stały recenzent  Błażej Bierczyński

[aka Kurt Steiner lub KurtSteinerPL] Absolwent filologii angielskiej Uniwersytetu Łódzkiego (specjalizacja: kultura USA), fotograf-amator, miłośnik literatury wojennej, uzależniony od muzyki filmowej, uwielbiający gry słowne, autor demotywatorów i komixxów (tworzący je nie dla "strony głównej", lecz samej przyjemności tworzenia), wyznający zasadę "scribo ergo sum", na stronach Merlin.pl ćwiczący swoje pióro.

Rekomendacje:

  1. Stalingrad
  2. American Beauty [Score]
  3. More Music From Gladiator
  4. Hotel Ruanda
  5. Braveheart 2 - More Music From...
  6. Edward Scissorhands / Edward Nożycoręki [OST]
  7. 16 przecznic
  8. Fanatyk
  9. Paul Verhoeven - The Complete Films
  10. Otwarta rana Ameryki
  11. Historia przemocy
  12. Ofiara 44

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 247

  • Zombie SS
    • Zombie SS
    • Tommy Wirkola
    • cena: 20,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Błażej Bierczyński 2010-06-09

    Gdzie Nazi-zombie mówią dobranoc!   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Skandynawia atakuje! Nie tylko frontem atmosferycznym czy dobrą literaturą (vide norweski pisarz Jo Nesbo), ale też i hordami zombie w niemieckich mundurach. Zimne jak lód żywe trupy z SS-owskimi emblematami straszą wśród fiordów, obowiązkowo pozbawiając życia (ciężko się w końcu pozbyć starych nawyków) entuzjastów zimowego wypoczynku. Nie są to jednak typowe zombie a’la Romero, bezmyślne bałwany, którym trzeba strzelić w głowę, by raz na zawsze się ich pozbyć. Te śniegowe bałwany używają broni i narzędzi, komunikują się między sobą (mają też swojego przywódcę w czapce z trupią główką), giną nie tylko od uszkodzeń w obrębie mózgu i nie powiększają swojej małej armii o kolejnych ugryzionych, za to lubują się w rozwałce i rozrywce polegającej na sadystycznym (i znów te przyzwyczajenia z czasów wymarzonej tysiącletniej III Rzeszy) wykańczaniu turystów. I tu właśnie fani gatunku gore nie będą rozczarowani, bo twórcy nie żałowali sztucznej krwi i atrap wnętrzności. Zwłaszcza, że czerwień pięknie prezentuje się na śniegu. Jest to momentami doprowadzone do granicy absurdu, gdzie wyłożony czerwono na białym atlas anatomiczny przestaje przerażać i choć może nie bawi w dosłownym tego słowa znaczeniu, to rozśmiesza w kwestii czego to twórcy horrorów nie wymyślą i czego jeszcze nie było w serii filmów „Piła”. Fabularny szkielet (z paroma nielogicznościami) nie różni się niczym od podobnych produkcji – grupa nastolatków nastawionych na „sex, drugs & rock’n’roll” (i podobnych do siebie, więc tworzących właściwie bezosobowego bohatera zbiorowego), odludzie, zero szans na pomoc z zewnątrz, psychopatyczne potwory, kwestia kto zginie pierwszy lub ostatni (lub ewentualnie przeżyje), a kto w międzyczasie. Plus: zostawienie możliwości nakręcenia drugiej części. Reżyser, Tommy Wirkola, podszedł jednak to tematu z całkiem sporą dawką czarnego humoru, co jakiś czas mrugając do świadomego „horrorystycznie” widza i podrzucając wspomniane okropności, które w pewnym momencie już przestają budzić odrazę. Jeśli jest to świadomy pastisz gatunku – komedio-horror, który miał wytknąć i wyśmiać pewne trendy, wyszło nie najgorzej, choć „Dead snow” nie jest też szczególnie rewolucyjnym projektem. Nie łudźmy się – nie wyznaczy żadnego nowego kierunku wśród horrorów, choć fani gatunku mogą go obejrzeć jako egzotyczną ciekawostkę. Cieszy jednak fakt, że twórcy „zombie-movies” zaczynają sięgać po drugą wojnę światową jako tło do filmowych wydarzeń. Byle jeszcze pokusili się o oryginalność, bo pastiszów też nie można kręcić wiecznie.
  • Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej
    • Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej
    • Sam Mendes
    • (towar niedostępny)

