stały recenzent  Błażej Bierczyński

[aka Kurt Steiner lub KurtSteinerPL] Absolwent filologii angielskiej Uniwersytetu Łódzkiego (specjalizacja: kultura USA), fotograf-amator, miłośnik literatury wojennej, uzależniony od muzyki filmowej, uwielbiający gry słowne, autor demotywatorów i komixxów (tworzący je nie dla "strony głównej", lecz samej przyjemności tworzenia), wyznający zasadę "scribo ergo sum", na stronach Merlin.pl ćwiczący swoje pióro.

Rekomendacje:

  1. American Beauty [Score]
  2. More Music From Gladiator
  3. Hotel Ruanda
  4. Braveheart 2 - More Music From...
  5. Edward Scissorhands / Edward Nożycoręki [OST]
  6. 16 przecznic
  7. Paul Verhoeven - The Complete Films
  8. Szeregowiec Ryan
  9. Collateral
  10. Otwarta rana Ameryki
  11. Historia przemocy

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 247

  • Krótkie spięcie 2
    • Krótkie spięcie 2
    • Kenneth Johnson
    • (towar niedostępny)

    Błażej Bierczyński 2008-11-17

    Prawdziwe kino familijne z niebanalnym przesłaniem.   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Czy film może być zabawny i wzruszający zarówno dla dzieci, jak i rodziców, mieć prostą fabułę z elementami science-fiction i jednocześnie nawiązywać do filozofii i dzieł literatury ("Pinokia" i "Frankensteina"), a przede wszystkim nieść ważne wychowawcze przesłanie? Odpowiedź brzmi: tak! "Krótkie spięcie" jest tego przykładem - niemalże "żywym", bo mimo upływu 20 lat od jego powstania, film wciąż jest świeży. Główny bohater to Johnny 5, przyjazny i głodny wiedzy robot, posiadający własną inteligencję i osobowość, pradziadek Wall-E'ego. Johnny pragnie stać się częścią ludzkiej społeczności, a to, jak nietrudno się domyślić, okaże się bardzo trudne. I tak jak pod pancerzem robota kryją się uczucia, tak z pozoru proste kino familijne jest historią o poszukiwaniu własnej tożsamości i akceptacji w oczach innych, ale i swoich własnych. Johnny przekonuje się nie tylko, co to znaczy być człowiekiem, ale i jak trudno być tym innym, tym obcym. Jego podróż przez miasto - ogromne źródło wiedzy - to podróż duchowa, która niestety odziera go z niewinności. I choć Johnny jest robotem o ograniczonej mimice, to bardzo dobrze radzi sobie z okazywaniem emocji, które gromadzą się po jego metalową obudową. Co więcej, wyrażanie uczuć oparte jest na jego głosie (czy też głosie aktora) i gestykulacji technicznie ograniczonej. Johnny 5 wzrusza jak gdyby był człowiekiem z krwi i kości, a czasem wydaje się być nawet bardziej ludzki od wielu ludzi. Bo jest coś w filmach z lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, do czego lubimy wracać. Dzieje się tak nie tylko z powodu naszego sentymentu do lat młodości, lecz także rzeczywistości, jaką te obrazy przedstawiały. W przypadku filmów science-fiction, ograniczone efekty specjalne zmuszały twórców do skupienia się na bohaterach i na fabule, co sprawiało, że zasiadaliśmy przed telewizorem ze szczerym zainteresowaniem. I nadal zasiadamy, gdy stacje telewizyjne serwują nam powtórki. Było jednak coś jeszcze. Wiara, być może odrobina dobrodusznej naiwności, że ludzie to istoty o dobrych sercach. O tym i o tamtych czasach przypomina nam właśnie Johnny 5.
  • Biznes
    • Biznes
    • Nick Love
    • (towar niedostępny)

    Błażej Bierczyński 2008-11-11

    Livin' la Vida Coca!

