stały recenzent  Mateusz Wodyk

Recenzent Katedry (katedra.nast.pl).

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 6

  • Żywe srebro. Część 2. Trylogii Barokowej tom 1

    Mateusz Wodyk 2005-09-19

    Barok ożył   (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Londyński huncwot z postępującą kiłą staje się sławnym awanturnikiem, l’Emmerdeurem, królem wagabundów, prawdziwym picaró, a niedawna (wybawiona przezeń z wezyrowego haremu) odaliska – sawantką, wytrawnym giełdowym graczem i nie gorszą tkaczką wielowątkowych intryg. W drugiej księdze Cyklu barokowego Neala Stephensona zaznajamiamy się z feeryczną – bogatą w na przemian (lub wespół) śmieszne, zdumiewające i frapujące wydarzenia – historią Jacka Shaftoe (oczywiście nie bez przyczyny zwanego „Półkuśką”) i pięknej, pochodzącej z rzuconych siła autorskiej wyobraźni gdzieś między Hebrydy a Orkady wysp Qwghlm, błękitnookiej Elizy. Znów możemy dać nura w epokę Baroku, powtórnie spojrzeć na „perłę o nieregularnych kształtach”. Tym razem zobaczymy widok nie mniej ciekawy, ale odmienny. Nowy o tyle, o ile różnią się od siebie perspektywy wykształconego filozofa-naturalisty Daniela Waterhouse’a a rzeczonego sowizdrzała i włóczykija nazwiskiem Shaftoe. Akcja „Króla wagabundów” – nie licząc o mniej więcej dwudziestolecie wcześniejszego, pełniącego rolę prologu, rozdziału pierwszego – toczy się w Europie lat 83-85 XVII wieku. Mamy okazję znaleźć się pod oblężonym przez tureckie armie wielkiego wezyra Kara Mustafy Wiedniem, tamże, oczami żołdaka jednego z austriackich regimentów, ujrzeć efekty poprowadzonej przez Jana III Sobieskiego husarskiej szarży i uczestniczyć w gonitwie za fenomenalnie witalnym strusiem. Umocnić się w ludowym przekonaniu, że w noc Walpurgii lepiej na górę Brocken nie chadzać, czy też dowiedzieć – jakie miasto Starego Kontynentu Żydzi nazywali podówczas po prostu mokum (czyli „miejsce”). Te, jak i inne (a imię ich „Legion”) czekające na czytelnika w drugim tomie „Żywego srebra” atrakcje, opisane są ze swadą, piórem lekkim, nurzanym w inkauście ironii, niestroniącym od licznych a ciekawych dygresji. Tym sposobem dziwną rzeczą nie jest – ba, całkowicie naturalną – że tak przelane na papier słowa, wywołują w głowie adresata wizje plastyczne, przekonujące i na długo zapadające w pamięć. Księga druga Cyklu barokowego to, z uwagi na parę głównych bohaterów, ich tożsamość i charakter, powieść o wolności i jej granicach. Jest to też, m.in. poprzez sceny z targowisk w Linzu, Lipsku czy giełdy w Amsterdamie, książka o sile pieniądza oraz potędze informacji. Stephenson opisuje te dwa – dziś przecież jeszcze bardziej kluczowe – czynniki w sposób świeży, bez zadęcia, częstokroć jakby mimochodem, pięknie i z humorem; nie pozostawiając przy tym wątpliwości co do ich natury i wagi w historii ludzkości. Również z owym wątkiem komponują się, współbrzmią (do samego końca stawiając przed czytelnikiem pytanie o cenę i konsekwencję), losy Jacka i – szczególnie – Elizy. „Król wagabundów”, poświadczając po raz kolejny o nieprzeciętnym talencie autora „Zamieci” i „Diamentowego wieku”, nie pozostawia wątpliwości: Neal Stephenson nie jest li tylko pisarzem (post)cyberpunkowym. Wszechstronny, sprawdza się znakomicie w innych konwencjach, poetykach; panując nad swym rzemiosłem, nagina, dopasowuje, nadaje zamierzony – taki, jak chce – kształt literackiej materii. I, jak przystało na artystę, tworzy zeń małe dzieła sztuki. W tej 300-stronicowej powieści, niczym w alchemicznym tyglu, mieszają się, buzują, topią i wzajemnie przenikają: śmiech z refleksją, rozrywka z nauką, szalona, bezpretensjonalna przygoda z celną, zgrabną analizą działania rządzących nami i naszym światem odwiecznych, niezmiennych mechanizmów. Efektem zaś opisanych „reakcji”, bardzo dobra – z całą pewnością godna polecenia – książka.
  • Karaibska Krucjata - część 1. Płonący Union Jack

