stały recenzent  Real MC

Rekomendacje:

  1. The Art Of Love And War

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 41

  • My Beautiful Dark Twisted Fantasy

    Real MC 2010-11-25

    Wydarzenie muzyczne roku i najbardziej dopracowane dzieło Kanye Westa do tej pory   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Na początku był huragan Kathrina i ostre oskarżenie w kierunku prezydenta Busha, potem kilka wybuchów złości na antenie czy parę niefortunnych wypowiedzi na oficjalnych imprezach przypieczętowanych zeszłoroczną wpadką z Taylor Swift. Kanye West niewątpliwie jest gwiazdą i kocha szum wokół siebie. Swoją piątą płytą w ciągu 7 lat, Kanye dalej stara się udowodnić, że jest ponad wszystkimi. I nawet Ci, którzy go nie lubili, nie mają wyboru - Kanye jest ewenementem w świecie muzyki. My Beautiful Dark Twisted Fantasy to jego najdziwniejsze, najmroczniejsze, najbardziej osobiste i dopracowane dzieło do tej pory. To muzyczny majstersztyk łączący hip-hop z popem, muzyką symfoniczną, gitarowymi solówkami, soulem i dowód jak zgrabnie i umiejętnie można przechodzić między tymi stylami. Jeśli się potrafi. A Kanye tego dokonuje. Płyta przekracza kolejne granice artystycznych możliwości rapera. Od otwierającego "Dark Fantasy" przez "Gorgeous" z kapitalnym refrenem Kida Cudi i ciekawym przytłumionym rapem Kanye'ego po psychodeliczny "Runaway" ta płyta jest monumentalna i dopracowana w każdym szczególe. Weźmy na przykład "All of the lights". Celebracja wystawnego życia gwiazd i jednocześnie lament nad jego konsekwencjami. Ta piosenka jest tak jak jej temat - bogata we wszystkie możliwe dźwięki - od syntetyzatorów po smyczki, wyjątkowo mocny i pewny siebie głos Fergie przeplata się z rapem Kany'ego, aby zwolnić na koniec i wybuchnąć na nowo z dodatkowym wokalem Alicii Keys. Poza niesamowicie bogatą warstwą muzyczną "MBDTF" jest także najbardziej dojrzałym tekstowo albumem rapera, gdzie dokonuje rozrachunku ze wszystkimi swoimi wewnętrznymi demonami, ciągotami i słabościami, a także wyalienowaniem i brakiem zrozumienia we współczesnym świecie. "Power" to genialna metafora władzy i upadku, "Runaway" to psychodeliczna podróż przez świat pożądania, „Blame Game” rozwija dalej ten temat, lecz już w bardziej przystępnym soulowym opakowaniu, a "Monster" na odmianę to wzbogacony utalentowanymi gośćmi hip-hop w old schoolowym stylu, który może być już teraz porównywany z takimi arcydziełami gatunku jak "Symphony" Juice Crew czy "Scenario" Native Tongues. "MBDTF" to płyta, która miała ukazać światu Kanye jako artystę i to mu się udało. Nie ważne, że kierował się tylko własnym ego i zadowolił głównie siebie. Stworzył zwarte, zróżnicowane arcydzieło, które przejdzie do historii muzyki.
  • How I Got Over
    • How I Got Over
    • The Roots
    • cena: 34,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Real MC 2010-07-08

