stały recenzent  Jan Franczak

Rekomendacje:

  1. Dusza lwa. Dietrich von Hildebrand (1889-1997)
  2. Tajemnica Graala

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 48

  • Heloiza i Abelard

    Jan Franczak 2007-08-26

    Drabina miłości, czyli niebanalna historia słynnego romansu   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Polski czytelnik, znający trzy inne książki wybitnej francuskiej mediewistki, Regine Pernoud, przetłumaczone do tej pory na polski ("Templariusze", "Inaczej o średniowieczu" oraz "Kobieta w czasach wypraw krzyżowych"), sięgnie po tę niepozornie wyglądającą książeczkę bez wahania. Ogromna erudycja autorki, bogactwo szczegółów, materiału faktograficznego i pieczołowitość, z jaką odtwarza epokę średniowiecza, obalając przy tym popularne mity i przekłamania na jej temat oraz zajmujący styl, gwarantują ciekawą i ubogacającą lekturę. I choć streszczenie na okładce książki zapowiada jakąś tanią sensację ("Kochali się, ale ich rozdzielono. Jego wykastrowano, ją zamknięto w klasztorze"), to czytający nie zawiedzie się. Po pierwsze, "Heloiza i Abelard" zaspokoi oczekiwania miłośników średniowiecza. Pernoud barwnie i zajmująco opisuje nie tylko dzieje burzliwego romansu słynnych kochanków, ale także samą epokę, podając wiele ciekawych szczegółów i detali, stawiając nam przed oczami ludzi z krwi i kości, tak jakby opisywane wydarzenia i miejsca znała z autopsji. Po drugie, praca znakomitej mediewistki trafi w gusta zainteresowanych psychologią, którzy znajdą tutaj wnikliwą analizę przypadku Heloizy i Abelarda, ich pozbawione uproszczeń sylwetki i charakterystykę oparte na dostępnych dokumentach, korespondencji zakochanych i skrupulatnych badaniach, a także wsparte ogromną wiedzą dotyczącą średniowiecznych zwyczajów, koncepcji miłości i ówczesnej mentalności. Po trzecie, książeczka ta niewątpliwie zaintryguje tych, których fascynuje średniowieczna duchowość, teologia i burzliwe spory intelektualne toczone na ówczesnych uczelniach i gromadzące tłumy pragnące wysłuchać pojedynku słownego, którego stawką było dotarcie do prawdy.Jednak zwróciwszy uwagę na te trzy obszary zainteresowań obecne w "Heloizie i Abelardzie", trzeba nadmienić, że jest to przede wszystkim opowieść o niełatwym, często bolesnym, wspinaniu się po szczeblach drabiny miłości, o przejściu od zwykłej ziemskiej namiętności, kierującej się cielesnymi popędami do pragnienia rzeczy duchowych, motywowanych miłością Boga. Niebagatelną rolę przypisuje tutaj Regine Pernoud, nie tylko Abelardowi, ale przede wszystkim samej Helozie, podkreślając to, jak wiele średniowieczny filozof zawdzięczał swojej ukochanej, jak bardzo wpłynęła ona na kształtowanie się jego duchowości, przeobrażenie jego osobowości. Poprzez sylwetki tytułowych bohaterów Pernoud pokazuje jednocześnie wielkość tamtych czasów, gdy wartości duchowe przeobrażały nie tylko rzeczywistość wokół nich, ale przede wszystkim ich samych.
  • Epifania Wikarego trzaski

