stały recenzent  Jellycrusher 3

Z wykształcenia chemik, z zamiłowania (a od jakiegoś czasu i z zawodu) tłumacz, specjalista od zgryźliwych i złośliwych recenzji dzieł tzw. popkultury (nie mylić z popeliną ;)

Rekomendacje:

  1. Przeinaczanie Jezusa. Kto i dlaczego zmieniał Biblię
  2. Spóźnione wejście w XXI wiek

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 151

  • Kwantowa granica. LHC - Wielki Zderzacz Hadronów

    Jellycrusher 2011-03-02

    LHC w pigułce   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kto chciałby się dowiedzieć, do czego właściwie służy LHC i jak działają akceleratory, a (przyznajmy uczciwie) nie boi się odrobiny fizyki, może śmiało sięgnąć po książkę Lincolna. Autor posługuje się lekkim, dowcipnym stylem z minimalną ilością fachowej terminologii, wymyśla zabawne porównania i w bardzo przystępny, a zarazem zwięzły sposób gromadzi całą podstawową wiedzę niezbędną do zrozumienia aktualnego stanu badań nad budową materii. Z rzadka tylko posuwa się za daleko w swoich uproszczeniach, np. myląc wartościowość ze stopniem utlenienia albo uparcie utożsamiając spin elektronu z wirowaniem (elektron jest cząstką pozbawioną struktury wewnętrznej, więc nie można mu przypisywać wirowania, tak samo jak nie można powiedzieć, że punkt geometryczny wiruje). Polski przekład jest zarówno fachowy, jak i sprawny językowo, dzięki czemu książkę czyta się bardzo przyjemnie (aczkolwiek razi bolesna literówka, która wkradła się przy przeliczaniu pięciu lat świetlnych na kilometry, gdzie czytamy o 48 milionach zamiast BILIONÓW km). "Kwantowa granica" jest przykładem bardzo dobrej literatury popularnonaukowej, jak najbardziej godnym polecenia.
  • Słownik terminologi prawniczej na CD, polsko-angielski, angielsko-polski

    Jellycrusher 2011-02-16

    Strona programistyczna do zmiany   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Merytorycznie ten słownik jest równie dobry, jak wersje papierowe tej samej autorki i w pełni zasługuje na 5 gwiazdek. Niestety, przygotowując wersję cyfrową wybrano niezwykle nieszczęśliwe rozwiązanie informatyczne, które nawet nie przyczynia się do ochrony słownika przed piractwem, gdyż nie stanowi żadnej przeszkody dla średnio zdolnego hackera. Ma za to same wady: 1. Interfejs oparty na Shockwave Flash jest mało wygodny. 2. Słownik uruchamia się wyłącznie z płyty, przez co działa powoli. 3. A za to co chwilę słyszymy szum rozpędzanego napędu CD. 4. Konieczność uruchamiania z CD powoduje, że nie można włożyć do napędu nic innego, na przykład płyty CD-audio. 5. Uruchomienie słownika z twardego dysku jest niemożliwe, gdyż nawet jeśli oryginalna płyta znajduje się w napędzie, otrzymujemy komunikat o nielegalnej kopii. 6. To z kolei powoduje, że jakiekolwiek aktualizacje (poprawki, dodawanie haseł) są niemożliwe. Trzy gwiazdki tylko z uwagi na bardzo przystępną cenę, o wiele niższą niż przypadku innych komputerowych słowników. Ale wolałbym zapłacić dwa razy więcej i dostać normalny program instalujący się na twardym dysku, a nie appleta we Flashu.
  • Słownik terminologii prawniczej

    Jellycrusher 2011-02-13

    Doskonały   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bardzo dobry słownik z bogatą terminologią - właśnie tą, której się oczekuje. Moim zdaniem - wzór słownika branżowego, na którym wszyscy inni autorzy powinni się wzorować.
  • Jellycrusher 2011-01-16