    Mateusz Wodyk 2005-09-12

    Karaiby odkrywane na nowo   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Z zimnych i mrocznych nordyckich klimatów – w gorące i słoneczne, nieco przemalowane i ubarwione XVIII-wieczne realia Indii Zachodnich lub, jeśli kto woli: Karaibów. W czasy zbliżone do tych z filmu „Klątwa Czarnej Perły”, epokę korsarzy, piratów, fregat i pierwszych okrętów liniowych. Taką dość niespodziewaną wycieczkę przed „Świtem po bitwie”, ostatnim tomem trylogii nordyckiej, zafundował swoim czytelnikom skandynawista Marcin Mortka. Ale też tłumacz marynistycznych powieści Patricka O'Briana – i to, nomen omen, wiele tłumaczy oraz zdecydowanie optymistycznie nastraja przed lekturą pierwszej połowy „Karaibskiej krucjaty”. Połowy tylko, bo drugą część dylogii, tj.: „La Tumba de las Piratas”, autor dopiero pisze. Historię przedstawioną na kartach „Płonącego Union Jacka” poznajemy z interesującej perspektywy kapitana fregaty „Magdalena” – Williama O’Connora. Rozliczne perypetie stające się udziałem załogi jego okrętu wypełniają te nieco ponad trzysta stron książki przede wszystkim akcją, ale też: obfitą porcją nienachalnego (a i zgryźliwego) humoru oraz niemałą dawką odwołań do naszej rzeczywistości i kultury masowej. Jest też – dość frapująca, lecz jak na razie odkryta jedynie w niewielkiej części – spinająca powieść intryga. Zdradzać jej nie zamierzam, acz ośmielę się ponarzekać na moim zdaniem zbyt słabe pierwszotomowe zakończenie. Wydarzenie, które wieńczy „Płonącego Union Jacka” jest bowiem dość mało znaczące. Autor zdaje się próbował to zamaskować efektownością, ale ciut przedobrzył: wyszło raczej efekciarsko i, chyba niezamierzenie, groteskowo. Słabo też z fantastyką: magią czy inną fantasmagorią – tych jest jak na lekarstwo; mniej nawet niż w choćby takoż niegrzeszącej pod tym względem „Pieśni Lodu i Ognia”. Lecz to, tak jak w przypadku cyklu George’a R. R. Martina, naprawdę dobrze robi całej opowieści – to, co nierealne czai się gdzieś na obrzeżach, peryferiach przedstawionych wydarzeń; z rzadka tylko stając w pełnej krasie przed oczyma czytelnika, pozostaje tajemnicze i intrygujące. Mocną stronę pierwszej części „Karaibskiej krucjaty” stanowią bez wątpienia bohaterowie – żegnający się ze zdrowym rozsądkiem i umiejętnością racjonalnej oceny sytuacji ilekroć w grę wchodzą emocje i porywy serca: kapitan załogi Billy O’Connor, chorobliwie pedantyczny dżentelmen i dowódca oddziału piechoty morskiej w jednej osobie: Edward Love (u którego wyrazem najgłębszego zdziwienia jest ledwie zauważalnie podniesiona brew), artylerzysta-piroman, uzależniony od prochu: Holender Avgusto Zeeman czy maniakalny, żyjący w odwiecznej i, jak się zdaje, dozgonnej symbiozie z okrętem: hiszpański cieśla Sanchez – to tylko co jaskrawsze przykłady z całej hurmy barwnych, zwariowanych postaci, na które natrafiamy w czasie lektury „Płonącego Union Jacka”. Przy każdej książce typu marynistycznego czy militarnego pojawia się niebezpieczeństwo przeładowania jej specjalistycznym słownictwem – technikaliami, które u przeciętnego czytelnika powodują w najlepszym razie pomijanie zbędnych, bo zupełnie abstrakcyjnych i często niezrozumiałych dlań opisów, a w najgorszym: zniechęcenie i rzucenie powieścią w kąt. Moim zdaniem w „Karaibskiej...” tak zwane „technobabble” utrzymane jest w normie, pozostaje środkiem, a nie celem samym w sobie. Ale oczywiście gwarancji, że czyjś próg tolerancji na bukszpryty, groty, brasowanie lub reje nie zostanie przekroczony, nie ma. „Płonący Union Jack” to udana awanturnicza historia w realiach, które, choć niesłychanie widowiskowe i intrygujące, o dziwo rzadko są w literaturze wykorzystywane. Wrażeń płynących z lektury nie psują niewielkie uchybienia. Toną one bowiem w powodzi przedniej rozrywki, jakiej bez skrępowania dostarcza nam Marcin Mortka. I o to chodzi.
  • Prędkość Mroku