    Jan Franczak 2007-07-11

    Objawienie!   (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    „Epifania wikarego Trzaski” to przede wszystkim znakomite czytadło, w najlepszym rozumieniu tego słowa, od którego trudno się oderwać od pierwszej do ostatniej strony. Czytelnik wciągnięty w wir opowieści po odwróceniu ostatniej kartki odkłada książkę z poczuciem żalu, że to koniec. Takiego uczucia, znanego mi z dzieciństwa, nie doznałem już dawno przy lekturze wielu „poważniejszych” utworów literackich. Choć u Twardocha nie ma piratów, tylko księża, choć zamiast skarbu jest Skarbnik, a rolę mówiących dziwnym narzeczem tubylców odgrywają Ślązacy, to ma się wrażenie uczestnictwa w niezwykłej przygodzie, którą żal porzucać. Powieść Twardocha można oczywiście przeczytać tylko w celach rozrywkowych, ale jest ona jednak czymś więcej niż tylko rozrywką. Są tutaj znakomicie naszkicowane postaci i portrety: wariata Kocika, tajemniczego ascety i pustelnika Bogislava, tytułowego wikarego Trzaski, pani Małgosi pracującej dla antykościelnego szmatławca, „książąt Kościoła”, nauczycieli w lokalnej szkole. Jest bowiem książka autora znakomitego „Sternberga” zwierciadłem przystawionym polskiemu „tu i teraz”. Autor, choć sam ma poglądy konserwatywne, bez litości i złudzeń przedstawia polską prawicę, rozgrywki związane z lustracją, polski episkopat. Tematyka kościelna zresztą dominuje. Do pewnego stopnia jest „Eipfania...” literackim odpowiednikiem „Odwagi bycia katolikiem” G. Weigla. Bo przecież w obu tych książkach chodzi o słabości katolickiego kleru i o to, jak to się ma do tego, że kapłan jest ikoną Chrystusa. Jest wreszcie w tej powieści kolejny poziom. Jest to książka o pokuszeniu, grzechu, nawróceniu, przebaczeniu i pokucie. Ten wątek jest widoczny zwłaszcza na przykładzie dwóch postaci: wikarego Trzaski i Bogislava. Ale także na przykładzie Kocika, choć tutaj dotykamy też innego ważnego problemu – niezasłużonego cierpienia. Nie zdradzając czytelnikowi historii tych ważnych w powieści bohaterów, można zaryzykować tezę, że Twardoch, pozostając wierny katolickiej ortodoksji, ewangelizuje przez literaturę popularną i robi to w znakomity sposób, taki, że zapiera dech w piersiach. "Epifania wikarego Trzaski" jest nie tylko objawieniem, jakie przytrafiło się pewnemu księdzu na wygnaniu w śląskiej parafii, ale także objawieniem nowego talentu literackiego. Z niecierpliwością czekam na więcej.
  • Jak kościół katolicki zbudował cywilizację zachodnią
    • Jak kościół katolicki zbudował cywilizację zachodnią
    • Thomas Woods
    • (towar niedostępny)

    Jan Franczak 2007-06-09

    Jak Kościół zbudował Europę   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: jakiś bardzo inteligentny człowiek wraz z grupą majętnych przedsiębiorców tworzy potężną i prężnie rozwijającą się firmę, nadaje jej prawa, organizację, zakłada szkoły dla jej pracowników, obmyśla system rozwiązywania konfliktów i łagodzenia możliwych sporów, ozdabia jej biura i fabryki niezwykłymi dziełami sztuki. W pewnym momencie firma ta zaczyna się usamodzielniać, a w końcu odrywa się od swojego założyciela. Mimo pewnych kłopotów większych i mniejszych trwa nadal. Tworzy nowe miejsca pracy, zdobywa nowe rynki, jej pracownicy są dumni z jej istnienia. Jej założyciel odchodzi jednak w cień zapomnienia. I oto któryś z pracowników firmy proponuje, by przypomnieć i uczcić jej twórcę uroczystością, a w dowód wdzięczności zbudować pomnik i wymienić go na honorowym miejscu jako głównego architekta całego przedsięwzięcia. I nagle ku zdumieniu inicjatora tego pomysłu podnoszą się głosy protestu i oburzenia. Jedni twierdzą, że wyrazy uznania dla założyciela, byłyby dyskryminacją tych, którzy przyszli do firmy później i nie mogli pracować nad jej powstaniem. Inni, że uhonorowanie twórcy byłoby negowaniem zbiorowego wkładu pracowników i wyróżnianiem tylko jednej, wcale nie najważniejszej osoby. Jeszcze inni... Trudno taką sytuację sobie wyobrazić? Oburza nas sama myśl, że ktoś mógłby zostać potraktowany w tak niewdzięczny sposób? Ależ wystarczy sobie uświadomić, że owym "założycielem" jest Kościół, a potężną firmą, stanowiącą wzór i przykład dla innych, Europa reprezentowana przez Unię Europejską. A szerzej cała cywilizacja Zachodu (George Weigel zwracał uwagę np., że Stany Zjednoczone w walce z terroryzmem bronią nie tylko Ameryki, ale europejskich wartości). Wystarczy sobie przypomnieć, jakie kontrowersje wywołuje pomysł o uwzględnieniu chrześcijańskich korzeni Europy w konstytucji europejskiej. Profesor Woods, ilustrując to licznymi przykładami oraz cytatami z dokumentów, demonstruje, jak potężny wpływ na rozwój cywilizacji zachodnioeuropejskiej miał Kościół katolicki. W dwunastu rozdziałach pokazuje w interesujący sposób, jaki wkład wniosło chrześcijaństwo w rozwój nauki, szkolnictwa, sztuki, architektury, prawa międzynarodowego, ekonomii i moralności. Przypomina to, co dla wielu współczesnych jest rzeczą już nieznaną lub zapomnianą, jednocześnie obala mity, jakie w związku z tym powstały lub jakie mimo osiągnięć nauk historycznych do tej pory się utrzymują. Znakomitym przykładem może być zwrócenie uwagi na to, że to w średniowieczu, będącym dla wielu synonimem ciemnoty, powstały uniwersytety. Książka amerykańskiego autora jest zarówno demaskatorska, jak i pouczająca. Może być źródłem inspiracji do dalszych poszukiwań, gdyż każdy z rozdziałów to temat na osobną obszerną monografię. Na uznanie zasługuje również staranna szata graficzna polskiego wydania, będąca w jakiś sposób nawiązaniem do tego, co w tradycji chrześcijańskiej najlepsze. Choć w przyszłych wznowieniach dobrze byłoby usunąć pewne potknięcia przy korekcie tekstu.
  • Mała Historia Wielkiej Polski