    Kandydat do płyty roku   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Rising Down" ostatnia płyta ekipy z Filadelfii miała być w zamierzeniu ich ostatnią w karierze. Klaustrofobiczny, ciężki klimat płyty sprawiał, że była dość trudna w odbiorze. Całe szczęście zespół powraca kolejnym świetnym krążkiem "How I Got Over". Pierwsze kawałki kontynuują tematykę "Rising Down" z litanią wszystkich problemów cywilizacji i dylematów człowieka w dzisiejszym świecie. O ile przekaz pozostał podobny (a nawet wzbogacony o tematykę problemów nowej prezydentury Obamy), o tyle w wersji muzycznej jest o wiele bogatsza. "Dear God 2.0" i "Radio Days" to prawdziwe arcydzieła. Zespół dalej dokonuje właściwych wyborów w doborze gości na płycie - Peedi, PORN, Dice Raw i Blu są związani z grupą od dłuższego lub krótszego czasu, ale to prawdziwe talenty. Ciekawą decyzją jest remix piosenki Johna Legenda z jego drugiej płyty, która nie wypada jak kolejny blady remake z refrenem z recyclingu, ale jako odrębny, pełen życia kawałek na tej różnorodnej płycie. O ile pierwsza część pozostaje w tajemniczym, mrocznym i dość depresyjnym tonie, w dalszej części zespół powraca do jazzowo-soulowych korzeni, a 2 ostatnie kawałki to hip-hop, "spitting" w najbardziej surowym wydaniu. Mam nadzieję ,że nie będzie to ostatnia płyta w karierze grupy, a nawet jeśli, to jeden z najlepszych albumów tego roku, byłby dla nich odejściem z prawdziwą klasą.
  • B.o.B Presents: The Adventures Of Bobby Ray

    Real MC 2010-06-10

    Jeden z najciekawszych debiutów ostatnich lat   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    B.O.B. ,śpiewający raper z Atlanty dociera do Polski z dość dużym poślizgiem, jednak warto sięgnąć po płytę tego artysty, która jest zdecydowanie najciekawszym poza płytą Kida Cudiego debiutem hip-hopowym ostatnich lat. Moda na łączenie czystego MCingu ze śpiewaniem nie jest tak młoda jakby się wydawało, ale to dopiero nowi wykonawcy pod osobami wspomnianego Kida Cudiego i Drake'a nadali mu nowy wymiar. Z różnym skutkiem zresztą. W przypadku B.O.B. ani jego głosowi , ani flow nie można nic zarzucić . Płyta jest bardzo różnorodna - momentami ociera się o typowy południowy hip-hop (Jak w "Bet I" ze świetnym wersem T.I.), czasami o Kid-Cudową psychodelę ("Ghost in the machine", "Don't Let Me Fall"), a czasami o cukierkowy wręcz, ale wciąż ambitny hip-pop ("Nothing on you"). B.O.B. jako artysta zdecydowanie dominuje jako raper. Teksty są zaangażowane społecznie i często ocierają się o tematy mało popularne w hip-hopie (jak w "Airplanes" czy "Past my shades"), ale świetny głos, flow i teksty są nie do pogardzenia dla fanów gatunku. Do tego warto dorzucić doskonale dobranych gości na płycie, jak wspomniani Lupe Fiasco i T.I. czy Janelle Monae, goszcząca w najlepszym moim zdaniem na płycie, nostalgicznej odzie do dzieciństwa i błędów młodości - "Kids". Naprawdę świetna płyta, tchnąca kolejny powiew świeżości w skostniały świat hip-hopu i R&B. Dla fanów obu gatunków.
  • Fellini 1962-1965 (3 DVD)