    Gdy coś się przeskrobie w Stanach, ucieka się do Meksyku. Ale co ma począć Angol, dla którego najlepszym wyjściem byłoby zaszycie się gdzieś z dala od brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości? Ano, może wybrać Hiszpanię. A tam, wiadomo: słońce, zieleń palm i marihuany, biel piasku i kokainy – rajska „Costa del Crime”! Nick Love porzucił na chwilę trudne tematy nękające Wielką Brytanię, o których mówił jego „The Football Factory” i do których wróci w „Eliminatorze”. Inspirowany obrazami typu „Scarface” czy filmami swego rodaka – Guya Richiego, postanowił zabrać się za kino gangsterskie z szalonymi i kiczowatymi latami 80-tymi w tle. W "Biznesie" w rolach głównych zobaczymy ekipę, z którą Nick Love pracował już przy filmie o angielskich kibolach (Danny Dyer, Tamer Hassan, Roland Manookian), ale nie tylko aktorzy wyglądają tu znajomo. Taka też jest i historia – od zera do super-gangstera. Obserwujemy, jak Frankie, chłopaczek, na którego w Wielkiej Brytanii czekały tylko kłopoty i więzienie, rozkoszuje się luksusowym życiem. Jak sam mówi (bo Love uczynił go także narratorem) – lepiej przez jeden dzień być kimś, niż przez całe życie nikim. Ale raj trwać wiecznie nie może, bo pieniądze, broń i narkotyki w końcu doprowadzają jego i jego kumpli na dno życia społecznego albo grobu. Dyskotekowe światła i blask biżuterii gasną: zbrodnia nie popłaca i nie każdy potrafi się z późniejszego bagna wydostać. Nic nowego! U Love’a jednak opowieść nabiera nieco komediowego tonu dzięki towarzyszącej wydarzeniom muzyce, modzie i stylowi życia lat 80-tych. Do tego dochodzą postacie. Zwłaszcza Danny Dyer potrafi rewelacyjnie sportretować swojego bohatera, Frankiego, i jego zmianę z zastraszonego smarkacza w rozbijającego się limuzynami i korwetami ważniaka, który zachowuje jednak wyrzuty sumienia. Nic dziwnego, że Love wciąż zaprasza go do swoich filmów – gość, wie jak grać! Zresztą, cała „biznesowa” drużyna wypada bardzo dobrze. I nawet jeśli historia wygląda znajomo, „Biznes” będzie niezłym towarem dla wielbicieli kina gangsterskiego, słonecznych plenerów, muzyki i mody lat 80-tych oraz ostrego brytyjskiego akcentu.
  • 44 minuty
    • 44 minuty
    • Yves Simoneau
    • (towar niedostępny)

    Błażej Bierczyński 2008-11-02

    Hollywoodzki PR dla policji z Los Angeles

    Los Angeles, 28 lutego 1997 r., kilka minut po dziewiątej rano. Do filii Bank of America wchodzi dwóch zamaskowanych przestępców. Ani oni, ani patrolujący ulice L.A. policjanci nie wiedzą jeszcze, że kolejne, tytułowe zresztą, 44 minuty zamienią się w próbę sił, która przejdzie do historii LAPD, zmieniając reguły dotyczące uzbrojenia policyjnych patroli i ujawniając dotychczasową bezsilność gliniarzy wobec bezwzględnych, o wiele lepiej wyposażonych przestępców. Nic więc dziwnego, że Hollywood postanowiło nakręcić o tym film fabularny, stylizowany na para-dokument. Twórcy starali się, by „44 Minutes” w jak najwierniej odwzorowywał wydarzenia z tamtego feralnego poranka. Gdy porównuję ich obraz z materiałami stricte dokumentalnymi muszę przyznać, że w pewnym stopniu im się to udało (dla potrzeb filmu sięgnięto po uproszczenia, a kilka rzeczy pominięto), więc obraz dobrze sprawdzi się przede wszystkim jako dodatkowe źródło informacji o „strzelaninie w północnym Hollywood”. By nadać produkcji bardziej wyrazisty ton dokumentu, akcja przerywana jest wywiadami z bohaterami na temat strzelaniny. Na końcu zaś widzimy prawdziwych policjantów, dekorowanych medalami za odwagę. Dynamiczne zdjęcia i montaż oddają chaos pola bitwy, jakim stała się okolica wokół banku, co jest dużym plusem filmu. Niestety, nie obeszło się bez propagandowej hollywoodzkiej nuty i powielania stereotypów. Bandyci zostali przedstawieni jako bezmyślne roboty miotające kule na prawo i lewo, a jeden z nich, mówiący z rumuńskim akcentem - jako imigrant z dawnego bloku wschodniego, który swój „amerykański sen” spełnić chce rabując uczciwych Amerykanów. I właściwie na tym kończy się ich wizerunek – nieobecni (nieżywi) głosu nie mają. Zaznaczam jednak, że nie chodzi mi tu o głosy usprawiedliwiające ich działanie, lecz z racji tego, że „44 minuty” nie są czystym dokumentem, ale filmem, który jedynie opiera się na gatunku, można było poświęcić dwóm przestępcom nieco więcej uwagi. Spójrzmy na drugą stronę: czarnoskóry policjant jawi się jako „Chrystus w mundurze”, nawracający zagubione duszyczki i niosący słowo Boże (w jednej ze scen wręcza latynoskiemu wyrostkowi Biblię). Nie chcę być cyniczny ani wątpić w odwagę i dobre intencje policjantów z Los Angeles, ale odnoszę wrażenie, że film miał być odpowiedzią na oskarżenia o rasizm, brutalność i korupcję wysuwane pod adresem LAPD, także przez żądne sensacji media (w jednej ze scen znajdziemy odniesienia do konkretnych spraw, choćby pobicia Rodneya Kinga). Zwłaszcza ckliwa, typowo hollywoodzka końcówka, psuje pozytywny odbiór filmu. Czasem komentarz jest zbędny. Wystarczy to, co widzieliśmy. Trudno mieć wiarę w słowa, zwłaszcza te, które brzmią jak echo politycznych przemówień, czy film jako całość, gdy twórcy wydają się nie wierzyć w inteligencję widza. Mimo tego uważam, że warto „44 minutom” poświęcić drugie tyle z naszego czasu. To niewielka cena za obejrzenie zapisu jednej z najsłynniejszych strzelanin w historii amerykańskiej policji.
  • Straceni chłopcy