    Milion bzdur   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "2012" stanowi połączenie charakterystycznej dla Emmericha monumentalnej widowiskowości z równie dlań charakterystyczną kompletną absurdalnością i lekceważeniem wszelkich zasad opisujących funkcjonowanie świata. Katastrofa zaczyna się od tego, co mały Rolandzik zrozumiał z podręcznika do fizyki, a że zrozumiał niewiele, podczas przygotowania tego filmu trzeba było uzupełnić luki bzdurami fabularnymi, komunałami w dialogach oraz Psem Niezniszczalnym (który występuje też m.in. w "Górze Dantego" i innych filmach Emmericha, np. w "Dniu niepodległości"). Zdolny licealista wie, że neutrina ze swej natury nie oddziałują z prawie niczym. Ich strumień ze Słońca przenika Ziemię bez najmniejszego trudu niczym strzała mknąca przez mgłę. Aby mogły stopić jądro Ziemi, musiałoby dojść do drastycznej zmiany fundamentalnych praw fizyki, co raczej oznaczałoby poważne przemeblowanie całego Wszechświata, a nie tylko powierzchownie jednej planetki na peryferiach przeciętnej galaktyki. Po tym przemeblowaniu życie, jakie widzimy wokół siebie, na pewno przestałoby być możliwe. Wody w ziemskich oceanach też raczej nie ma na tyle, by zalać całe kontynenty z Tybetem włącznie. Jednak takimi drobiazgami twórcy tego typu filmów się nie przejmują - ważne, aby pies przetrwał, a osoby niepasujące do amerykańskiej hipokryzji oraz poprawności idiotycznej sczezły w sposób należycie nieodwołalny. Tak tutaj dzieje się np. z rosyjskim grubianinem, który zostawił żonę na śmierć nie mogą przebaczyć jej zdrady - a ona przecież wyłącznie z tęsknoty za miłością puściła się z młodym i przystojnym pilotem. Ten zresztą słusznie zginął wcześniej, gdyż był to maczo rwący mężatki. Puszczalska żona topi się natomiast później przy ratowaniu psa, bo za starego i grubego Ruska wyszła pewnie dla kaski. Dla równowagi wobec dętego scenariusza i drętwych dialogów efekty specjalne zapierają dech w piersiach, czy to przy wybuchach wulkanów, czy przy tsunami, czy przy pokazywaniu wielkich statków mających stanowić zbawienie ludzkości. Lecz to wszystko wygląda należycie jedynie na wielkim kinowym ekranie - poza kinem na pierwszy plan wychodzi głupota tego dzieła. Nie bez powodu określono go na IMDb jako "The dumbiest movie ever".
  • 2012 - 2-dyskowe wydanie specjalne

    Jellycrusher 2011-01-16

    Milion bzdur   (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "2012" stanowi połączenie charakterystycznej dla Emmericha monumentalnej widowiskowości z równie dlań charakterystyczną kompletną absurdalnością i lekceważeniem wszelkich zasad opisujących funkcjonowanie świata. Katastrofa zaczyna się od tego, co mały Rolandzik zrozumiał z podręcznika do fizyki, a że zrozumiał niewiele, podczas przygotowania tego filmu trzeba było uzupełnić luki bzdurami fabularnymi, komunałami w dialogach oraz Psem Niezniszczalnym (który występuje też m.in. w "Górze Dantego" i innych filmach Emmericha, np. w "Dniu niepodległości"). Zdolny licealista wie, że neutrina ze swej natury nie oddziałują z prawie niczym. Ich strumień ze Słońca przenika Ziemię bez najmniejszego trudu niczym strzała mknąca przez mgłę. Aby mogły stopić jądro Ziemi, musiałoby dojść do drastycznej zmiany fundamentalnych praw fizyki, co raczej oznaczałoby poważne przemeblowanie całego Wszechświata, a nie tylko powierzchownie jednej planetki na peryferiach przeciętnej galaktyki. Po tym przemeblowaniu życie, jakie widzimy wokół siebie, na pewno przestałoby być możliwe. Wody w ziemskich oceanach też raczej nie ma na tyle, by zalać całe kontynenty z Tybetem włącznie. Jednak takimi drobiazgami twórcy tego typu filmów się nie przejmują - ważne, aby pies przetrwał, a osoby niepasujące do amerykańskiej hipokryzji oraz poprawności idiotycznej sczezły w sposób należycie nieodwołalny. Tak tutaj dzieje się np. z rosyjskim grubianinem, który zostawił żonę na śmierć nie mogą przebaczyć jej zdrady - a ona przecież wyłącznie z tęsknoty za miłością puściła się z młodym i przystojnym pilotem. Ten zresztą słusznie zginął wcześniej, gdyż był to maczo rwący mężatki. Puszczalska żona topi się natomiast później przy ratowaniu psa, bo za starego i grubego Ruska wyszła pewnie dla kaski. Dla równowagi wobec dętego scenariusza i drętwych dialogów efekty specjalne zapierają dech w piersiach, czy to przy wybuchach wulkanów, czy przy tsunami, czy przy pokazywaniu wielkich statków mających stanowić zbawienie ludzkości. Lecz to wszystko wygląda należycie jedynie na wielkim kinowym ekranie - poza kinem na pierwszy plan wychodzi głupota tego dzieła. Nie bez powodu określono go na IMDb jako "The dumbiest movie ever".
  • Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek

