stały recenzent  Marcin Janczarski

Jestem maniakiem muzycznym, traktuję dobre nuty jak tlen... Uwielbiam industrial (moim bogiem jest Trent Reznor), ale wszelkie odmiany rocka / metalu nie są mi obce. Niech nie dziwi nikogo, że uwielbiam zarówno Vader, jak i Petera Gabriela, a Radiohead stawiam na playliście obok Chimairy :-) Zapraszam na swoje forum muzyczne: www.thechaos.cal.pl - wraz z grupą znajomych staramy się tam publikować aktualne wieści dot. dobrej (tu opinia oczywiście subiektywna) muzyki oraz pisać o zespołach wartych zwrócenia na nie uwagi

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 28

  • Battle For The Sun

    Marcin Janczarski 2009-07-14

    Powrót do wysokiej formy   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Mam lekką słabość do Placebo, więc pewnie zbyt obiektywny nie będę, ale wg mnie to najlepsza płyta od czasu "Black Market Music" - naprawdę daje potężnego kopa. Tradycyjnie już każda piosenka to potencjalny singiel i hicior :-) Nowy perkusista spisuje się godnie a całość jest dopieszczona produkcyjnie. Na chwilę obecną nie widzę w tym albumie słabego punktu - całość trzyma wysoki poziom. Staram się płytki Placebo traktować jako całości, dlatego nie lubię w ich przypadku skupiać się na poszczególnych piosenkach - co prawda nie ma takich killerów jak "The Bitter End", postawiono bardziej na wyrównanie stawki na playliście
  • Horehound
    • Horehound
    • The Dead Weather
    • cena: 37,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Marcin Janczarski 2009-07-14

    Przebojowość i zakręcenie - czyli Jack White w pełnej krasie   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Ten pan chyba nie umie siedzieć z tyłkiem spokojnie (po tym poznaje się geniuszy, w stylu Reznora czy Homme'a) - i bardzo dobrze, nasze uszy czerpią z tego niebagatelną przyjemność. Zastrzelcie mnie, ale The Dead Weather podoba mi się dużo bardziej niż The White Stripes czy The Raconteurs (nawiązania oczywiste). Mimo pewnych rockowych patentów rodem z w/w zespołów, oczarowała mnie i pochłonęła psychodela i chaos, które drapią w gardło, ale są trzymane na wystarczająco krótkiej smyczy. Czyli mamy bród i hałas, ale jakże piękny i melodyjny. Taka jest ta płyta - pełna kontrastów i porywająca bez reszty. Jak już wspomniał poprzednik, zaczyna się od mocnego uderzenia, a potem mamy jeszcze wspanialszą hałaśliwą galopadę, tak bardzo zakorzenioną w tradycyjnym gitarowym graniu, z pięknym i przenikającym głosem Alison. W skrócie, połączcie sobie dwie przebojowości, tę z The White Stripes z tą rodem z QoTSA (nie tylko z powodu udziału w projekcie członka tego zespołu) i już wiecie, że nie można się będzie odzwyczaić od tego albumu przez długie tygodnie. Potwierdzam - solidny kandydat na płytę roku!
  • Andersen Dobranoc
    • Andersen Dobranoc
    • Materac
    • (towar niedostępny)

    Marcin Janczarski 2009-01-01

    Muzyka rozdzierająca duszę - album roku 2008   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    W tym przypadku kluczem do całej przygody jest Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach - dwójka liderów tego zespołu nagrała album pod szyldem Materac. Muzycznie nie oddalili się od tego, co prezentują w większym składzie, jednak ciężar przenieśli zdecydowanie na te utwory, które muzycznie są minimalistyczne, natomiast emocjonalnie docierają do głębi serca i tam eksplodują. Nie ma tu rockowych galopad, którymi czasami częstuje nas KDZKPW. Czasami mamy tylko kilka akordów, nieco elektroniki i głos Zagana - każdy z tych elementów to dodatkowa dawka dreszczy dla ciała słuchacza. Przyznam, że po pierwszym przesłuchaniu nie byłem w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa - zahipnotyzował mnie ten Materac, i nadal, mimo upływu kilku tygodni, z chęcią oddaję się temu stanowi, który wyzwala we mnie "Andersen Dobranoc" na nowo przy każdorazowym naciśnięciu "Play" w odtwarzaczu. Dodatkowo całość wydano w sposób bardzo estetyczny, prosty i piękny zarazem. Przyznam, że rzadko spotykam się z tak idealnym zgraniem walorów muzycznych i wizualnych w przypadku (szczególnie rodzimych) płyt. Pod wieloma względami jesteśmy daleko za tzw. światem. Materac pokazuje, że w swojej dziedzinie dogonił i przegonił resztę globu, machając łapkami i uciekając dalej... W moim prywatnym zestawieniu absolutnie płyta roku. No ale może po prostu jestem zbyt subiektywny dla twórczości tych panów. Wiedzą, jak dotrzeć do mojego serca i tylko to się liczy.
  • Zimny dom [Digipack]