    Jan Franczak 2007-06-09

    Dzieje wielkiego narodu świetnie opowiedziane   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jeśli znaczny odsetek Polaków w badaniach opinii publicznej twierdzi, że nie chce usuwania pomników armii sowieckiej z Polski, to zdaje się to świadczyć o jednym: Polacy ci nie uświadamiają sobie, że żołnierz sowiecki był okupantem. I to nie tylko 17 września 1939 roku, kiedy Armia Czerwona wbiła nóż w plecy Polski, ale także później, kiedy ten sam żołnierz "wyzwalał" Polskę od swojego niedawnego sojusznika i przyłączał do Związku Sowieckiego spory obszar II Rzeczypospolitej. Takim czytelnikom, a także tym, którzy mają więcej niż 40 lat, a dziejów ojczystych uczyli się z zakłamanych podręczników PRL-owskich, teraz zaś chcieliby zrewidować i odświeżyć swoją wiedzę, warto polecić "Małą historię wielkiej Polski" Grzegorza Kucharczyka. Próba opowiedzenia w jednym tomie ponad 1000 lat historii Polski jest zadaniem karkołomnym. A trzeba przy tym zaznaczyć, że autor doprowadza swoją opowieść aż do roku 2006. Taka synteza może mieć swoje wady, bo trzeba pominąć wiele ciekawych zjawisk i wydarzeń, a niektóre z nich po prostu uprościć. Ale pozwala też jednym rzutem oka ogarnąć zjawiska odległe w czasie, dostrzec podobieństwa i paralele. Grzegorz Kucharczyk, autor m.in. takich książek jak "Kielnią i cyrklem", "Czerwone karty Kościoła" czy "Pierwszy holokaust XX wieku" wywiązał się z tego karkołomnego zadania znakomicie. Z prawdziwym talentem, godnym takich historycznych gawędziarzy jak Paweł Jasienica, opowiada dzieje swojego narodu. Ci, którzy chcą się dowiedzieć na przykład, co łączy targowicę i PKWN oraz manifest 22 lipca; jak mocarstwa sąsiednie przyprawiały Polsce przed rozbiorami gębę nietolerancji i co to przypomina dzisiaj; jak Churchill pouczał Polaków, by nie byli egoistami oraz jak to się ma do wypowiedzi pewnych polityków także w czasach nam współczesnych, powinni koniecznie sięgnąć po syntezę Kucharczyka. Dowiedzą się z niej nie tylko tego, ale dużo, dużo więcej. Zapewne też wiele faktów zamieszczonych w tej książce będzie dla nich odkryciem, a być może pozwoli zmienić spojrzenie na własne dzieje oraz wyobrażenia kształtowane przez tak zakłamane a popularne seriale, jak "Czterej pancerni i pies" czy "Stawka większa niż życie".
  • Demon południa