    Błażej Bierczyński 2010-01-11

    O spalaniu tłuszczu żołnierskich dusz w żarze pustynnego słońca

    „Mam 20 lat i byłem na tyle głupi, by się zaciągnąć.”, mówi Swofford, jeden z tytułowych jarheadów w wywiadzie dla dziennikarzy, a instruktorowi musztry rzuca w twarz, że jest w United States Marine Corps jest tylko dlatego, że zgubił się w drodze do college’u. Jednak, choć narratorem filmu jest „Swoff”, bohater jest tu zbiorowy. „Słojogłowi”, żołnierze piechoty morskiej, to młodzi mężczyźni, którzy z rozmaitych powodów trafili do wojska – zamiast więzienia, przez rodziną tradycję, bo tak nakazywało im serce. Są elitą amerykańskich sił zbrojnych, a snajperzy-zwiadowcy (wśród nich Swoff), na których film się skupia, to mistrzowie nad mistrzami w wojennym rzemiośle. Ekranizacja powieści pod tym samym tytułem (przypominającej czasem „Na Zachodzie bez zmian”, czasem „Paragraf 22”), autorstwa właśnie Anthony’ego Swofforda, nie jest jednak filmem na cześć USMC. To raczej obraz codzienności zwykłego żołnierza, który mierzyć się musi z wrogiem, gdy wreszcie wyruszy na wojnę, ale również z absurdami koszarowego i frontowego życia. Synowie weteranów z Wietnamu, zaciągają się do Korpusu pełni wyobrażeń o tym, jak wojsko uczyni z nich prawdziwych mężczyzn. Wojenne filmy, jak „Czas apokalipsy”, oglądają kilkanaście razy z wypiekami i fascynacją niczym młodzi chłopcy pierwszego pornosa. Uczą się strzelać, by zabić, a na wojnę w Zatoce Perskiej jadą ze świadomością, że dopiero gdy kogoś rozwalą, staną się prawdziwymi marines. Ta jednak oszczędza im wymarzonego egzaminu z męskości. Swoff i jego koledzy patrolują pustą pustynię, rzucają granatami i strzelają do nieistniejących celów, czas wolny spędzając na masturbacji, głowieniu się na wiernością swoich dziewczyn, narzeczonych i żon, uzupełniając płyny i oddając mocz. I czekając: na niewidzialnego wroga, starając się przeżyć przypadkowe ostrzelania przez własne oddziały i chroniąc pola naftowe. „Jarhead” to także film o wojnie, która bez względu na to, jak się toczy, na zawsze pozostanie głęboko okopana w głowach tych, którzy w niej walczyli. Symbolizuje to karabin, wieczna gotowość do jego użycia, wręcz intymny związek dłoni z kształtami śmiercionośnego narzędzia. Sam Mendes nie zawarł w filmie wszystkiego, o czym pisał Swofford. Wybrał jednak najważniejsze wątki i elementy z powieści, by nie stracić jej przesłania. „Jarhead” to film o ogromnej mocy, do którego nie sposób nie wrócić, do którego trudno się nie odnieść rozmawiając o wojnie w filmie, którego fragmentów trudno nie przytoczyć. Jest to zasługa nie tylko samej powieści i opartego na niej scenariusza, ale również wyrazistej gry aktorskiej Jake’a Gyllenhaala, Petera Sarssgaarda i Jamie Foxxa. Obraz uzupełniają świetnie dobrane piosenki (np. piękna ballada „Soldier’s Things” Toma Waitsa) jak również genialna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Thomasa Newmana, który pracował już wcześniej z Mendsesem przy „American Beauty”. „Jarhead” to kino wojenne, które zada wam wiele pytań, ale udzieli też kilku niełatwych odpowiedzi. Get some, marines!
  • Dzieje snajperów od roku 1914 do czasów najnowszych