    Marcin Janczarski 2008-11-12

    Tylko nie mówcie, że to przyszłość i nadzieja polskiej muzyki   (0 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Możecie powiedzieć, że się na nich uwziąłem - ok, może i tak jest. Ale nie jestem w stanie zrozumieć, skąd taki entuzjazm i nadzieja związana z tym zespołem. Debiut był słaby, jednak stwierdziłem, że należy panom dać szansę - ot, pogubili się przy nagrywaniu pierwszej płyty i sami nie wiedzieli, czego chcą. Grafomańskie teksty puściłem mimo uszu - taki ze mnie miły gość... Nadeszła chwila premiery "Zimnego domu" i co? Wyszła niemalże kopia debiutu. Można okładkę brać dosłownie: "Podglądamy, co zrobiliśmy jako dzieci na rynku muzycznym". Tym razem banalnych i prostych tekstów nie jestem w stanie wybaczyć. Muzycznie znowu jest nijako: "Najpierw zagramy jak Proletaryat, będzie ostro i "cool", a później zwolnimy, niech grają nas między Feel a Budką Suflera". Już myślałem, że po dość ciekawym początku (pierwsze 3-4 utwory) zacznę wierzyć w ich twórczość, jednak później zbrukali oni brutalnie moją wszelką nadzieję płaczliwymi konstrukcjami - o ile w dynamiczniejszych utworach nie bije po uszach grafomania, o tyle w "balladkach" wzruszenie wzbudza "kreatywność" tekstopisarza. Ale co tam, podczepią się pod stację radiową, okrzykną ich bardzo dobrym rockowym zespołem, nastolatki w to uwierzą, teksty (takie poważne, "życiowe") przyswoją (problemem to nie będzie) i będzie pięknie - autografy, wizyty w zakładach pracy oraz granie do kotleta na balu / gali / czymkolwiek u kogokolwiek. Chyba jednak nie jestem takim miłym gościem, ale brak szczerości w muzyce mierzi mnie najbardziej. A tej szczerości jest mało, bardzo mało w przypadku Totentanz. W porównaniu do debiutu jeden "merlin" więcej, bo okładka ładniejsza, taka mniej "emo".
  • Hipertrofia

    Marcin Janczarski 2008-11-12

    Oszukali mnie... swoimi poprzednimi płytami   (9 z 11 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Do tej pory moja skromna osoba i muzyka zespołu Coma to były dwa różne bieguny - im byliśmy dalej od siebie, tym lepiej i mniej siwych włosów na mych już nie najmłodszych skroniach. Nadeszła premiera "Hipertrofii" i poczułem się oszukany, powalony, wgnieciony, przeżuty i wypluty. Zespół zrobił mi na złość, uśpił moją czujność na dwóch pierwszych płytach i znienacka walnął mnie w podbródek. Tak spójnego dzieła (tego ostatniego słowa staram się używać jak najrzadziej) się nie spodziewałem. Oczekiwałem tego, że przesłucham, wyśmieję i będę żył sobie spokojnie dalej, po prostu nie lubiąc Comy - mam takie prawo, wbrew wszelkiej opinii co do dotychczasowego geniuszu pana Roguckiego i spółki. Ale nie da się - po prostu nie mogę spokojnie przejść obok ich nowego albumu, nawet gdybym chciał (a chciałem). Wspaniałe, elektryzujące intro, klimatyczne podobnie jak i kolejne przerywniki między utworami (dlatego też jest taka długa lista piosenek na albumie), świetnie wprowadza w początek płyty. "Wola istnienia" powala głosem Roguckiego, który znaną wszystkim manierę wokalną (ona mnie drażniła chyba najbardziej) wręcz parodiuje, wykrzywiając do granic możliwości. Zabawa oralna (bez skojarzeń proszę) toczy się przez cały czas, muzyka w kolejnych piosenkach jest zmienna niczym pogoda w naszym kraju, przerywniki wciągają równie bardzo jak piosenki i pozwalają płynnie przechodzić po całości. "Koncept-album" zakrzyczą maluczcy, i chyba mają rację. Ale jest to zbytnie uproszczenie, bo nazwa ta nakazywałaby zamknięcie się zespołu wokół jednego tematu. A tak nie jest - co prawda wyczuwa się w tekstach przechodzenie przez kolejne etapy życia, rozterki dorastającego człowieka, problemy i bolączki, ale w takim razie żywot ludzki też należałoby nazwać "koncept-albumem". Rozpisywać można się na temat "Hipertrofii" na wielu stronach w nieskończonej ilości słów, jednak trzeba samemu zanurzyć się w tej płycie, żeby ją poczuć, bo samo "słuchanie" nie wchodzi w grę. Ale i tak mam pewien żal do Comy, że oszukiwali mnie przez tyle lat, zniechęcając skutecznie do swoich płyt. Nowym albumem "kupili mnie" całego - panowie, oby tak dalej, wielkie gratulacje!!!
  • The Slip
    • The Slip
    • Nine Inch Nails
    • cena: 72,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Marcin Janczarski 2008-10-15