    Jan Franczak 2007-06-02

    "Tylko prawda jest ciekawa"   (6 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Taki tytuł, będący cytatem z Józefa Mackiewicza, mogłaby nosić ta książka. Prawda o kim lub o czym? Prawda o człowieku i tym, jaki jest sens jego życia. Autor nie zadawala się prostymi odpowiedziami. W przedmowie do tego zbioru artykułów i esejów publikowanych wcześniej w czasopismach pisze, że „podstawowym wyróżnikiem współczesnych czasów jest (...) redukcjonistyczna antropologia”. Winą za taki stan rzeczy obarcza odrzucenie Boga i chrześcijańskiej wizji świata. Pustka po Bogu zostaje wypełniona namiastkami i ułomnymi koncepcjami, które nie dają satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie o człowieka i sens życia. Dlatego też autor nie waha się krytycznym okiem patrzeć na uznane autorytety. Analizując ich propozycje obnaża miałkość sugerowanych rozwiązań. Wystarczy poczytać choćby „Ucieczkę z Ziemi Ulro”. Stąd arcyciekawe w tej książce są portrety pisarzy, filozofów, badaczy czy raczej ich koncepcji lub „odkryć”. Górny bowiem tnie jak brzytwą, odsłaniając niejednokrotnie zgniliznę i rozkład tam, gdzie wydawałoby się mamy okaz zdrowia. Odsłania fałsz i kłamstwo tam, gdzie wydawałoby się mamy do czynienia z nową, rewolucyjną teorią lub wynikami badań. Kapitalne są w tej książce analizy uznanych i cenionych tekstów literackich. „Moskwy-Pietuszki” Jerofiejewa i „Pod wulkanem” Lowry’ego, „Panny Nikt” Tomka Tryzny. Niezwykle inspirujące i ciekawe są teksty poświęcone takim kwestiom, jak: aniołowie, demony, cierpienie, życie małżeńskie czy tematom politycznym, jak choćby demokracji jako formie teokracji. Autor nie ukrywa swego katolicyzmu, wręcz przeciwnie – pokazuje, że może on być podstawą do krytycznego, pozbawionego złudzeń spojrzenia na świat i człowieka. Dużą zaletą zebranych w „Demonie południa” tekstów jest ich styl, znakomity język, uciekanie się do chwytów literackich, jak choćby w „Niebezpiecznych książkach”, które zawierają refleksje po lekturze „Imienia Róży” Ecco. Tę książkę po prostu się czyta z zapartym tchem, jak najlepszą powieść!
  • Koledzy (książka + CD)

    Jan Franczak 2007-06-01

    Wojtek, zmień kolegę!   (9 z 13 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Bywa tak, że chłopak wpadnie w złe towarzystwo i marnuje swoje możliwości i talent. Hmmm... Tym razem może Waglewski talentu nie zmarnował, bo liczę, że jeszcze nieraz nas zaskoczy i uraczy dobrą muzyką, ale źle trafił na pewno. Płyta z Maleńczukiem rozczarowuje. Mam Waglewskiemu za złe, że wdał się w to przedsięwzięcie. Początkowo łudziłem się, że będzie z tego mieszanka wybuchowa albo co najmniej parę ciekawych, nietuzinkowych utworów z ikrą (jak tytułowi „Koledzy”). Tymczasem słuchać da się na tej płycie głównie Waglewskiego, ale reszta to już tzw. „kaszana”. Waglewski lubił już wcześniej eksperymentować na swoich płytach z różnym typem muzyki, nawiązując również do dźwięków i stylu rodem z podrzędnej knajpy. Ale tamte wycieczki były znacznie ciekawsze. Być może dlatego, że nie mieszał i nie dominował tam Maleńczuk. Po kilku próbach wysłuchania płyty w całości dałem sobie spokój. Może po kilku głębszych da się tego słuchać, bo wtedy jest już wszystko jedno, ale na trzeźwo, oprócz może dwóch lub trzech piosenek, szkoda na to czasu. Za złe mam też Waglewskiemu, że zrezygnował ze swojego dystansu i wdał się w odruchy stadne, uczestnicząc w nagraniu prymitywnego protest songu przeciwko „kaczkom”. Panie Wojtku, niech Pan zmieni kolegę, to towarzystwo źle na Pana działa!
  • Jan Franczak 2006-05-21