    Błażej Bierczyński 2008-10-19

    Wampiryczne lata osiemdziesiąte w słonecznej Kalifornii   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Noszą czarne skórzane ciuchy, jeżdżą sportowymi motocyklami, słuchają ostrego rocka. Wampiry z Santa Carla - "światowej stolicy morderstw". Trudno się oprzeć wrażeniu, że i one przyczyniły się do zapewnienia tej kalifornijskiej mieścinie powyższego tytułu. Oczywiście, mało kto wierzy w istnienie "długozębnych" krwiopijców. Sytuacja zmienia się dopiero, gdy zostaje wbrew własnej woli dawcą krwi i nie może już nikogo ostrzec. Reżyser, Joel Schumacher, wprowadza w ten świat rodzinkę z Phoenix. Nowoprzybyli nie zdają sobie sprawy, że wkrótce - z pomocą dwójki nastolatków, samozwańczych "specjalistów do spraw wampirów" (którzy noszą imiona mistrza opowieści grozy - Edgara Alana Poe) będą musieli się zmierzyć z "straconymi chłopcami" (oryginalny tytuł nawiązuje do przyjaciół Piotrusia Pana - chłopców, którzy nigdy nie mieli dorosnąć, czyli pozostać na zawsze młodzi - jak wampiry). Będzie strasznie i śmiesznie, twórcom udało się bowiem zgrabnie połączyć elementy horroru i humorystyczne, które nie tylko się przeplatają, ale i uzupełniają tworząc wyjątkową atmosferę. Osobiście nieraz łapałem się na tym, że po salwie śmiechu nagłe milkłem, odczuwając prawdziwe napięcie związane z tym, co właśnie działo się na ekranie. Wrażenie robią, zresztą, nie tylko poszczególne sceny (np. wiszenie pod mostem kolejowym, po którym właśnie przejeżdża rozpędzony pociąg), ale i scenografia (choćby zapadnięty w głąb ziemi stylowy hotel z wielkim obrazem Jima Morrisona) oraz charakteryzacja (wampiry Schumachera to krwiożercze zwierzęta, a nie dystyngowani hrabiowie). Klimat i tempo opowieści dodatkowo podkreśla rockowa muzyka lat osiemdziesiątych (w wykonaniu m.in. grupy INXS) i mroczne kawałki skomponowane przez Thomasa Newmana. Warto też obejrzeć "Straconych chłopców" jako film, który np. dla Kiefera Sutherlanda lub Jasona Patricka był jednym z początkowych etapów hollywoodzkiej kariery. Jednak przede wszystkim jest to zgrabne połączenie gatunków, które współcześnie objawia się jedynie w postaci niesmacznych żartów w parodiach filmów grozy typu "Scary Movie". To pomnik epoki w kinematografii i muzyce - epoki, która się już niestety nie powtórzy, ale która - tak jak wampiry, pozostanie wiecznie młoda i nieśmiertelna właśnie dzięki takim filmom, jak "The Lost Boys". I to bez wysysania z nas krwi!
  • Eliminator

    Błażej Bierczyński 2008-10-18

    Welcome to f***ing England!