    Błażej Bierczyński 2010-01-05

    Kim jest strzelec wyborowy?   (6 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kim tak naprawdę jest snajper? Czy jest nim każdy strzelający z ukrycia lub każdy wyposażony w karabin z lunetą? Czy prawdziwe znaczenie słowa „snajper” czy „strzelec wyborowy” nie straciło na znaczeniu przez nadużywanie tego terminu przez media? I wreszcie, jak działają ci wyjątkowi żołnierze, z czego strzelają, jak się poruszają, jakie sposoby maskowania wykorzystywali – na te pytania odpowiada historyczny zeszyt Martina Peglera pt. „Dzieje snajperów”. Choć tytuł sugeruje opracowanie tematu od wybuchu I wojny światowej, w rzeczywistości autor w ramach wprowadzenia przywołuje początki strzelectwa precyzyjnego, które było zalążkiem snajperskiego fachu, sięgające 1643 roku. Opisawszy strzelców wyborowych z czasów amerykańskiej wojny o niepodległość, wojny secesyjnej i wojen krymskich i burskich, Martin Pegler dokładnie opisuje tych wyjątkowych żołnierzy, ich taktykę, sposoby maskowania, szkolenie, używane karabiny, lunety i amunicję z czasów I i II wojny światowej oraz w konfliktach po 1945 aż do czasów współczesnych. Szczegółowe, ale zrozumiałe nawet dla laików opisy, uzupełniają liczne zdjęcia oraz charakterystyczne dla zeszytów historycznych wydawnictwa Osprey, barwne ilustracje, w tym przykłady rozmieszczenia stanowisk strzelców wyborowych we francuskim miasteczku w 1944 roku. Choć najwięcej miejsca poświęcono snajperom amerykańskim, brytyjskim, niemieckim i rosyjskim, polski czytelnik znajdzie wzmiankę także o naszych żołnierzach, którzy poważnie dali się we znaki hitlerowskim oddziałom piechoty. Jedyne moje zastrzeżenie dotyczy nie samej treści, a polskiego tłumaczenia słowa „sergeant” jako „plutonowy” czy terminu „ghillie suit” jako „garniturek krzak”. Nie wpływa to jednak na ocenę oryginalnej zawartości książki. „The Military Sniper since 1914” stanowi bardzo dobre wprowadzenie dla każdego, kto chciałby uzyskać rzetelne informacje o strzelectwie wyborowym lub poszerzyć swoją wiedzę o kilka szczegółów, zwłaszcza jeśli zamierza sięgnąć po obszerniejsze i bardziej wyczerpujące pozycje, jak np. „Out of Nowhere”, także Martina Peglera, czy książki naszego rodaka, pułkownika Marka Czerwińskiego.
  • Broń Strzelecka XX stulecia

    Błażej Bierczyński 2010-01-05

    Przegląd broni strzeleckiej XX wieku   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    300 modeli broni strzeleckiej – liczba to niemała, choć gdybyśmy chcieli w podobnej publikacji umieścić wszystkie strzeleckie wynalazki minionego stulecia wraz z modernizacjami, książkę zapewne trzeba byłoby podzielić na kilka tomów. Zamiast tego Chris McNab, proponuje nam w formie leksykonu wybór wspomnianych najsłynniejszych 300 pistoletów i rewolwerów, pistoletów maszynowych, karabinów maszynowych, powtarzalnych i samoczynnych (samopowtarzalnych, szturmowych), strzelb i granatników. Zgodnie z nazwą, jest to rzeczywiście podręczny leksykon, który pozwoli czytelnikowi szybko zidentyfikować daną broń i dowiedzieć się kilku szczegółów na jej temat z tabeli zawierającej informacje o kraju, gdzie broń jest produkowana, kalibrze, wymiarach, masie, pojemności magazynka, zasadzie działania, prędkości wylotowej pocisku czy zasięgu. Tekst pod ilustracjami (część z nich to przekroje, choć bez legendy) poświęcony jest krótkiej historii modelu, ciekawostkom na jego temat, wadom i zaletom, bez wdawania się w techniczne detale, które czytelników dopiero zaczynających swoją przygodę z militariami mogą na początku odstraszać fachowymi słownictwem. Terminy wielokrotnie używane z leksykonie, np. zamek otwarty/zamknięty, mechanizm wykorzystujący krótki/długi odrzut lufy są wytłumaczone na końcu książki w niewielkim słowniczku. Oczywiście, można by się spierać co do zaprezentowanego wyboru. Z rodzimych modeli znajdziemy tu niestety tylko pistolet 9mm VIS wz. 1935, choć z powodzeniem mógłby się tu znaleźć także 9mm PM-84 Glauberyt, bardzo wysoko notowany pistolet maszynowy, czy jego wcześniejsza wersja PM-63. Selekcja w takim przypadku jednak zawsze będzie subiektywna, ale nie zmienia to faktu, że leksykon Chrisa McNaba jest ciekawą pozycją, a wybór akurat tych 300 przykładów broni strzeleckiej jest przemyślany. Profesjonalistów i znawców tematu, mających na co dzień kontakt z bronią strzelecką, pozycja ta najprawdopodobniej nie zaskoczy, ale dla tych, dla których militaria i historia broni palnej to główne hobby i pochłaniacz większości czasu wolnego, może być ona dobrym źródłem uzupełniającym wiedzę.
  • W odwecie
    • W odwecie
    • Dan Reed
    • cena: 19,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Błażej Bierczyński 2009-12-01