    Mateusz Wodyk 2005-06-24

    Wyprzedzić mrok   (14 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Elizabeth Moon napisała powieść, która odmienna jest od tego, do czego przeciętny czytelnik s-f zdążył nawyknąć. Niby narracja standardowa, pierwszoosobowa, wyzbyta eksperymentów formalnych; niby sztafaż też niczym szczególnym nie zachwyca, bo cóż to: nieodległa przyszłość, wielkie korporacje, trochę nanotechnologii, postępy w medycynie (np. kuracje przedłużające życie); ot, wszystko gdzieś było - nie raz i nie dwa - i zapewne, tych najbardziej spośród Was oczytanych, zdążyło już również nieprzyzwoicie znudzić. A jeśli nawet jeszcze komu te ograne motywy nie zbrzydły, to z pewnością z większych oczekiwań wydestylowały. Lecz na przekór temu "Prędkości mroku" udało wyróżnić się na tle s-f. Czym w takim razie Moon intryguje, czym zasłużyła sobie na zeszłoroczną Nebulę? Uproszczona odpowiedź brzmi: sprawił to główny bohater, Lou Arrendale. Sympatyczny i poczciwy Lou różni się od zwykłych ludzi. Postrzega pewne rzeczy inaczej - jedne ostrzej, wyraźniej, inne z kolei tylko jak przez mgłę, zamazane. Czemu? Bo Lou jest autystyczny i choć przeszedł kuracje, mające przystosować go do życia w społeczeństwie (i które swoją rolę spełniły, bo Lou radzi sobie in real life całkiem nieźle - ukończył szkołę, pracuje, ma znajomych - nie tylko autystycznych), to jego mózg pod pewnymi względami pozostał różny od normalnego. Jako autystyk, Lou ma określone, narzucone przez chorobę cechy - jest nieco oderwany od rzeczywistości, przejawia skłonności do zamykania się we własnym, wewnętrznym świecie, ma osłabioną, niepełną łączność z otoczeniem. Elizabeth Moon w "Podziękowaniach" umieszczonych na początku książki daje do zrozumienia, że przygotowania do "Prędkości mroku" trwały wiele lat. Czytała specjalistyczną literaturę, zapisała się na tematyczne listy mailingowe, grupy dyskusyjne, utrzymywała kontakt z chorymi etc. I na pewno, oprócz biologicznego wykształcenia i tego, że wychowuje adoptowanego autystycznego syna, wiele