    Jellycrusher 2011-01-15

    Beczka miodu z beczką dziegciu   (8 z 10 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jest oczywiste, że tekst popularnonaukowy musi być inny niż publikacja dla specjalisty. Popularyzacja wymusza pewne uproszczenia, inaczej każda taka książka przybierałaby rozmiary "Trylogii". Upraszczanie niesie jednak ryzyko posunięcia się do przeinaczania i nieścisłości. W "Ilu przyjaciół..." Dunbar niestety w wielu miejscach przekracza tę granicę. Pisze np. "Darwin oczywiście nie wymyślił teorii ewolucji" i jest w błędzie. Darwin oczywiście nie wymyślił _koncepcji_ ewolucji, natomiast teorię (nawet taką, którą można określić tym mianem i według dzisiejszych naukowych standardów) ewolucji - i owszem. Później czytamy o Mendlu jako ojcu genetyki, co jest opinią nieco przesadzoną. Nikt nie odbierze Mendlowi zaszczytnego tytułu pierwoodkrywcy praw dziedziczenia. Problem jednak w tym, że wyniki swoje publikował on w mało znanych czasopismach; na społeczność naukową nie miały one praktycznie żadnego wpływu i "prawa Mendla" trzeba było potem odkrywać po raz drugi. Pionierem genetyki jak najbardziej był - ojcem już nieszczególnie. Dalej autor wsadza do jednego worka Cuviera, Buffona i Lamarcka, przedstawiając ich wszystkich jako ewolucjonistów, co jest kosmicznym już absurdem. Lamarck był twórcą teorii zmian gatunków nazwanej później lamarkizmem i zakładającej rzecz niemożliwą, a mianowicie dziedziczenie cech nabytych. Cuvier był natomiast jego zagorzałym przeciwnikiem i ekstremalnym katastrofistą, zwolennikiem niezmienności gatunków i koncepcji, że co jakiś czas życie na Ziemi ulega całkowitej zagładzie i Bóg stwarza je na nowo. Te absurdalne poglądy zaślepiały go na tyle, że mimo dowodów przez długi czas upierał się, iż człowiek kopalny nie może istnieć, bo został stworzony dopiero w ostatnim akcie kreacji. Inne wątpliwości budzą idee autora dotyczące samego ewolucjonizmu i człowieka, np. teza, że duży mózg jest człowiekowi niezbędny dlatego, iż jest on monogamistą. Człowiek przecież _nie jest_ monogamistą, a w każdym razie nie dożywotnim, tak jak niektóre, bardzo nieliczne gatunki zwierząt. Ewolucyjnie naturalnym modelem ludzkiego związku jest - jak dowiodły badania antropologiczne - monogamia seryjna, to znaczy tworzenie związków 1+1 na czas jakiś, najczęściej do chwili, kiedy dziecko będące owocem takiego związku przestaje wymagać ciągłej opieki, czyli zwykle po kilku latach. I to, co dzieje się dziś w krajach rozwiniętych, czyli takich, w których człowiek nie jest poddany presji narzuconego systemu wartości moralnych, dokładnie tego dowodzi. Duży mózg miałby być człowiekowi potrzebny, aby dobrze wybrać partnera do monogamicznego (w domyśle autora - dożywotniego) związku? No to ma jakiś defekt, biorąc pod uwagę nie tylko liczbę rozstań/rozwodów, ale także wielokrotnie wyższą od nich liczbę związków nietrafionych, które z tych czy innych przyczyn są kontynuowane na siłę. Tak wielki mózg, konsumujący aż 20% dostarczanej organizmowi energii, po prostu nie daje sobie rady z zadaniem, które przypisuje mu Dunbar! W tej sytuacji znacznie sensowniejszą wydaje się teza, że ten mózg jest człowiekowi potrzebny do gadania i rozumienia tego, co do niego gadają (szerzej omówiona w książce Geoffreya Millera "Umysł w zalotach"). Dunbar prezentuje w swojej książce wiele interesujących idei i czyni to w atrakcyjny sposób, ale często zbyt autorytarnie i pobieżnie. Jest to jednak widoczne dopiero dla odrobinę wyrobionego czytelnika.
  • Prywatne życie roślin