    Real MC 2010-02-14

    Przełom w twórczości mistrza   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Po klasykach włoskiego neorealizmu w postaci "La strady" i "Nocy Cabirii" Fellini nakręcił genialną "La Dolce Vitę" i popadł w chwilowy kryzys twórczy, który stał się głównym tematem jego chyba największego dzieła "8 1/2". Film ten jest niejako pomostem pomiędzy realizmem z wcześniejszych filmów, a surrealizmem, który zdominował jego późniejszą twórczość. "Osiem i pół" był wydarzeniem artystycznym, który zainspirował masę twórców od Bob Fossey'a po Woody'ego Allena do nakręcenia podobnych filmów, jednak żaden nie dorównał oryginałowi. Film opowiadający o kryzysie twórczym reżysera jest na wpół autobiograficznym manifestem Felliniego. Rola artysty, jego relacje z bliskimi, destrukcyjny związek małżeński, rozrachunek z demonami przeszłości to tylko część wątków tego wybitnego filmu. Piękne czarno-białe zdjęcia i muzyka Nina Roty dodają temu filmowi ponadczasowego wymiaru, a przeplatające się z właściwą fabułą niepokojące obrazy z przeszłości, sny i fantasmagorie dodają filmowi symbolizmu i niesamowitego klimatu, niespotykanego w żadnym wcześniejszym filmie. Film rozpisano na genialne role, zwłaszcza kobiece co z mieszanym sukcesem próbowano powtórzyć w musicalu "Nine". "Osiem i pół" zrewolucjonizowało kino nie tylko ze względu na oryginalny temat, ale i unikatowy sposób jego ujęcia. Fellini poszedł jeszcze dalej w znajdującym się w pakiecie "Gulietta i duchy". To, nakręcone już w techni-kolorze arcydzieło, to feeria barw i mieszanka niepokojących obrazów, symboli, groteskowych postaci i narkotycznych wizji. O ile "Osiem i pół" wprowadzało w życie nowe techniki reżysera, "Gulietta" stanowiła w pełni już ukształtowaną wizję i obok "Satyriconu" jest jednym z "najdziwniejszych" i najbardziej intrygujących dzieł reżysera. Kryzys małżeński i podejrzenia głównej bohaterki znajdują tu uosobienie w postaci zjaw, omamów i przedziwnych postaci, które od tego filmu były w kinie określane mianem "felinisque". Do tego pięknie wydanego boksu dołączono zapomniany "Boccaccio '70" tryptyk , w którym zabawne i dziwaczne dzieło Felliniego zdecydowanie góruje nad resztą , choć nie sposób przejść obojętnie obok części innego wybitnego włoskiego reżysera- Vittorio De Sica z Sophią Loren w roli głównej.
  • Stronger With Each Tear

    Real MC 2010-01-31

    Przyzwoita płyta R&B, niestety mało oryginalna na tle wcześniejszych albumów Mary.

    Nowy krążek Mary można oceniać na dwa sposoby - jako kolejny album w jej dyskografii w perspektywie jej wcześniejszych dokonań i doświadczeń lub jako zupełnie odrębną pracę. W pierwszym przypadku widać, że płyta ta była potrzebna dla ukazania artystce kolejnego etapu w życiu - spokoju i względnego szczęścia. W drugim - jest to najgorsza płyta w jej dorobku. Problem leży w przemyślanej strategii marketingowej, aby zadowolić gusta współczesnych odbiorców. Goście w postaci Drake'a czy Trey Songz mieli kilka lat kiedy ukazał się "What's the 411?" i brak chemii z Mary jest tu ewidentny. Nieco lepiej wypadł T.I., ale gości tez na jednym z najlepszych kawałków na płycie. Data ukazania (tuż przed świętami) czy użycie koszmarnego autotune w koszmarnym singlu "The one" doskonale obrazują tą strategię. "Stronger with each tear" nie jest złą płytą. Ale pomimo, że po kilku przesłuchaniach łatwiej się do niej przekonać, pozostaje nijaka i mało oryginalna. Albumy takie jak "No more drama" czy "Mary" podzieliły odbiorców, ale wywoływały jakąś reakcję. "Stronger" nie wywołuje żadnej. Owszem, Mary J Blige deklaruje niespotykaną wcześniej pewność siebie, ale piosenki takie jak "I am", "I love you", "Hood love" czy "Each tear" równie dobrze mogłyby być śpiewane przez Rihannę czy Beyonce. Żeby nie było tak źle, dzięki talentowi Raphaela Saadiqa Mary stworzyła tu jedną z najlepszych piosenek w swojej karierze - wyciszony, przejmujący, przepełniony pasją "Color" z filmu "Precious". Na uwagę zasługuje także "I feel good", "Good love" czy zabawny "Kitchen". "Stronger witch each tear" to porządny, różnoraki album R&B, ale dla Mary J Blige jest to niestety krok w tył.
  • Zabriskie Point
    • Zabriskie Point
    • Michelangelo Antonioni
    • cena: 25,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Real MC 2009-05-12