    Skomplikowana natura vendetty

    Poznają się przypadkiem, ona nie ma z kim iść na nudne przyjęcie, on nie ma nic innego do roboty, a poza tym mają na siebie ochotę. Niestety, w drodze powrotnej z imprezy zostają napadnięci przez grupę oprychów. Bandyci ją brutalnie gwałcą, jego katują do nieprzytomności. Bezpieczne światy runęły i każde z nich najchętniej wyrzuciłoby tragiczną noc z pamięci, zmyło czy wręcz starło z obrzydzeniem wstyd, zakryło rany przed wszystkimi dookoła. Ale oto jeden z nieznanych sprawców znów się pojawia – zupełnie przypadkiem, na jej drodze. Kto nie chciałby skorzystać z okazji do zemsty? Wymierzyć sprawiedliwość jednak nie jest tak łatwo. W „Straightheads” Dan Reed skontrastował ze sobą dwie postaci - Alice - kobietę sukcesu, córkę żołnierza, która nie potrafi być bierna, musi działać, i Adama - życiowego szaraka, na którego ludzie patrzą z góry z powodu jego wieku, pracy, pochodzenia. Dwójka zupełnie różnych i obcych sobie ludzi, których łączy chwilowe pożądanie, nagle – przez tragiczne wydarzenia, staje się partnerami w planowaniu vendetty, gdzie to właśnie Alice (jako córka żołnierza) wydaja się być tą, która podejmuje decyzje. Alice i Adam nie są więc tak naprawdę partnerami, bo w różnych momentach ich „związku” któreś z nich ma zawsze przewagę – przede wszystkim psychiczną, nad drugą stroną. Reżyser, stawiając obok siebie tę dwójkę, ukazał zmieniające się jak w kalejdoskopie uczucia, gdy skrzywdzeni są coraz bliżej wymierzenia sprawiedliwości oraz przedstawił to, w jaki sposób bohaterowie muszą zmagać się z następstwami przemocy, z tym, w jaki sposób gwałt i pobicie odbiło się na ich odpowiednio żeńskiej i męskiej tożsamości. Jednocześnie, nie odkrywając wszystkich kart do samego końca (trzymając asa w rękawie w postaci wersji wydarzeń samego gwałciciela), Reed rozbudował wątek zemsty, która może obrócić się w coś konstruktywnego, oczyszczającego, lub która może przerosnąć szukających jej ludzi. Tych zaś ukazuje pod koniec miotających się między ostatecznym pchnięciem a konsekwencjami – nawet nie tyle prawnymi, co emocjonalnymi. Na pochwałę zasługuje stojąca na wysokim poziomie gra Gillian Anderson jako Alice, Danny’ego Dyeara w roli Adama i Anthony’ego Calfa, który wcielił się w trudną rolę mężczyzny dokonującego gwałtu niejako wbrew sobie, nie mając innego wyboru. „W odwecie” to mocne, brutalne, szczere kino, uciekające od typowego filmu o zemście, ukazujące szerokie spektrum ludzkich zachowań, postaw i uczuć oraz skomplikowane relacje kat-ofiara.
  • Pistolety. 500 fotografii