    Od przybytku (nowych płyt NIN) głowa nie boli - chyba że sąsiadów...   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Nie wiem, nie trafia do mnie ten album. Przede wszystkim brakuje mi w nim spójności. Jak na moje ucho to brzmi on jak odrzuty z "With Teeth", "Year Zero" i "The Fragile", czyli wg mnie albumów z dwóch (albo i trzech) różnych bajek. Ale po kolei... Otwierający całość "999,999" jest zbyt cichy i nic nie wnoszący, ale może tak miało być, aby wzmóc wyczekiwanie na uderzenie. "1,000,000" to rasowe Nine Inch Nails, nie ma się do czego przyczepić - taka kontynuacja "Survivalism" z zadziornym refrenem i brudem w tle. "Letting You" jeszcze ten zgiełk i zamierzone "niedbalstwo" wzmaga - świetnie schowany wokal, cały utwór brzmiący niczym zakurzona wersja demo. "Discipline" kojarzy mi się z "Only", daje nieco wytchnienia po dwóch "killerach" (do tego świetny, chociaż nieoficjalny, teledysk zabijający przy pierwszym obejrzeniu) i przyprawia o delikatny uśmiech przy zawodzeniu Trenta: "u-uu-uuu-uuu-uuuu"... "Echoplex" wolałbym pominąć, bo swoją prostotą i "la-la-la-la" nie pozostawił we mnie ciekawych emocji - TR mógłby spokojnie skrócić go do ok. 3 minut, zamiast wałkować jeden motyw przez 4:45. Za to z drugiej strony niezły patent na zahipnotyzowanie słuchacza w połowie albumu. "Head Down" to jeden z moich faworytów na "The Slip" - refren przypomina nieco dokonania z "The Fragile", do tego drażniące ucho hałasy świetnie kontrastują z delikatnym i spokojnym wokalem. "Lights In The Sky" to znowu skojarzenia z "The Fragile", a dokładnie z utworem tytułowym. Trent zawsze umiał tworzyć takie minimalistyczne piosenki, porywające od pierwszych nut. Totalnym nieporozumieniem jest wg mnie ponad siedmiominutowy "Corona Radiata", który pasowałby lepiej na "Ghosts I-IV" lub ścieżce dźwiękowej do Quake - za długi i zbyt monotonny utwór, jeden ze słabszych instrumentalnych w dorobku NIN. Dużo lepiej prezentuje się "The Four Of Us Are Dying", ale chyba dwa numery bez głosu Trenta obok siebie to chyba nie jest najlepsze rozwiązanie. Byłby to niezły patent na wyciszenie na koniec płyty, gdyby nie to, że po nich czeka jeszcze na nas "Demon Seed", w którym napięcie i niecierpliwe nuty wzmagają się z sekundy na sekundę - fantastyczna piosenka, w której jednak Trent też raczej oszczędza się wokalnie. Reasumując, brak mi jeszcze jednego walca w stylu "Letting You" czy "Head Down", w miejsce chociażby "Corona Radiata". Napięcie opada nagle po sześciu piosenkach, do tego 1/3 płyty to dość słabe utwory instrumentalne. Gdyby Trent dodatkowo przyłożył się bardziej do kolejności piosenek, album na pewno by mnie porwał bezlitośnie. Doceniam jednak garażowe, brudne i dość niechlujne (oczywiście zamierzone) podejście do nagrania oraz zupełnie nieoczekiwane wydanie "The Slip". Mam nadzieję, że jeszcze dojrzeję do pokochania tej płytki, może nie miałem czasu na oddanie się tej muzyce. Miłym uzupełnieniem jest płytka DVD ukazujące kilka piosenek z tego albumu granych podczas prób przed trasą koncertową.
  • Death Magnetic M [Limited Edition Coffin Box]