    Poetycki obraz kontrkultury   (11 z 11 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Dzięki wielkie dystrybutorom, którzy sprowadzili do Polski ten film. Poza koneserami nazwisko Antonioniego jest u nas wciąż zbyt egzotyczne. Zainteresowani jego filmami mogą liczyć co najwyżej na parę filmów na kanale TV Kultura, albo są skazani na nielegalne ściąganie w sieci. Do genialnego "Powiększenia" i "Zawodu; Reporter" dociera do naszego kraju prawdziwie niedoceniona perełka - "Zabriskie Point". Film opowiedziany z perspektywy outsider'a, włoskiego reżysera, nie będącego bezpośrednim świadkiem wydarzeń lat 70-tych w USA, tym bardziej zadziwia trafnością obserwacji i szczerością. Okres kontrkultury w USA niewątpliwie należy do najbardziej fascynujących w historii tego kraju. Antonioni dokonuje rozrachunku z mitem rewolucji i wolnej miłości w fascynujących para-dokumentalnych dialogach (co widać zwłaszcza w pierwszych 10 min) czy zapierających dech w piersiach, statycznych obrazach w późniejszej części filmu. "Zabriskie Point" jest jakby poezją opowiedzianą w formie filmu, który zgrabnie łączy zarówno elementy sensacji i dramatu politycznego z typowymi dla Antonioniego powolnymi filozoficzno-artystycznymi kadrami. Kontrast pomiędzy szybkim życiem miasta a powolną egzystencją na pustyni podkreślony jest przez mistrzowskie ujęcia. Poza świetnymi dialogami i całą masą symbolizmów w trakcie filmu Antonioni zaskakuje tu psychodelicznymi motywami, doskonale podkreślającymi klimat tamtych lat i stan umysłu wielu hipisów. Nie bez powodu wybrał też na dwóch głównych aktorów prawdziwych przedstawicieli tej subkultury, stwarzając najbardziej naturalistyczny duet od czasów Dennisa Hoppera i Petera Fondy w "Easy Riderze". „Zabrskie Point” na pewno nie trafi do każdego. Trzeba umieć zrozumieć czasy w jakich ten film powstał oraz ideały jakie przyświecały młodym "rewolucjonistom", którzy chcieli zmienić świat. Trzeba umieć wczuć się w psychodelię, w fascynujące obrazy kamery Antonioniego, w muzykę tego filmu. Antonioniemu, pomimo, że był Włochem udało się to wzorcowo. A jak ocenia całą kontrkulturę i to przeciw czemu walczyli hipisi w tamtych czasach? Odsyłam do jednego z najbardziej oryginalnych i fascynujących zakończeń w historii filmu.
  • Chiński syndrom
    • Chiński syndrom
    • James Bridges
    • (towar niedostępny)

    Real MC 2008-06-11

    Film, który wyprzedził epokę   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jane Fonda, jedna z najwybitniejszych aktorek w historii kina, nie nakręciła w swojej 30-letniej karierze zbyt dużej liczby filmów. Aktorka, zwłaszcza w jej najlepszym okresie w latach 70-tych, dość selektywnie podchodziła do scenariuszy, odrzucając role w filmach, które jej zdaniem były mniej ważne. "Chiński syndrom" to jeden z najlepszych filmów w jej karierze. Osadzony w realiach lat 70-tych doskonale oddaje klimat niepewności i strachu przed wielkim bratem, jaki paraliżował ludzi po aferze Watergate. Film nie wpisuje się w typową konwencję tzw. spiskowych thrillerów spod znaku Alana Pakuli czy Syndeya Pollacka, ale doskonale oddaje paranoidalny klimat tych czasów. W czasach kiedy przemysł jądrowy miał się doskonale, a ludzie niewiele wiedzieli o potencjalnych zagrożeniach z tym związanych, film ten był nieoceniony. Tym bardziej, że poruszany tu temat znalazł urzeczywistnienie kilka lat później przy okazji awarii w Czarnobylu. "Chiński syndrom" został brawurowo wyreżyserowany o czym świadczy przejmujący, pełen suspensu klimat. Sceny podczas awarii, w czasie których obserwujemy tylko pełną emocji twarz Jacka Lemmona i dezorientację Fondy robią większe wrażenie niż jakiekolwiek wybuchy, które zapewne zdominowałyby podobną produkcję w dzisiejszych czasach. "Chiński syndrom" to doskonały przykład filmu, który łączy przesłanie i treść z sensacją. Nie byłoby to możliwe bez kapitalnej gry aktorów. Jack Lemmon i Jane Fonda stworzyli jedne z najwybitniejszych ról w sowich karierach, a końcowa relacja Fondy z przebiegu awarii to tak wysublimowane i kontrolowane studium całej palety emocji, że aż dziwię się, że nie przyznano jej 3 Oscara. Na uwagę też zasługuje młody Michael Douglas "zaszczepiający" klimat dzieci kwiatów w całej historii. Dla wielu "Chiński syndrom" wyda się przedawniony i nieaktualny. Niemniej, wspaniale wyważona równowaga pomiędzy treścią a sensacją sprawiają, że film ten zasługuje na większą uwagę.
  • Growing Pains [Jewelcase]