    Nick Love kolejny raz portretuje Wielką Brytanię i nie są to kolorowe obrazki z turystycznych folderów. Nie ma tu Big Bena, żołnierza w wielkiej czapie ani królowej matki. Po "The Football Factory" i zanurzaniu się w bagnie stadionowej przemocy, reżyser poszerza perspektywę, pokazując brutalny świat angielskich ulic zdominowanych nie tylko przez pseudokibiców, ale i gangi handlarzy narkotyków, znudzonych młodocianych chuliganów, pedofilów i gwałcicieli. Półświatkowi, który wypełznął z ciemnych uliczek i slumsów na spokojne przedmieścia i osiedla klasy średniej, Love przeciwstawia ludzi doprowadzonych do granic wytrzymałości. Ludzi, którzy czują, iż nie mają już nic do stracenia lub takich, którzy muszą działać, by nie stracić więcej. Ludzi, których zawiodły władze i policja. Widzimy, po jakie metody musi sięgać zwykły człowiek, by dać szansę sprawiedliwości. Coś podobnego widzieliśmy w "Długu" Krauzego. U Love'a jednak chodzi nie tylko o bezsilność uczciwych ludzi wobec kryminalistów i wymierzanie bandytom kary adekwatnej do popełnionych przez nich zbrodni. Bo czy przypadkiem za chęcią przywrócenia tej sprawiedliwości nie kryją się u bohaterów "Eliminatora" także pragnienia zupełnie innej natury? Pragnienie bycia sławnym, zaspokojenia sadystycznych żądz, poczucia się jak prawdziwy mężczyzna? Wniosek jest jeden: nie każdy jest psychicznie i duchowo gotowy na stanięcie ponad prawem i jednocześnie przeciwko niemu, gdy ono zawodzi. Jest to też zwykle walka z wiatrakami - na miejscu jednej odciętej głowy przestępczej hydry wyrasta dziesięć, w tym jeszcze silniejsza korupcja i bardziej zagmatwana biurokracja. Obraz Love'a malowany jest mrocznymi kolorami, być może jest nawet nieco przerysowany w swoim pesymizmie, co służy jednak uświadomieniu widzowi, do czego po równi pochyłej zmierza świat. "Eliminator" nie daje nadziei, bo zwycięstwo jest chwilowe, ulotne i destrukcyjne dla "ostatniego sprawiedliwego", a mgła przestępczości i agresji wydaje się nigdy nie opadać. Spowija jedynie coraz więcej ludzi.
  • Dochodzenie

    Błażej Bierczyński 2008-10-09

    Grzechy ojców i życie synów w scenerii Long Island

    Nie jest to typowy policyjny thriller pełen pościgów i strzelanin. To spokojny dramat, gdzie najwięcej mówi gestykulacja, mimika i spojrzenia bohaterów. Widzimy ich mieszkania, obserwujemy w domu, w pracy - w sytuacjach, które później okazują się być swego rodzaju wytłumaczeniem ich zachowania, a jednocześnie zapowiadają, czego możemy się po tych postaciach spodziewać. Także tych drugoplanowych czy epizodycznych, z których każda wnosi coś do fabuły - określa będąc jednocześnie określaną przez innych. "Dochodzenie" to obraz, który zapada w pamięć mistrzowską (choć często, jak w przypadku Roberta De Niro, oszczędną) grą aktorów, ale przede wszystkim treścią i wnikliwymi obserwacjami relacji międzyludzkich czy rozwiązań, do jakich czasem się uciekamy - albo z przyzwyczajenia i lenistwa, albo gdy sytuacja nas przerasta. To szczere i wiarygodne kino, przedstawiające konflikt pokoleń, który jest wynikiem fatalistycznego podejścia do życia swojego, swoich przodków i potomków, a także zwykłego zaniedbania i egoizmu. To kino mówiące o tym, że trzeba odrzucić założenie, iż życie jest tylko reakcją łańcuchową na wydarzenia z przeszłości i że nie ma się na nie żadnego wpływu. To kino uczące, na czym polega rodzicielska miłość i odpowiedzialność. Reżyser, Michael Caton-Jones, wykorzystuje wątki kryminalne do opowiedzenia o trudnych, mających skomplikowane źródła, emocjach. A te, mimo że są często skrywane głęboko pod maską "surowego twardziela" czy "cynika", są intensywniejsze i głośniejsze niż wystrzały z pistoletu czy policyjne syreny.
  • Zwiad
    • Zwiad
    • Patryk Sheane Duncan
    • (towar niedostępny)

