodiego, Mesa i Pezeta "Mówię nie", a także dedykowane potomkom "Kiedy śpisz", w którym obok Włodiego rapuje Fu. "Czasem" to solówka Pelsona przypominająca klimatem jego solowe "Sensi". "Inspiracje" Vienia z Kosim (JWP) i "refrenowym" Fiszem jest z kolei wycieczką do przeszłości i muzyczno-życiowej drogi jaką przeszli raperzy. "Tu jest tak" (świetny syntetyk Kuby O.) kapitalnie opisuje Warszawę, a "Tych kilka..." warto przesłuchać ze względu na najlepsze od dawna wersy Vienia i po raz kolejny trzymającego klasę Emila Blefa. Szkoda jedynie, że Pjusowe "Lubię się włóczyć" trafiło na płytę w wersji DJ Seba, ponieważ oryginalny bit do kawałka wydaje się bardziej klimatyczny i płynący. Piętnaście pełnowartościowych numerów, blisko godzina świetnego hip hopu. Każdy z kawałków jest oddzielną historię, a jako całość tworzą kapitalną opowieść dojrzałych facetów o życiu w wielkim mieście z jego wszystkimi pokusami, blaskami i cieniami. Tu wciąż najważniejsza jest rodzina, bliscy ludzie, wzajemny szacunek, muzyka i trzymanie się zasad, za sprawą których można spokojnie patrzeć w lustro. Molesta i ich kumple mogą patrzeć w nie ze spokojem i przede wszystkim dumą.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