    Marcin Janczarski 2008-09-30

    Na nowy album Metalliki czekałem kilka lat. Na taki album - kilkanaście   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "The Four Horsemen" wychowali mnie muzycznie, gdy szukałem właściwych ścieżek, którymi chcę podążać. Zawierzyłem ich twórczości, wchłonąłem ją do krwiobiegu, gdzie pulsuje do dziś. Każdy album traktowałem niczym własne dziecko, mniej lub bardziej rozkapryszone, ale zawsze dziecko. Na "Death Magnetic" czekałem niecierpliwie, tak jak rzesza innych fanów. Pierwsze przesłuchanie, w dniu premiery, zaplanowałem na nadmorską plażę, gdzie wyłączając się ze świata mogłem swobodnie oddać się tej duchowej uczcie. Nie zawiodłem się, Metallica przerosła moje najśmielsze oczekiwania, uzależniając od pierwszej do ostatniej sekundy tego (tradycyjnie już trwającego ponad 70 minut) albumu. Panowie zbliżający się do pięćdziesiątki pokazują, że dalecy są od swojego artystycznego pochówku (jak szydercy traktowali tytuł płyty, trumienki itp. akcenty związane z premierą). Brzmią jak w najlepszych latach swojej twórczości, w unikatowy sposób łącząc to, co do tej pory nagrywali w zupełnie nową jakość. Nie ma co się rozpisywać o poszczególnych utworach - należy konsumować to dzieło jako całość, nie dzieląc i nie rozkładając na czynniki pierwsze. "Death Magnetic" uderza przede wszystkim w emocje, wyzwala je i pozwala galopować po całym ciele. Lars odłożył garnki (brzmienie znane z "St. Anger"), Kirk przypomniał sobie, jak się gra solówki, James śpiewa w sposób, za który go kochamy (lekko czasem fałszując) a Rob serwuje mięsiste zagrania na basie. Czy można chcieć czegoś więcej? Oczywiście, że można, dlatego polecam zakup tzw. "Coffin Box" - kartonowa trumienka kryje dla nas koszulkę i flagę z logo zespołu i symbolem nawiązującym do płyty ("must have" na koncert), kostki do gry na gitarze oraz, co najważniejsze, dodatkowe krążki – CD z wersjami demo utworów z "Death Magnetic&" (zwracam uwagę na dobrą, wcale nie garażową, jakość i ciekawe podejścia "alternatywne" do ostatecznych kawałków) i DVD dokumentujące proces twórczy, trwający kilka lat. Dodatkowo otrzymujemy kod dostępu do pobrania nagrania jednego z koncertów promujących ukazanie się tego albumu (do wyboru Berlin lub Londyn). Poza tym estetycznie to wygląda na meblach - gwarantowane wzbudzenie ciekawości wśród odwiedzających nas oraz pytania o zawartość. A że kosztuje to ponad 300 PLN? Cóż to dla fana, który czekał tak długo na nowy album Metalliki? Podzielcie to sobie na każdy miesiąc czekania i wyjdzie, że przypada na niego niewielka kwota, zdecydowanie warta poświęcenia. "Bow down, sell your soul to me. I will set you free, pacify your demons..." rozbrzmiewa z "Judas Kiss" - poddaję się temu apelowi bez słowa sprzeciwu, przy okazji zagłębiając się bez pamięci w kolejne przesłuchiwanie albumu, ponownie odkrywając w nim coś nowego...
  • The Rising
    • The Rising
    • None
    • cena: 33,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Marcin Janczarski 2008-07-25