    Błażej Bierczyński 2009-11-26

    Pistoletowa mapa świata na fotografiach   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Słysząc słowo „Colt” niektórzy pomyślą o typowym rewolwerze z magazynkiem bębnowym rodem z westernów, inni o pistolecie Colt M1911 kaliber 11,43mm. Na hasło Beretta, większość z nas będzie miała przed oczami słynną dziewiątkę Beretta 92F, którą rozreklamowały serie „Die Hard” i „Lethal Weapon”. A przecież pod nazwami wspomnianych „klamek”, mogą kryć się pistolety takie jak Colt Double Eagle, Colt Delta, Beretta 85B czy Beretta Caugar. Okazję, by zobaczyć, o jakich modelach mowa (bez pytania Wujka Google czy Cioci Wikipedii, tylko biorąc do ręki tradycyjną książkę) daje album „Pistolety”, przedstawiający ogromną różnorodność krótkiej broni palnej, dzieląc pistolety wg krajów w jakich je wyprodukowano. To właśnie znajdziemy w rozdziale „Pistolety samopowtarzalne” – niektóre z państw mają do dyspozycji od kilku do kilkunastu stron (np. USA czy Niemcy), inne mieszczą się w grupie trzech na jednej czy dwóch stronach (Dania, Egipt, Meksyk, Pakistan). Ta część zajmuje znaczną większość książki. Pozostałe strony autor poświęcił pistoletom skałkowym, kapiszonowym i odtylcowym na początku albumu, by na zakończenie przedstawić również pistolety sportowe, pneumatyczne oraz „nietypowe”, czyli np. pistolety podwodne, połączone ze scyzorykami, 2- i 4-lufowe. Każda z tych części, z niewielkim wyjątkami, zawiera porządnej jakości zdjęcia – jest czym strzeleckie oko nacieszyć! Czego zabrakło, to daty produkcji poszczególnych pistoletów (nie zawsze rok jest zawarty w nazwie) oraz informacji na temat licencji udzielanych innym krajom na produkcję danego pistoletu. Np. 9mm Taurus PT92 (zwany „brazylijską Berettą”, gdyż wygląda jak wspomniana Beretta 92F) jest pistoletem brazylijskim produkowanym przez Forjas Taurus, a w Miami znajduje się afiliowana spółka. Taurusa znajdziemy tu wśród pistoletów amerykańskich, a Brazylii jako takiej w albumie niestety zabrakło. Z drugiej strony, co jest sporym plusem, w albumie pokazano zdjęcia egzemplarzy pistoletów, których prawdopodobnie nie znaleźlibyśmy w encyklopediach broni palnej, nawet tych skupiających się na broni krótkiej. Jest tu m.in. luksusowy grawerowany Parabellum P08 wykonany specjalnie dla Göringa, Parabellum P1900 American Eagle – podobny model, przeznaczony do testów w USA czy polski VIS w unikatowej wersji z dedykacją dla ministra spraw wojskowych gen. Kasprzyckiego, gdzie produkcyjne oznaczenia specjalnie przeniesiono na potrzeby umieszczenia dedykacji. Dla wszystkich zainteresowanych historią broni palnej oraz militariami, w tym kinomanów, którzy zwracają uwagę z czego strzelają filmowi bohaterowie i swoje spostrzeżenia sprawdzają na stronach Internet Movie Firearms Database (szeroki uśmiech pojawi się na twarzach fanów horrorów zombie, gdy zobaczą, co znajduje się w tle strony rozpoczynającej rozdział „Pistolety samopowtarzalne”), album stanowi dobre uzupełnienie obszerniejszej literatury fachowej. Przy niemalże kieszonkowych rozmiarach, to całkiem poważny kaliber.
  • Gettyimages lata 40