    Błażej Bierczyński 2008-10-02

    Z kamerą na patrolu

    Wyrusza dziś na patrol z sześcioma chłopakami i swoją kamerą. Mówią na niego "MoPic". Jest kimś z zewnątrz, ale na krótką chwilę staje się częścią tego niewielkiego oddziału. Będąc zawieszonym gdzieś pośrodku, zachowuje pewną dozę obiektywizmu, a film dociera do nas nieocenzurowany - prosto z pola bitwy. "MoPic" nie zdoła wszystkiego nakręcić, chociaż będzie próbował oddać jak najwierniej realia wojny. Z drugiej strony, żołnierz kryjąc się pod ogniem też nie jest w stanie wszystkiego zobaczyć. Otrzymamy jednak coś więcej niż film instruktarzowy, niż dokument. Bo choć zadaniem "MoPica" jest zebrać materiał o tym, jak powinni zachowywać się amerykańscy G.I.'s w wietnamskiej dżungli, to przede wszystkim pragnie on poznać lepiej tych kilku chłopaków. Chce wiedzieć, czego się boją, co myślą o wojnie, jak się zmienili, co planują robić, gdy już odsłużą swoje i wrócą do domu. Trochę przypominają oni postaci z filmów wojennych, zbiór stereotypowych żołdaków. Jest tu typ przywódcy, szorstkiego, ale i opiekuńczego dla swoich ludzi. Jest "świeżak", cwaniaczek, wrażliwiec i nieco gruboskórny twardziel. I mimo, że oddziela nas od nich nie tylko ekran, ale i obiektyw kamery, między widzem, kamerzystą i żołnierzami wytwarza się pewna więź. Gdzieś znika dystans, a chłopaki zwracają się nie do urządzenia, ale do człowieka - poprzez "MoPica" kierują swoje słowa do nas. Są szczerzy, choć na początku część z nich jest poirytowana, speszona, popisuje się. "MoPic" przedstawia nam zaś ich braterstwo broni, lojalność, emocje. Pokazuje, jak każdy z nich toczy swoją własną wojnę, jak działa cały ten mikroorganizm zwany oddziałem. Okiem kamery udaje mu się uchwycić wojnę widzianą oczami zwykłych ludzi.
  • Człowiek nietoperz

    Błażej Bierczyński 2008-09-30

    Norwegia atakuje!   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Harry Hole - bohater debiutanckiej powieści Jo Nesbo, który pojawi się później w tzw. "Trylogii z Oslo". Norweski gliniarz, alkoholik, nie potrafiący ułożyć sobie życia - czy to z butelką czy bez niej. Wydawałoby się: stereotypowy przykład powieściowego policjanta. Jednak Nesbo w jakiś sposób tchnął w niego życie i wyjątkowość. Nie jest to więc kolejny detektyw z problemem alkoholowym, ale ktoś, z kim można się identyfikować, do kogo można się przywiązać. Ktoś, kto na długo pozostaje w pamięci. Również inne postacie występujące w książce, bez względu na to czy pierwszo- czy drugoplanowe, są "żywe", prawie "namacalne". Gdy czytam ich wypowiedzi, opisy ich wyglądu, zachowania, naprawdę je widzę - w pełnym kolorze, z różnych perspektyw. Andrew, Birgitta, Otto, Toowoomba - oni tam są! I jest coś w stylu pisania tego skandynawskiego autora, co sprawia, że jego książki stają się... filmowe. Tak, filmowe! Być może Nesbo odziedziczył tę rzadką zdolność po swoim ojcu, który wypełnił dzieciństwo małego Jo fascynującymi opowieściami. Dzięki językowi pisarza czytelnikowi z łatwością przychodzi odtworzenie w głowie świata przedstawionego. Idealne jest też tempo, w jakim ten świat zostaje naniesiony na kliszę naszej wyobraźni, jest doskonale dobrane do sytuacji - nie jest nużące ani nie powoduje zagubienia. Co więcej, między wersami czy też bezpośrednio, autor przekazuje bardzo dużo informacji, nie tylko o pracy policji, zwłaszcza wydziału zabójstw, ale i medycynie, psychologii czy też o kulturze danego kraju. Z "Człowieka-nietoperza" dowiadujemy się wiele nie tylko o relacjach między Aborygenami a białymi, ale i o wierzeniach, obyczajach, tradycji rdzennych mieszkańców Australii. Świadczy to o tym, iż Nesbo przygotowuje się merytorycznie do swej pracy, o tym, że nie zależy mu na "taniej sensacji", ale na powieści rzetelnie napisanej pod każdym względem, gdzie temat jest potraktowany poważnie. Jest to również dowód na to, że szanuje swojego czytelnika. I aż trudno uwierzyć, że pomysł na fabułę "Człowieka-nietoperza" zrodził się w głowie wówczas trzydziestokilkuletniego Norwega na pokładzie samolotu lecącego z Oslo właśnie do "krainy kangurów".
  • Lęk
    • Lęk
    • Paddy Breathnach
    • (towar niedostępny)