jej to pomogło. Piszę o tym, by uzmysłowić, jakie amerykańska pisarka postawiła przed sobą wyzwanie: opisywać - lekko tylko wyektrapolowaną rzeczywistość - okiem obcym (bo przecież inaczej jednak świat postrzegającym) i nieobcym (bo ludzkim), i uczynić to w sposób wiarygodny. Moon nie poszła na łatwiznę, nie uprościła niczego czytelnikowi, bohater-narrator skupia się często na rzeczach, na które my nie zwracamy uwagi; kiedy indziej zaś pomija w opisie zagadnienia dla przeciętnego człowieka nie do przeoczenia. Czasem to denerwuje, ale właśnie tak być powinno. Gdybyśmy w pełni podzielali i uważali za normalne, wszystkie zachowania Lou, to już nie byłby obcy - nastąpiłoby oszustwo ze strony autorki. Jednocześnie, unikając najłatwiejszego rozwiązania - tj. przedstawienia bohatera w sposób przesadnie uczuciowy, ckliwy, czułostkowy - Elizabeth Moon ukazuje istotę autyzmu, oswaja czytelnika z tym rodzajem aberracji; "zaznajamiamy się" - że mniej więcej wiernie przywołam wypowiedź Clary Park - "z niepokojem i napięciem, jakie nieustannie towarzyszą bohaterowi, który walczy, by zrozumieć świat, tak ochoczo określany mianem normalnego". Ba, w czasie lektury rodzi się pytanie, czy takie odchylenie od zwykłego stanu umysłowego, nie jest czasem podobne do innych anomalii, które występują u ludzi powszechnie uznawanych za zdrowych. Czy nie jest może, mniej więcej, tego samego "kalibru"... Jeśli macie ochotę przeczytać coś nowego, coś, co być może przynajmniej na jakiś czas zmieni sposób, w jaki postrzegacie otaczającą rzeczywistość, to powieść Elizabeth Moon jest dla Was. "Prędkość mroku" przełamała granice gatunku, wykroczyła "poza schemat i przyzwyczajenie, w mrok"; i była to wycieczka ze wszech miar udana. Zachęcam, tym bardziej, że z pozoru opisując tylko odmienność, opowiada również o człowieku, który jest jak każdy inny. Bo problemy z jakimi boryka się Lou, to w znakomitej większości perypetie normalnych, "zdrowych" ludzi, nieco zagubionych w tym zwariowanym, pędzącym do przodu świecie.
  • Ględźby Ropucha