    Błażej Bierczyński 2009-11-26

    Lata 40, ale głównie w Wielkiej Brytanii

    „W przeciwieństwie do pozostałych dziesięcioleci XX wieku, lata czterdzieste należałoby podzielić na dwa okresy: okres wojny i zniszczeń do 1945 roku i okres odbudowy” – są to słowa wstępu do albumu „Lata 40”. Z jedenastu rozdziałów, sześć („Wojna totalna”, „Front wewnętrzny”, „Wyposażenie i wyszkolenie”, „W stronę pokoju”, „Powrót do normalności” i „Nowe państwa, nowe problemy”) jest ułożonych według tego podziału. Pozostałe pięć („Rozrywka”, „Styl życia”, „Sport i czas wolny”, „Dzieci” i „Fenomen ludzkiego życia”) przedstawia fotografie nie zgodnie z mijającymi latami, lecz czysto tematycznie. Zabrakło, co prawda, informacji, kto jest autorem poszczególnych zdjęć (poza kilkoma, gdy zaznaczono, że jest nim Frederick Ramage), ale ogromną zaletą są podpisy w trzech językach – angielskim, niemieckim i polskim. Warto przeczytać je wszystkie, by wyłapać terminy, których nie oddano w tłumaczeniu (np. „Mills-bombs”, czyli „granaty Millsa”, przetłumaczono po prostu jako „granaty”). Zdjęcia wywołują całe spektrum emocji, przykuwają uwagę, zaciekawiają. I choć zabrakło tu wielu, których moglibyśmy się spodziewać (np. zatknięcie flagi na Iwo Jimie), to są to fotografie uzupełniające obrazy drugiej wojny światowej. Są to jednak (i jest to największy minus tego wydawnictwa) zdjęcia przedstawiające życie przede wszystkim Brytyjczyków, Niemców, Amerykanów i Rosjan – z przewagą fotografii przedstawiających w różnych aspektach tych pierwszych. Polski czytelnik poczuje się rozczarowany widząc, że naszemu krajowi poświęcono naprawdę bardzo mało uwagi – zdjęcia z Polski można policzyć na palcach jednej ręki. Faworyzujące tylko wybranych stanowisko widać np. w rozdziale „Nowe państwa, nowe problemy”, gdzie skupiono się prawie w całości na nowopowstałym Izraelu, Indiach i Pakistanie. O tym, w jakiej sytuacji znalazła się Polska nie ma nawet słowa czy migawki. Powstanie Warszawskie to jedna fotografia pt. „Warszawa. Sierpień 1944. Niemieccy cywile schwytani przez polskich patriotów.” Jak na album zawierający grubo ponad 300 zdjęć, te kilka fotografii (w większości dotyczących obozów koncentracyjnych) to trochę za mało, zwłaszcza przy ilości przedstawiających wojnę i życie w latach czterdziestych w Anglii. Polska, zaatakowana z dwóch stron, a tak intensywnie biorąca udział w walkach nie tylko na swoim terytorium, ale w bitwie o Anglię, we Włoszech, we Francji, zmuszona sprzymierzyć się z dawnym agresorem, zasłużyła chyba na nieco więcej uwagi. Niestety tradycją wśród wydawnictw i autorów zza Kanału La Manche jest podejście do Polski, w którym wyczuwalny jest bagatelizujący nasz udział ton. Nie chodzi mi tu bynajmniej o odwrotną sytuację – że to zdjęcia z Polski miałyby się znaleźć w większości, ale o obiektywizm, chęć zgłębienia rzetelnej wiedzy i przekazania jej innym. Album sprawdzi się na filologii angielskiej na zajęciach z kultury czy historii Anglii, ale nie pomoże on zbytnio poszukującym panoramicznego ujęcia lat 40 ubiegłego stulecia.
  • Bunkier SS