    Jellycrusher 2011-01-14

    Badyle zwykłe i niezwykłe   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    O serialach przyrodniczych Davida Attenborough napisałem w merlinowskich recenzjach już tyle superlatyw, że można by poczuć przesyt. Cóż jednak zrobić, kiedy inaczej się nie da... "Prywatne życie roślin" znam od dawna z telewizji i wersji książkowej, ale gdy tylko pojawiło się w sklepie - kupiłem natychmiast. Ekipa BBC pod wodzą Attenborough pokazuje tu, że rośliny - co nie wszyscy sobie uświadamiamy - też są organizmami żywymi, tyle że żyją w innym tempie. I żeby tego dowieść, przedstawia niezliczone sekwencje zrealizowane w tempie przyspieszonym. Mogłoby się wydawać, że poklatkowe filmowanie roślin w celu pokazania ich rozwoju, normalnie odbywającego się z szybkością niedostrzegalną dla człowieka, to nic nowego. A jednak zdobycze nowoczesnej techniki pozwoliły w tym serialu połączyć oba rodzaje ujęć, usunąć z nich migotanie wywołane zmianami oświetlenia i umożliwiły ruch kamery jak w normalnym filmie. Na dodatek sfilmowanie tych wszystkich niesamowitych rzeczy wymagało cierpliwości już nie ogromnej (jak to zwykle w filmie przyrodniczym bywa), ale wręcz niebotycznej. Dzięki niej jednak możemy oglądać przemiany roślinnych środowisk zachodzące już nie tylko w ciągu różnych pór roku, ale i kilku lat... Nie mogę się jednak powstrzymać od również już tradycyjnych uszczypliwości pod adresem tłumaczki. Co prawda nazwy gatunkowe są na ogół w porządku, ale znowu mamy "barracks" przetłumaczone na "baraki" zamiast "koszary" (a chodzi o siedzibę mrówek-wojowników). Warto też dopuścić myśl, że słowa miewają więcej niż jedno znaczenie, a skoro tekst traktuje o dżungli, to tłumaczenie "vine" na "winorośl" jest bez sensu - chodzi o pnącze, lianę. Tak czy inaczej, film jest znakomity - wart każdej minuty, którą się spędzi na jego oglądaniu.
  • Zadziwiające życie bezkręgowców

    Jellycrusher 2011-01-01

    Fascynujące robale   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Niezmordowany David Attenborough tym razem bierze na warsztat... nie, wbrew polskiemu tytułowi nie wszystkie bezkręgowce, a jedynie zwierzęta żyjące w poszyciu (oryginalny tytuł serialu brzmi "Life in the Undergrowth"). Oznacza to głównie owady i inne stawonogi, najczęściej lądowe - jednak wszystkie bezkręgowce, stanowiące jakieś 98% żyjących na Ziemi gatunków zwierząt, to zbyt obszerny temat jak na zaledwie pięć odcinków. Mała liczba odcinków to zresztą największa, a właściwie jedyna wada tej znakomitej produkcji. Attenborough przedstawia jak zwykle niezmiernie interesujący, wyważony komentarz, pokazując rzeczy, które mogą zaskoczyć i zadziwić nawet miłośnika przyrody. Fantastyczne zdjęcia w powiększeniu zachwycają - zwiedzamy mrowiska, termitiery i owadzie norki, podglądamy pająki splatające niezwykle skomplikowane sieci, podziwiamy bajkowe obrazy tworzone przez świecące larwy w mroku jaskiń. Oczywiście nie jest to serial dla osób cierpiących na przykład na arachnofobię... Tłumaczenie jest tym razem lepsze niż w przypadku wcześniejszych seriali Davida Attenborough, przynajmniej w wersji z lektorem. Tłumaczka popełniła tylko kilka poważniejszych błędów, na przykład przekładając "surface tension" na "napięcie na powierzchni wody" zamiast "napięcie powierzchniowe" (a jest to standardowy termin fizyczny) albo "antennae" na "anteny" zamiast "czułki". Razi też kalkowanie angielszczyzny przez konstrukcję "są jednymi z..." zamiast "należą do...", ale poza tym nie jest źle, a sam lektor jest bardzo dobry. Podsumowując: serial świetny jak zwykle, polska wersja OK.
  • Ark [Digipack]
    • Ark [Digipack]
    • Brendan Perry
    • cena: 38,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Jellycrusher 2010-11-12