    Polska odpowiedź na "Resurrection" Chimairy   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    No i panowie przywalili konkretnie. Do tej pory kojarzyli mi się jako zespół ze skocznymi kawałkami w stylu wczesnego Deftones czy Machine Head, który wie jak gra Korn. Za to tym albumem zmietli firanki z moich okien. Okładka przywodzi mi na myśl "Resurrection" Chimairy, muzycznie też jest podobnie. Mocno, konkretnie i do przodu. Nie ma mowy o odkrywaniu Ameryki - None gra swoje, czerpiąc garściami z tego, co dobre i popularne w obecnym mocnym graniu (wspomniana Chimaira, Devildriver, nieco wpływów metalcore - momentami wchodzą śpiewane zbyt słodko wokale, ale można to wybaczyć). Dołączone DVD przedstawia m.in. teledysk (ot, taki sobie, chłopaki pogrywają w jakimś ciemnym pomieszczeniu, moją uwagę zwróciło ciekawe, ale nie oryginalne oświetlenie), utwory koncertowe od początku ich działalności (w tym fantastyczny wywiad z TV Nakło) - niestety jakość daleka od cyfrowej, większość jakby nagrywana VHS albo telefonem komórkowym, muzycznie też praktycznie jeden trzask, więc nie ma mowy o zgraniu sobie tego na mp3 - czysta wartość kolekcjonerska) i inne gadżety w stylu galerii zdjęć czy tekstów. Ogólnie pomysł z dodatkową płytką trafiony, gorzej z wykonaniem i zawartością. Album na pewno wart wydania tych ok. 30PLN, które kosztuje. Nowe utwory zapewnią ostrą pracę łokci na koncertach. W polskiej skali będzie 4, bez podziałów narodowościowych byłoby mocne 3+
  • Scars On Broadway [Jewelcase]

    Marcin Janczarski 2008-07-23

    Kolejny załogant SOAD nie jest w stanie odlecieć muzycznie od swojego zespołu   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Trochę obawiałem się, jak będę się czuł po słuchaniu Darona przez całą płytę, ale ta zaskoczyła dość pozytywnie - zawsze twierdziłem, że ma ciekawy głos, do tego pomysły kompozytorskie też niczego sobie. Co prawda nie uda mu się odejść, podobnie jak Serj'owi (Serj Tankian, wokalista System Of A Down, który też wydał swoją solową płytę - przyp. aut.), od łatki "SOAD", ale chyba obaj panowie nie mieli tego na celu. U Darona widać zapędy ku elektronice (ciekawe smaczki w wielu utworach) oraz większy spontan i luz niż u Serja. Efekt - nieco mniej przystępna przy pierwszym przesłuchaniu płyta niż w przypadku ww. kolegi, za to większość brzmi jakby była nagrana bez dopieszczenia (zbędnego / niezbędnego). Fajnie, że utwory trwają po 2-3 minutki, dzięki czemu nie można się za szybko znudzić. Widać, że Daron chciał pokazać jak najwięcej pomysłów na granie i przez to wg mnie brak wyrazistego obrazu, w którą stronę chce iść. Oczywiście dla fanów System Of A Down pozycja obowiązkowa, reszcie radzę poczekać na kolejny album tego pana. Mnie się podoba, ale należę do tej pierwszej grupy, więc obiektywnie dam trójeczkę...
  • Verses Of Steel [Digipack]

    Marcin Janczarski 2008-07-07

    Polskie dzieło kompletne   (5 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Warto było czekać kilka lat na nową płytę Acid Drinkers. Dziwnym trafem (przeczucie, intuicja?) dość niecierpliwie odliczałem tygodnie i dni do premiery - do tej pory bardzo lubiłem kultową już płytę tego zespołu, "Infernal Connection", reszty słuchałem z przyjemnością, ale jakoś bez zbytniego entuzjazmu - ot, porządna dawka mocnego grania. Jednakże silniej pulsująca krew w moich żyłach na myśl o "Verses Of Steel" zwiastowała rzecz epokową. I nie myliłem się. Pierwsze dźwięki "(Fuel Of My Soul)" wgniatają w fotel, podłogę, czy gdzie akurat spoczywamy. Nie ma zlituj - panowie pokazują, że przez lata ciszy nagraniowej zbierali siły, żeby zmieść i zmasakrować wszystko, co znajdzie się na drodze ich muzyki. Jest ciężko, jest szybko, jest potężnie - pierwsze skojarzenia to Chimaira czy Devildriver, ale okraszone to wszystko zostało oczywiście tradycyjnym podejściem "Kwasożłopów" do melodii. Nie ma więc mowy o bezmyślnej łupance, wszystko jest odpowiednio wyważone tak, żeby dźwięki wibrowały w głowie długo po zakończeniu przesłuchiwania płyty. Idealne połączenie nowoczesności z tradycyjnym metalowym graniem. Do tego to chyba najbardziej spójny album tego zespołu, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy, z czym (przynajmniej ja) miałem problemy przy poprzednich płytach. Szanowni Państwo, czapki z głów!
(Stron: 3)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!