    Mateusz Wodyk 2005-06-16

    Historie warte (każdego) Szostaka

    Wit Szostak (krakus, filozof, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej, członek Towarzystwa Tischnerowskiego i miłośnik twórczości Tolkiena) to objawienie polskiej fantastyki ostatnich lat. Teraz otrzymujemy "Ględźby Ropucha", książkę zawierającą opowiadania spisane w latach 1999-2000, z których część ukazała się wcześniej w różnych periodykach fantastycznych (NF, SF, Ubik). Wszystkie zawarte w tomiku małe formy, w sumie szesnaście, powiązane są ze sobą miejscem akcji (teoretycznie przynajmniej, bo autor dość swobodnie traktuje to ograniczenie), a jest nim rozległa kraina zwana Międzygórzem, na obrzeżach której znajdują się znane już z dwóch Szostakowych powieści - Smoczogóry. Jak widać, uniwersum jest jedno i to samo, więc chyba wiele nie zdradzę mówiąc, że uważny czytelnik znajdzie w niektórych opowiadaniach nawiązania do treści np. "Wichrów Smoczogór"... No właśnie, "uważny", bo "Ględźby Ropucha" to nie "Achaja" czy inna "Księżniczka". Książkę Wita Szostaka należy czytać w skupieniu, z uwagą - nie tylko, aby wyłapać wyżej zasygnalizowane smaczki intertekstualne, ale przede wszystkim, by nie przeoczyć informacji, która na końcu może okazać się niezbędną dla prawidłowej recepcji całości. Tym bardziej, że w "Ględźbach" często ostatnie zdania lub akapity wywracają na nice opowiadane historie, zmuszając odbiorcę do poprzestawiania w głowie wszystkich - wcześniej zdawałoby się już dopasowanych - klocków układanki i przemyślenie rzeczy raz jeszcze, od nowa. Wit Szostak snuje swe opowieści z wprawą zawodowego gawędziarza - znakomicie panując zarówno nad opisem, jak i dialogami. Ma przy tym piękny, poetycki (ale zarazem lekki) styl. Bardzo leśmianowski, że użyję ostatecznego w moich oczach komplementu. Autor nie stroni też od zabaw językowych - mówi, że lubi zbitki brzmieniowe, że fascynuje go rytm języka, taneczność frazy, dzikość frazeologii. A dochodzą do tego jeszcze różne interesujące eksperymenty formalne... Już tylko te wymienione aspekty książki, czynią lekturę poszczególnych opowiadań zajęciem przyjemnym i nieraz zaskakującym. Ale, co bardzo cieszy, dostajemy więcej, znacznie więcej. U Wita Szostaka realia nie są zbyt istotne. Ów międzygórski kostium, w jaki autor przyoblekł swoje opowieści, to tylko jedna z wielu możliwości - historie równie dobrze mogłyby mieć miejsce w jakimś innym, zawsze przecież niemal identycznym, "fantastycznym średniowieczu". Gawędy, z którymi mamy do czynienia, jakkolwiek dziwne, mówiące o przypadkach osobliwych, dotykają jednocześnie spraw głęboko ludzkich, fundamentalnych. Autor pisze o złudzeniach, jakimi się otaczamy oraz umiejętnie eksponuje ich źródło - obnażając przy tym różne sprzeczności i paradoksy ludzkich zachowań. Pyta o rzeczy zasadnicze oraz konfrontuje ze sobą z gruntu sprzeczne postawy (pokazując na przykład dzięki temu, jak na podstawie jednego doświadczenia, może runąć od lat niewzruszony i - zdawałoby się komu - jedynie słuszny światopogląd). Cóż, udaje się to Szostakowi świetnie. "Ględźby Ropucha" dają do myślenia i, mam nadzieję, nikogo nie pozostawią obojętnym na zawartą w nich treść. Nadto - ostatnim opowiadaniem autor ładnie i zręcznie spiął wszystkie utwory ze sobą. Uwypuklając przekaz, zniknął - złudne jak się okazało - wrażenie dowolności i przypadkowości w doborze historii, które znalazły się w książce. Kończąc, sakramentalne recenzenckie pytanie: warto? No cóż, ja sam mogę stwierdzić, że czuję się twórczością Wita Szostaka zainfekowany, a na remedium już nie liczę, bo kolejna jego książka spodobała mi się wielce. Spodobała się, ponieważ "Ględźby Ropucha" tętnią ciekawymi pomysłami, zachwycają bogatą i piękną polszczyzną, która niesie za sobą fascynującą treść. W takich okolicznościach odpowiedź wprost na wyżej postawione pytanie jest chyba zbędna, prawda?
  • Żywe srebro. Część 1. Trylogii Barokowej tom 1