    Niestety do poprawy   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wbrew entuzjastycznym opiniom niektórych użytkowników nie jest to słownik doskonały. Wiele zawartych w nim haseł powinno być przeredagowanych lub zredagowanych na nowo. Szkoda, że słownik nie zawiera opcji "update", która pozwoliłaby na uzupełnianie haseł na bieżąco lub zmianę niektórych z nich z pomocą Internetu. Nie ma też opcji, która umożliwiłaby użytkownikowi dodanie haseł, których na przykład w słowniku brakuje albo dodanie znaczeń, które nie zostały uwzględnione przez redaktorów. Korzystając ze słownika mam wrażenie, że niektóre hasła nie zostały zredagowane starannie. Często jestem w stanie znaleźć odpowiednik polski danego hasła korzystając z darmowego słownika internetowego, natomiast nie ma go w słowniku oksfordzkim. Mam nadzieję, że autorzy tego słownika nie spoczną na laurach w przekonaniu, że jest to pierwszy tak obszerny słownik angielsko-polski i polsko-angielski, ale wezmą się do pracy i poprawią obecne w nim niedoskonałości.
  • Żywoty równoległe

    Jan Franczak 2006-05-02

    Czas przeszły dokonany   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Pierwszą rzeczą, która zwraca uwagę czytelnika książki Jacka Dehnela są trzy czarno-białe fotografie na okładce. Na każdej z nich dzieci. Fotografie są stare, prawdopodobnie z początku ubiegłego wieku. Staroświeckie są stroje dzieci. Staroświecki sposób ich przedstawienia. Wywołuje to uśmiech rozbawienia. Być może ich oglądaniu towarzyszy refleksja nad upływem czasu, zaduma nad tym, kim te dzieci stały się później i jak umarły. Do każdego z tych zdjęć można by ułożyć osobną historię. Można by się zadumać nad widocznymi na nich szczegółami. Na ostatniej stronie okładki natomiast, oprócz notki o autorze i pochwalnych słów Czesława Miłosza, mamy stylizowane zdjęcie samego Jacka Dehnela. Podobne do wspomnianych już wyżej trzech, jeśli chodzi o sposób przedstawienia. Przez ten prosty stylizacyjny zabieg poeta zdaje się na nas patrzeć z otchłani czasu. Już pobieżne przejrzenie tomiku poety, uhonorowanego Nagrodą im. Kościelskich, pozwala dostrzec, że okładka odzwierciedla zawartość i doskonale z nią współgra. Wszystkie wiersze noszą pod spodem datę z początku ubiegłego wieku. Tak jakby poeta chciał powiedzieć: "Mnie już nie ma. Czytacie to, co po mnie zostało. Te parę wierszy, ta fotografia, to wszystko. I nic więcej". Oczywiście czytelnik, wyczulony na postmodernistyczne gierki i zabawy w literaturę, będzie węszył tutaj podstęp, podchodził do całej sprawy podejrzliwie. Ale ja będę czytelnikiem naiwnym. Dla mnie materią wierszy Dehnela jest czas, umieranie, odchodzenie w przeszłość. A drugi temat, który mnie w tej poezji zafrapował to kwestia przypadkowości naszego istnienia, kwestia tego, czy to, co nam się przytrafia mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Jak pisze w jednym z wierszy: "i tamto życie jest równie prawdziwe/tylko się właśnie nie zdarza". Motyw śmierci, odchodzenia, upływu czasu pojawia się już w pierwszych utworach tomiku i jest w nim wszechobecny. Trumienne czy wręcz trupie porównania można odnaleźć nawet w wierszach o miłości ("Teraz, od kiedy nie wiem..."). Czytając te teksty, cały czas mamy odczucie, że to, co po nas zostanie, to być może tylko parę zdjęć (które ilustrują cały tomik), może tylko jedno zdjęcie, na którym będziemy niewyraźną plamką. Z tych wszystkich myśli, uczuć, zdarzeń nie pozostanie nic, może tylko domysł przyszłego poety będzie próbował dopełnić ten brak. Nieprzypadkowo też znajdziemy tutaj wiersze, do których inspiracją było oglądanie albumu lub ocalonej starej fotografii. To na nich została zatrzymana jakaś chwila z takich wielu innych. Występujące na nich postaci nie wiedziały, co je czeka, tak jak nie wiemy my uśmiechając się do obiektywu. Bardzo to zresztą przypomina w jakimś stopniu poezję baroku i średniowiecza. Pytanie o przypadkowość naszego istnienia, o jego sens, o to, na ile to, co nam się przytrafia ma jakieś głębsze znaczenie a na ile mogłoby wyglądać inaczej zdaje się nurtować nie mniej przy lekturze tej poezji niż kwestia czasu. Tak odczytuję tytułowy cykl tego zbiorku: "Żywoty równoległe". Czy nasze życie faktycznie musiało toczyć swój bieg tą drogą, którą toczy? Czy też można wyobrazić sobie inną wersję, która – według słów poety - jest "równie prawdziwa, tylko właśnie się nie zdarza"? Ale oczywiście poezja Dehnela oferuje czytelnikowi znacznie więcej, niż to, co opisałem wyżej. Niektóre wiersze szczególnie zapadają w pamięć swoją intensywnością przeżywania, swoim obrazowaniem, jak choćby "Symetria" czy "Korytarz, późna jesień". Są tutaj również piękne wiersze o miłości. Z niecierpliwością będę czekał na kolejny tomik tego poety, bo jest to poezja wysokich lotów.
  • Pisma podróżnicze