    Błażej Bierczyński 2008-09-28

    Na grzyba wam te grzybki!

    Grupka amerykańskich nastolatków na zupełnym odludziu. Grupka to bardzo stereotypowa: jest hippie-luzak, osiłek-przygłup, typ przewodnika, zwykła, rozpieszczona i nieco dziwaczna dziewczyna, dobrani w trzy pary. Dzieciaki, wyznając zasadę "sex, drugs & rock'n'roll", przyjeżdżają w irlandzkie knieje ostro się zabawić. Zamiast rock'n'rolla słuchają przerażających opowieści. Za "drugs" służą im grzybki-halucypki. Problem w tym, że mamy tu dwa rodzaje grzybków. Po jednych ma się tylko jazdę. Po drugich, istnych biletach w jedną stronę, można się przekręcić albo wrócić zupełnie odmienionym. Widzi się wówczas przyszłość, a przede wszystkim śmierć innych ludzi. Booo! Przerażeni? Chwila-moment! Dodajmy jeszcze poprawczak prowadzony niegdyś przez sadystycznych mnichów i rzeźnię, która miała tam miejsce, oraz tajemnicze postaci błąkające się po lasach. Wystarczy? Mnie raczej tak, bo ile razy można oglądać takie historie? Nietrudno zgadnąć, kto i w jakiej kolejności zginie i jakiego rodzaju błędy popełnią bohaterowie, by ułatwić wyeliminowanie ich z gry. Jedynie dość ciekawe zakończenie wyróżnia ten horror spośród podobnych produkcji, choć być może wielu widzów już w trakcie filmu wyczuje pismo nosem i przewidzi finał - i to bez zażywania grzybków-halucypków uzbrajających nas w szósty zmysł. Owszem, nie brakuje "Lękowi" atmosfery, można się przestraszyć, ale zbyt wiele już postało podobnych filmów, zbyt odporni staliśmy się na takie "strachy na lachy". Mimo tego jednak polecam "Shrooms" do obejrzenia w jesiennym wieczór po owocnym grzybobraniu - tak w ramach wolnego od halucynacji rozluźnienia.
  • City - Prace miejskie

    Błażej Bierczyński 2008-09-28

    MZUK - Mały Zestaw Usług Komunalnych   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Lego podsyła do pokoju dziecięcego "konia trojańskiego", który drogą zabawy uczy malucha nieśmiecenia na ulicy. Optymistycznie nastawiony do pracy ludzik (wystarczy spojrzeć na jego minę!) w charakterystycznym pomarańczowym uniformie zbiera na szuflę rozmaite drobiazgi, najczęściej małe klocki, które zawieruszyły się po wielkich budowach. Wrzuca je na taczkę (musi się przy tym wykazać nie lada zręcznością, bo niestety nie dostał szczotki, która na pewno byłaby pomocna), a następnie wraz z zawartością niewielkiego kubełka umieszcza w kontenerze. Co prawda, nie jest to może zgodne z polityką segregacji odpadów, ale od czegoś trzeba zacząć. A dzięki temu zestawowi maluch nie tylko zacznie dbać o swój pokój, ale nauczy się też samemu nie śmiecić na ulicy i szanować pracę ludzi dbających o czyste chodniki i trawniki, których czasem spotyka w drodze do przedszkola czy szkoły. Zestaw składa się bardzo szybko, można nim uzupełnić inne, większe komplety z serii Lego City i stworzyć prawdziwie "tętniącą życiem" ulicę miasta.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!