    Mateusz Wodyk 2005-06-14

    Fantastyczna historia   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "The science fiction approach doesn't mean it's always about the future; it's an awareness that this is different." Neal Stephenson to jeden z najważniejszych pisarzy fantastycznych ostatnich kilkunastu lat. "Zamieć" (wydana w roku 1992), "Diamentowy wiek" (1995) czy "Cryptonomicon" (1999), to powieści bardzo dla science fiction istotne; must-read właściwie, a przy tam każda z nich inna, każda wyznaczająca nowe ścieżki w gatunku, w którym do terra incognita coraz trudniej pisarzom dotrzeć. Autor na Zachodzie bardzo popularny, o ugruntowanej pozycji na rynku, w Polsce do tej pory - poza wąskim gronem najbardziej obeznanych w temacie czytelników - ledwo zauważany. Dotychczasowym polskim wydawcom (Zysk, Prószyński) nie udało się należycie książek Stephensona wypromować, większość z nich szybko lądowała na półkach z napisem "przecena". Przyczyniła się do tego z pewnością niechlujność wydawnicza; niemal wszystkie jak do tej pory polskie publikacje Amerykanina urodzonego w Fort Meade, posiadały pewne edytorskie niedoróbki, uchybienia na tyle znaczne, by zostały wypomniane w recenzjach poszczególnych powieści. Ale chyba przede wszystkim na opisywanej sytuacji zaważył brak reklamy, chęci rozpropagowania tego akurat pisarza. "Żywe srebro" tom 1 jako ułamek znacznie większej całości niczego oczywiście nie kończy, niemniej daje pewne pojęcie o tym, czym nowe dzieło Stephensona jest, do czego nawiązuje. I tak, od razu widać, że autor w pewnym sensie wraca do poprzedniej powieści - "Cryptonomiconu". Mamy antenata Lawrence'a i Randy'ego Waterhouse'ów - Daniela (który jest głównym bohaterem "Żywego srebra"), mamy też niesamowicie długowiecznego i tajemniczego Enocha Roota, który i tu, i tu swą osobą fascynuje czytelników. Już tylko po tym można chyba więc określić Cykl Baroku, jako (oczywiście dość luźny) prequel "Cryptonomiconu". Akcja książki toczy się na przemian w XVII i XVIII wieku, na przełomie dwóch epok - tej, która nadała tytuł trylogii oraz oświecenia. Na pierwszym planie są naukowcy naturaliści - fikcyjny Waterhouse oraz jak najbardziej historyczni - Isaac Newton i Gottfried Leibniz. Otrzymujemy piękny, ale i przerażający fresk tamtego niezwykle dynamicznego okresu, gdy rodziła się nowożytna nauka, zmieniał sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości, kiedy powstawał zachodni racjonalny świat. Stephenson w sposób bardzo realistyczny i przekonujący oddał ducha tamtych czasów, mentalność badaczy empirystów, dla których cel (wiedza, rozszyfrowanie kolejnych zagadek natury) uświęcał na dobrą sprawę środki, którzy jako żywo przypominali nieraz szalonych naukowców. Czuje się ich pasję, dostrzega i geniusz, i obłęd. To wszystko napisane jest lekkim, acz nieco rozbuchanym stylem Stephensona; tętniącym jednakowoż przy tym od błyskotliwych, uderzających swą celnością spostrzeżeń. Oczywiście, jak to w takich (docelowo) opasłych tomiskach bywa, zdarzają się momenty nieco słabsze, nudniejsze, ale i te warte są poświęconej im uwagi. Jeśli już jednak sobie tak narzekam, to - czasem autorowi nieco rozjeżdża się narracja, kilkudziesięcioletnie przeskoki w czasie akcji nie zawsze udaje się połączyć w sposób zadowalający; kiedy indziej zaś, tłumacz z kolei, zbyt często raczy nas przypisami... Niemniej nie są to zbyt poważne braki - i o ile ktoś nie oczekuje od "Żywego srebra" odmóżdżającej, pędzącej helter-skelter akcji w stylu Dana Browna, to powinien być usatysfakcjonowany. Czytając "Żywe srebro" nabrałem pewności, że autor z pełnym przekonaniem i świadomością wypowiedział u góry cytowaną sentencję, co więcej - zastosował się do niej. Mamy więc jak na lekarstwo fantastyki sensu stricto, a jednak, ta na pozór tylko powieść historyczna, buzuje od fantastycznych wizji, od tej często nieuchwytnej poetyki science fiction, wrażenia inności, które osobiście bardzo sobie cenię. Polecam, czekając już niecierpliwie na kolejne części.
  • Wody głębokie jak niebo