    Jan Franczak 2006-04-23

    Fragmentaryczne podróże   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Zacznę od narzekania. Nie lubię czytać książek, które są fragmentami innych książek. Choć zdarza się, że wybierający te fragmenty podają sensowne argumenty za takim, a nie innym wyborem, to nie ufam cudzemu gustowi, a selekcji wolałbym dokonać sam czytając całość. Nie przekonują mnie też argumenty podane przez redaktorów pierwszego tomu dzieł wybranych Ferdynanda Goetla - "Pism podróżniczych". Choć rozumiem cele, jakie im przyświecały - przywracanie dorobku skazanego na zapomnienie przez komunistyczną cenzurę pisarza. Wprawdzie, według słów autorów wyboru, mam "okazję w tym samym czasie lekturowym przebywać o wiele bardziej różnorodną (...) trasę", ale nie jestem wcale przekonany, że jest ona przez to "atrakcyjniejsza". Czytając bowiem na przykład "Podróż do Indii", klnę pod nosem, że odmówiono mi możliwości poznania całej książki, a uraczono tylko jej wycinkiem, który podsyca apetyt na więcej, ale go nie zaspakaja. Tak więc redaktorzy pozostawiają mnie z uczuciem niedosytu, którego w najbliższym czasie zaspokoić nie mam szans (chyba, że znajdę wolną chwilę, by spędzić ją w bibliotece Ossolineum i wyszukać stosowne książki oraz przeczytać je w czytelni). Znacznie bardziej cieszyłbym się, gdyby "Przez płonący Wschód" lub "Podróż do Indii" wydano w całości. Tym bardziej, że są to lektury naprawdę zajmujące, znakomicie napisane i o dużych walorach poznawczych. Zwraca w nich również uwagę specyficzny styl i humor autora. Wymieniłem zwłaszcza te dwa tytuły, bo wydają mi się najbardziej frapujące, choć nie sposób odmówić wymienionych przeze mnie wartości pomieszczonym w tomie fragmentom "Wyspy na chmurnej Północy" oraz "Egiptu". "Przez płonący Wschód" jest ważną książką, nie tylko ze względu na jej walory literackie, ale również jako dokument historyczny opisujący mało znane obecnie losy Polaków znajdujących się na terenie byłego Imperium Rosyjskiego po rewolucji bolszewickiej. "Podróż do Indii" ma także walory jako książka demaskatorska, opisująca Indie bez naiwnych zachwytów i koloryzowania. Myślę, że nawet dzisiaj (może szczególnie dzisiaj?) może ona budzić szczególne emocje. Wystarczy poczytać zamieszczone w wyborze fragmenty opisu wiecu z Ghandim czy też fikcyjny dialog "W Benares", którego konkluzją jest docenienie kultury i cywilizacji europejskiej. W sumie nawet te drobne fragmenty z obszernego dzieła Goetla zainteresują zarówno miłośników książek podróżniczych, jak i szukających w tego typu literaturze głębszej refleksji. Miejmy jednak nadzieję, że zaserwowany nam przez wydawnictwo Arcana wybór jest zwiastunem wydania książek Goetla w całości w jakiejś popularnej serii podróżniczej. Bez wahania po nie sięgnę i zachęcę do lektury innych.
  • Z dnia na dzień