    Czarodziej nastroju   (8 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    I oto pan z głosem księdza, brzydsza (według niektórych ładniejsza) połowa znów nieistniejącego, legendarnego duetu Dead Can Dance, wydał nową płytę. Długie 11 lat musieliśmy czekać od poprzedniego solowego krążka, epokowego "Eye of the Hunter". Ale było warto. Na "Arce" Perry nie wynajduje co prawda niczego nowego, nie przemierza żadnych nowych obszarów muzyki, nie robi nic, czego by nie robił w ciągu ostatnich 30 lat - może poza nieco wyższym niż dotąd stężeniem elektroniki (np. w "Wintersun"). Ale to nie szkodzi. Perry oferuje za to wrażliwemu słuchaczowi podróż przez niezwykle malarskie muzyczne krajobrazy, które rozwijają się przed nim w tempie sennego popołudnia. Płyta rozpędza się powoli, ale już od trzeciego utworu wchodzi na poziom najwyższy: "Wintersun", "Utopia", "This Boy" (ta końcówka!), "Devil" i wreszcie "Crescent" - utwór, który postawił uszy na sztorc wszystkim szczęśliwcom słuchającym warszawskiego koncertu DCD w 2005 roku (że też musiało na nim zabraknąć Tomka Beksińskiego...). Tutaj co prawda Półksiężyc w wersji dużo wolniejszej (bardziej podobnej do wykonań z innych koncertów DCD), za to w nastroju powolnej podróży karawany wielbłądów przez pustynię. Muzyka, która niemal automatycznie kojarzy się z transcendencją, z duchowością, refleksją nad sobą i światem. Warstwa tekstowa "Arki" (zwłaszcza trzech ostatnich utworów) jest mi niesłychanie bliska (ze strony internetowej artysty można pobrać pdf-ową broszurkę z fotogramami i tekstami). Perry rozlicza się tu, czy może bardziej na spokojnie żegna z wszelkiej maści religią i ze pozycji zdroworozsądkowej podkreśla, że człowiek - a szczególnie drugi człowiek - jest ważniejszy od wszelkich niesprawdzalnych obiecanek. Warto też wspomnieć, że Perry dojrzał wokalnie - wszystko jest tu wyśpiewane perfekcyjnie, nie ma żadnych wpadek w rodzaju nadrywania głosu jak na niesławnym "Spiritchaser". Jeśli czegokolwiek na tej przewspaniałej płycie brakuje, to może tylko odrobinki niebiańskiego głosu pewnej Lisy...
  • Cud nad Wisłą. Kocham Polskę

    Jellycrusher 2010-11-07

    Propagandówa   (3 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wyzbyta obiektywizmu propaganda w najgorszym "prawicowym" stylu. Na dodatek opatrzona straszliwie nieudolnymi ilustracjami. Język prościutki, podział na czqarne i białe ("my" to zawsze dobrzy, oni - "źli"). Oczywiście to jest książka dla dzieci, która nie może być skomplikowana jak traktat historyczny. Zarazem jednak nie może fałszować historii i przedstawiac jej jednostronnie. Część nakładu ma obwolutę "Katarzyna Łaniewska poleca", co w sumie mówi wszystko, biorąc pod uwagę, że ta aktorka udziela się w audycjach katolickich. Nie polecam, chyba że ktyoś chce wychowac dziecko na oszołoma.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!