    Mateusz Wodyk 2005-04-20

    Okrutne piękno   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Półwysep to niezwykłe miejsce. Przepojone magią i pełne fantastycznych stworów – serafów, kerubów czy cyklopów. Tu magowie ściągają demony z nadksiężycowego świata i wiążąc je z materią, czynią sobie podległymi. W tej krainie smoki wodzą na pokuszenie obietnicami, szalone stregi w tajemnicy celebrują mroczne obrzędy, mnisi żarliwie modlą się do Najwyższego, a gdzieś za morzem czają się nieprzeliczeni i fanatyczni Arimaspi. W wyobraźni Ani Brzezińskiej powstał świat, w jakim musiała wydarzyć się niejedna historia warta dobrej opowieści. I tak się stało – w księgarniach znajdziecie już książkę, która mnie zachwyciła. W którą autorka niechybnie wplotła niejednego demona. „Wody głębokie jak niebo” są zbiorem opowiadań z akcją osadzoną właśnie na Półwyspie; w podksiężycowym świecie podobnym do renesansowych Włoch (choć z dość znaczną domieszką kultury greckiej), o zbliżonym nazewnictwie, geografii i klimacie, gdzie tak jak w pierwowzorze dominują państwa-miasta rządzone przez makiawelicznych książąt (tu jednocześnie magów). Wykreowany świat zdaje się zupełnie realny, tchnie ciepłą, słoneczną Italią, pełną południowych zapachów i pastelowych barw. Można powiedzieć, że Ania Brzezińska nie napisała, a namalowała tę książkę. W magicznych realiach Półwyspu bardzo ważną rolę odgrywają demony. Pochodzą ze świata nadksiężycowego. Dziewięciosferowego i zhierarchizowanego. Tam też zapewne chętnie pozostałyby, gdyby nie magowie; ci, po uprzednim zlokalizowaniu na mapie niebios demona, przyzywają go, wiążą z materią i na czas spełnienia trzech życzeń, czynią niewolnikiem. Autorka – jak przyznała w jednym z wywiadów – w kwestii magii inspirowała się myślą neoplatońską, natomiast za wzorzec hierarchii niebiańskiej posłużył traktat Pseudo-Dionizego Areopagity. Wykorzystanie profesjonalnych źródeł, stricte naukowych oraz wsparcie ich żelazną pisarską konsekwencją zaowocowały znakomitym efektem. Otrzymujemy logiczne, wewnętrznie spójne uniwersum, które zarazem - z uwagi na oszczędność, miarę w zdradzaniu jego tajemnic - pozostaje dla czytelnika cały czas na tyle nieprzewidywalne i intrygujące, by stale utrzymywać go w napięciu i niepewności. Dla wielbicieli sztandarowego cyklu autorki o zbóju Twardokęsku może być pewnym zaskoczeniem, że tym razem Ania Brzezińska zrezygnowała z jakiejkolwiek stylizacji (prócz może „Róż dla Sirocco” odznaczających się bardziej niźli pozostałe baśniową poetyką). Opowiadania napisano językiem bardzo eleganckim, spokojnym, nadto „gęstym” i umiarkowanie kwiecistym. W czasie lektury nasuwają się skojarzenia z „Tiganą” Guya Gavriela Kaya, czasem przemknie też myśl o twórczości Patricii McKillip. Podobieństwa ograniczają się jednak tylko (i na szczęście) do ogólnego wrażenia, a „Wody głębokie jak niebo” pozostają dziełem w pełni autonomicznym; oryginalnym, odmiennym od większości fantastycznych produkcji tak na polskim, jak i światowym rynku wydawniczym. Lecz w „Wodach...” nie uniwersum, styl czy literackie inspiracje są najważniejsze. Clou stanowią historie, jakie ma nam do opowiedzenia autorka. One zaś, choć niewesołe, są piękne. Każda przedstawia wydarzenia smutne, ponure, często tragiczne. Bohaterowie są po wielokroć zmuszani podejmować decyzje w kwestiach, w których jako wybór mają tylko rozwiązania złe lub jeszcze gorsze. A jednak, mimo wszystko, od tych poruszających najdelikatniejsze struny ludzkiej duszy opowieści, nie tchnie defetyzmem. Tu raczej przebija pogodna melancholia, wywołująca najczęściej smutny uśmiech akceptacji. Nie podejmę się orzec, które z opowiadań jest tym najlepszym. Wszystkie dotykają spraw ważkich w sposób subtelny i mądry. Każde bezlitośnie wygrywa na odbiorcy pełną gamę emocji. Półwysep to kraina piękna i okrutna zarazem. Zanurzcie się w niej. I dajcie oczarować.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Wszystkie zapowiedzi w Merlinie >>

Promocje - kupuj i oszczędzaj!