    Błażej Bierczyński 2009-11-26

    Bunkier SS, czyli Bunkier Straconej Szansy

    Granica belgijsko-niemiecka, rok 1944. Wycofujące się w panice resztki niemieckiego oddziału szukają schronienia w bunkrze, będącym częścią Linii Zygfryda. Jednak to nie nacierający Amerykanie stanowią dla Niemiaszków największe zagrożenie. Śmierć bowiem czai się w nieukończonych podziemnych korytarzach żelbetonowej konstrukcji. Żołnierze przestają wierzyć swoim zmysłom i sobie nawzajem, a sama budowla ze swym labiryntowym charakterem nie ułatwia im nie tylko obrony przed wrogiem z zewnątrz, ale przetrwanie we własnym gronie, gdzie każdy zaczyna być podejrzany. „Bunkier SS” (dodanie tych dwóch złowieszczych liter do tytułu miało za pewne zwiększyć napięcie jeszcze przed obejrzeniem filmu) zapowiada się na niezły horror, osadzony w realiach drugiej wojny światowej, która sama w sobie, co tu dużo mówić, i bez sił nadprzyrodzonych była horrorem. Ale że taki czas akcji w filmach grozy nie jest częsty, powitałem brytyjską produkcję z entuzjazmem. Jednak już po pierwszych minutach filmu, rzucił mi się w oczy ewidentny brak konsultanta historycznego na planie. „The Bunker” to oczywiście nie „Kompania braci”, ale takiej niekonsekwencji dawno nie widziałem. Jeden z żołnierzy ma na sobie jednocześnie mundur szeregowego Wehrmachtu (choć naramienniki są SS-owskie) i furażerkę z trupią główką, czyli nakrycie głowy SS-manów. Część żołnierzy ma na przedramionach opaski, co – jeśli należą do Wehrmachtu (o czym świadczą mundury jako całość), oznacza, iż są z dywizji Grossdeutschland. Problem w tym, że GD w okresie, w którym toczy się akcja filmu, była na froncie wschodnim. Również sposób w jaki Niemcy obchodzą się z bronią woła o pomstę do nieba. Żołnierz przeszukując bunkier i trzymając w jednej ręce latarkę, w drugiej dzierży swój MP38/40, lecz nie za chwyt pistoletowy z palcem na spuście, tylko za magazynek! Użytkowanie broni natomiast odpowiada bardziej współczesnemu szkoleniu niż temu z czasów hitlerowskiego wojska (widać to na przykładzie wspomnianego „schmeissera”). A jaki jest „The Bunker” jako horror, jeśli zapomnimy o niedociągnięciach historyczno-technicznych? Rozczarowuje przede wszystkim po tym, gdy okazuje się, jak duży potencjał w sobie miał i jak niewiele z tego potencjału zostało wykorzystane. Mroczny kompleks obronny, wojenne niebezpieczeństwa czyhające na zewnątrz i nieznane zło kryjące się w jego klaustrofobicznych wnętrzach, legendy krążące na temat miejsca, gdzie go wybudowano, tajemnicze wizje, omamy i wszystko, co żołnierze mogą mieć na sumieniu – idealna kombinacja! Czegoś jednak zabrakło – w prowadzeniu kamery (widz nie ma wrażenia, że wchodzi wraz z żołnierzami w otchłań korytarzy), budowaniu napięcia i rozwijaniu fabuły (obydwa elementy sprowadzają się do „kto zginie następny”), tworzeniu postaci (połowa od razu idzie „na odstrzał” z pamięci). Widać, że twórcy mieli pomysł, ale jego realizacja ich przerosła. Wielka szkoda, bo horror rozgrywający się w czasie drugiej wojny światowej to byłoby naprawdę coś.
  • Wojna zombie

    Błażej Bierczyński 2009-11-17

    Od A do Z o Apokalipsie Zombie   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kto przeczytał „Zombie Survival”, miał sporą szansę ją przeżyć - pandemię zombizmu, która pochłonęła, czy raczej pożarła ogromną część ludzkości, okazując się być wojną z zupełnie nowym, nieznanym, bardzo trudnym do pokonania przeciwnikiem. Dlatego tyle trwała, dlatego tylu zginęło, dlatego tak liczni reanimowali się i dołączyli do krwawych legionów zombie. Kto przeczytał „Zombie Survival”, nie zawaha się sięgnąć po tę książkę. Max Brooks, autor wspomnianego poradnika, w „World War Z” spisał wywiady, które, jako członek Komisji Raportu Powojennego ONZ, przeprowadził z uczestnikami największego konfliktu w historii naszego gatunku. Jeśli komuś się wydaje, że „Wojna Zombie” to tylko zbiór opowiastek o tym, jak garstka ocalałych to tu, to tam, radziła sobie z żywymi trupami, serwując im celne strzały i ciosy w głowę, to jest w dużym błędzie. Pan Brooks, jak na specjalistę w dziedzinie zombie przystało, podszedł do tematu ze śmiertelną powagą. Stworzył całą historię konfliktu, opierając się na relacjach zwykłych ludzi, którzy z dnia na dzień musieli stać się żołnierzami, i żołnierzy zawodowych, których uczono jak zabijać, ale nigdy takiego przeciwnika jak żywe trupy. Wywiady „przeprowadził” też z naukowcami, politykami, duchownymi, nawet dziećmi, zachowując realia kulturowe i społeczne danego regionu. Całość mogłaby śmiało posłużyć jako wstępny scenariusz do filmu paradokumentalnego o wojnie ludzkości z zombie. Autor najwięcej miejsca poświęcił oczywiście swoim rodakom, Amerykanom. Jako polskiemu czytelnikowi trochę zabrakło mi relacji z jakiegoś polskiego miasta lub miasteczka. A tak, muszą mi wystarczyć relację z krajów sąsiadujących z nami. Szkoda! Ciekawie byłoby zobaczyć, jakie stanowisko i podejście przewidziałby dla naszego rządu i jak oceniłby nasze szanse w walce z zarazą. Co do tego ostatniego, nie mam wątpliwości: jeden strzał, jeden zombie!
  • Amok
    • Amok
    • David Moody
    • (towar niedostępny)