    Real MC 2008-02-12

    Kolejny świetny dodatek do robiącej wrażenie dyskografii ikony współczesnego soulu

    Mary J. Blige można zarzucić parę rzeczy, ale na pewno nie wtórność. Po 16 latach kariery i z ósmym albumem artystka tworzy znowu coś innego. "Growing Pains" to klasyczny album Mary, jednak mało podobny do poprzednich. Oczywiście, fanom old schoolowej Blige, brakuje bólu z płyt "What's the 411?" i "My Life", ale kto powiedział, że depresyjna Mary jest lepsza od szczęśliwej jest w błędzie. Na "Growing Pains" Mary dokonuje rozrachunku ze swojego małżeństwa i prywatnego życia, pasji do muzyki i tego co zawsze było obecne w jej piosenkach - miłości. Ale jak w kawałku "What Love Is" śpiewa, że miłość to także ból i ten ból nie opuszcza Mary nawet na tej płycie. Jest to jednak ból dojrzały, idący od artystki, która nie mówi o nim przez emocje (co było siłą klasyku "My Life") ale przez doświadczenie. Płytę otwiera fantastyczny singiel z przesłaniem dla kobiet (mogący być kontynuacją "Good Woman Down" z poprzedniego albumu), po czym Mary pokazuje pazur w ostrym funkowo-rock-n-rollowym "Grown Woman". W funkowym stylu utrzymany też jest niezwykle optymistyczny "Till The Morning", produkcji Neptunes, jeden z najlepszych kawałków na płycie i już dobrze znany "Just Fine". Z ballad polecam "Feel like a woman", "Hurt Again" i piękny "Smoke". Ale największym chyba dokonaniem artystycznym Mary ostatnich lat jest przepełniony pasją i emocjami "Stay Down" , który pod tym względem spokojnie mógłby konkurować z takimi arcydziełami jak "My Life", "No More Drama" czy "Your child" z poprzednich płyt. Trochę bardziej agresywny ton ma "Roses", którą to piosenkę Mary atakuje z kapitalnym hip-hopowym flow. Reszta utworów z płyty utrzymana jest w klasycznym soulowym stylu mid-tempo. Uwagę mam do 3 kawałków - "Fade Away" i "Come To Me" to dobre piosenki, ale nijak się mają do soulowego stylu i głosu Mary. To pop w czystym wydaniu, który dobrze by brzmiał na płycie Madonny czy Jennifer Lopez, nie królowej hip-hop soulu. "What Love Is" trąci z kolei banalnym podejściem do tematu. Jeśli wyciąć te 3 piosenki otrzymujemy zwarty i dojrzały album artystki, która z każdym albumem zasługuje sobie na tytuł "Arethy Franklin naszych czasów" coraz bardziej. Mary dojrzewa, a jej muzyka z nią. Aretha na pewno jest dumna! P.S. Dla koneserów polecam edycję limitowaną z DVD.
  • Mulholland Drive