    Błażej Bierczyński 2009-11-17

    Dzień po dniu zanurzając się w strachu.   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    W filmie „28 Days Later” ludzkość staje na krawędzi istnienia, gdy wirus „furii” wydostaje się z tajnych laboratoriów, zamieniając każdego zainfekowanego we żadną krwi, wściekłą bestię. W powieści „Komórka” Stephena Kinga mamy do czynienia z podobną zagładą, gdy tajemniczy impuls dostaje się przez telefony komórkowe do mózgów milinów osób, czyniąc z nich równie krwiożercze istoty, coś na kształt zombie, ale bez umierania i reanimacji. Okładka książki „Amok” Davida Moody mogłaby sugerować podobną fabułę – tytuł napisany upaćkanym krwią palcem, a wszędzie dookoła rozbryzgana jucha. Jest jednak pewna różnica. O ile w filmie Danny’ego Boyle’a ludzie zarażani byli wspomnianym wirusem furii (co wyjaśnia scena w laboratorium na początku filmu), a w książce Kinga winny był impuls „przestawiający klepki”, tutaj nie dowiadujemy się lub nie jesteśmy na sto procent pewni, z czym mamy do czynienia. Żeby było ciekawiej, David Moody pozwolił nam jednak wejść w umysły „wybrańców losu” znajdujących się w tytułowym amoku. Są to przypadkowe osoby, których zarówno racjonalne myślenie, jak i uczucia zostały zastąpione strachem. To strach popycha je do brutalnych aktów samoobrony, kiedy – jak w szale, rzucają się na obiekty zagrożenia – przechodniów, przyjaciół, członków rodziny, w jednym celu – by zabić! Przy czym nadal są normalnie funkcjonującymi ludźmi – nie zamieniają się w zombie-podobne monstra. Podstawę narracji stanowi jednakże nie punkt widzenia „Wściekłych” (jak zostali oni nazwani w mediach), a literackiego everyman’a – Daniela McCoyne’a. Czytelnik już po kilku paragrafach nawiązuje z nim więź, do pewnego stopnia może się z nim utożsamiać i tym łatwiej jest mu znaleźć się w centrum opisywanych wydarzeń. Daniel to życiowy szarak, żaden superbohater, po prostu mąż i ojciec, który momentami ma naprawdę dosyć egzystencji z dnia na dzień i totalnie niesatysfakcjonującej pracy – jak wielu z nas. Tu właśnie tkwi jeden z kluczy sukcesu „Amoku” – perspektywa jednej, konkretnej i bliskiej nam w jakimś stopniu osoby. Drugi to wspomniane fragmenty na chwilę wpuszczające nas w umysły „Wściekłych”. Dzięki nim sprawcy brutalnych morderstw nie są jedynie elementami tła czy pretekstem do ciągnięcia dalej fabuły. Trzeci element to wyraźne rozłożenie wydarzeń w czasie, z podzieleniem akcji na 11 dni, co pomaga umieścić rozwój wydarzeń na osi i stworzyć coś w rodzaju dziennika, a to jeszcze bardziej zbliża czytelnika do głównego bohatera, porządkuje fabułę i stwarza większe napięcie poprzez wrażenie odliczania jak w bombie zegarowej. Kolejna zaleta to płynność narracji jako takiej, bez zbędnego filozofowania, naukowych gadek. W końcu, czy przeciętny zjadacz chleba, po całym dniu pracy, że o uciekaniu przed „wściekłymi” nie wspomnę, miałby głowę do takich rozmyślań? Wątpię. Nie wątpię jednak, że „Amok” to dobra książka – zanurzając się w jej lekturze można nawet momentami wpaść w „amok czytania”.
(Stron 25)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!