    Real MC 2007-12-01

    Największe arcydzieło mistrza filmowej iluzji   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    O Mulholland Dr właściwie powiedziano już wszystko. Kilka stron internetowych i tysiące tematów na forach poświęcono analizie tego niezwykłego filmu i różnice co do interpretacji dalej dzielą kinomaniaków. W przypadku Lyncha nadmierna analiza nie jest konieczna, bo jego filmy to przede wszystkim klimat. I tak jest w przypadku Mulholland Drive. Przyznaję, że mało zrozumiałem po pierwszym obejrzeniu, ale wrażenia z projekcji pozostaną mi w pamięci na zawsze. Film otwiera mroczna sekwencja ostatniej (pozornie) podróży jednej z bohaterek tytułową Mulholland Dr, oczywiście w nocy. Intrygująca, mroczna muzyka, noc, tajemnicza piękność na tylnym siedzeniu i dwójka przerażających w swoim milczeniu bandytów z przodu, wprowadzają widza w hipnotyczny klimat bardziej niż najstraszniejsze z horrorów. Lynch składa hołd klasyce filmów noir, jednocześnie tworząc własną wizję świata, gdzie nic nie jest takie, jak się wydaje. Podróż widza w tej kranie mroczności trwa do końca filmu i nawet po niesamowitym spektaklu w teatrze Silencio nie zwalnia ani na trochę. Mało tego, zdezorientowany widz pogrąża się coraz bardziej tonąc w atmosferze tajemniczości i zmieszania. Tak samo jak bohaterowie, którzy toną w atmosferze kłamstwa, hipokryzji i przemocy w kranie marzeń jaką jest Hollywood. Wielu próbowało obalić mit Fabryki Snów, ale nikomu nie udało się tego dokonać w tak subtelny a jednocześnie sugestywny sposób jak Lynchowi. Mulholland Dr, to także studium psychologii głównej bohaterki, brawurowo zagranej przez Naomi Watts, która tą rolą paradoksalnie i całkiem zasłużenie otworzyła sobie drogę do prawdziwej Fabryki Snów. To także zasługa Laury Herring ,Ann Miller, Dana Hedayi i reszty ekipy. Czym jest Mulholland Dr? Przerażającą podróżą do innego świata? Wspomnianym studium psychologii? Atakiem na Hollywood? Filmem noir? Iluzją czy prawdą? Ten film może być wszystkim. Ale dzięki niesamowitej reżyserii Lyncha i przerażającemu nastrojowi, nawet dla tych, którzy nie rozumieją wszystkiego, jest unikalnym dziełem filmowym, którego obrazy intrygują, zapadają w pamięć i sprawiają ,że chce się do nich wracać.
  • Jazzmatazz Vol. 4

    Real MC 2007-12-01

    Powrót do formy solowej twórczości Guru   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Muszę przyznać, że po ostatnich ubogich dokonaniach solowych Guru miałem obawy, biorąc tą płytę do przesłuchania. "Streetsoul" poszedł w komercję, "Baldhead" był zaprzeczeniem artystycznego credo Guru, a "The Street Scriptures" było po prostu nudne i bez polotu. Cieszę się, że Volumem 4 Guru powraca do prawdziwych korzeni, czyli bardziej organicznej fuzji jazzu z hip-hopem. Podobnie jak na vol.3 gości tu cała plejada talentów soulu i R&B, ale ich selekcja jest bardziej rozważna i dopasowana do jazzowego flow płyty. Na uwagę zasługują też genialne, delikatne duety z Commonem, Slum Village i Blackalicious. A tak w ogóle, to cała płyta ma delikatne, spokojne, jazzujące brzmienie i z ciepłym głosem Guru, inteligentnymi tekstami i miłymi wokalami jest dowodem, że Guru jako artysta solowy powrócił do formy, jaką miał na dwóch pierwszych klasykach serii Jazzmatazz.
(Stron: 5)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!