    Jan Franczak 2006-04-17

    Kto naprawdę piszę tę powieść?   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Dziwne, że książka ta nie znajduje się na listach bestsellerów. Dziwne, bo choć „Z dnia na dzień” Ferdynanda Goetla zostało wydane jeszcze przed wojną, to ze świadomości czytelniczej wyeliminowała tę powieść skutecznie komunistyczna cenzura. Jest to więc jakby ponowny debiut. A przecież w drugiej połowie lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku utwór Goetla cieszył się dużą popularnością, został przełożony na kilka języków obcych i zdobył uznanie nie tylko krytyki zagranicznej, ale też zagranicznych czytelników. Wydawnictwo Arcana przyjęło na siebie tę zaszczytną rolę, by twórczość Goetla świadomości czytelniczej przywrócić. Konsekwentnie od jakiegoś czasu wydaje ono dzieła wybrane tego autora. W serii ukazały się do tej pory „Pisma podróżnicze”, „Opowiadania”, wspomnieniowe „Czasy wojny”, „Pisma polityczne” (tutaj słynne „Pod znakiem faszyzmu”) oraz „Z dnia na dzień”. Wcześniej, poza tą serią Arcana wydały jeszcze jeden tom wspomnień - „Patrząc wstecz”. Tutaj należy nadmienić, że nie jest to pierwsza próba zapoznania czytelnika z twórczością wielkiego zapomnianego. Na początku lat dziewięćdziesiątych gdańska oficyna „Graf” wydała „Pątnika Karapetę” i wymienione już poprzednio „Czasy wojny”. Wówczas niestety skończyło się tylko na dwóch książkach. „Z dnia na dzień” określa się jako powieść eksperymentalną. Ale nie jest to jeden z tych eksperymentów, który zafascynuje wąskie grono krytyków i specjalistów od literatury. Książka przykuwa uwagę od samego początku. I choć najpierw fabuła może się wydawać dość zwykła, by nie powiedzieć banalna, to stopniowo czytelnik zaczyna odkrywać, że nie o sam eksperyment literacki tu chodzi, ani jedynie o rozważania na temat pisania powieści. Już przytoczony we Wstępie przez Boleckiego G.K. Chesterton zauważa, że powieść ta jako „eksperyment kończy się jeszcze lepiej niż zaczyna”. Z jednej strony mamy tutaj dziennik pisarza. Z drugiej pisaną przez niego powieść. Występuje kilka nakładających się na siebie i przenikających się nawzajem planów. Plan powieści o polskich zesłańcach w Turkiestanie tuż przed i w czasie rewolucji październikowej. Czasy współczesne autorowi oraz jego własne wspomnienia wydarzeń opisywanych w powieści. A oprócz tego jeszcze dramat pisany przez przyjaciela pisarza, o którym dowiadujemy się pośrednio. Jest to więc swego rodzaju gra literacka, ale stopniowo – jak już napisałem wcześniej – odkrywamy, że nie o samą grę chodzi, ale o problematykę moralną. To, co zdaje się być popisem cynizmu, ironii, zabawą w życie i literaturę prowadzi do tragedii, która uświadamia, że prawdziwymi ofiarami w tej grze są konkretne istoty ludzkie. Stąd zwłaszcza ostatnie partie książki są szczególnie poruszające, by nie powiedzieć – wstrząsające. A kluczowe staje się zdanie jednego z bohaterów „Z dnia na dzień”, Szmida – „Nie ma Człowieka bez Boga!” Zdanie to można interpretować na różne sposoby. W kontekście samej powieści wydaj mi się, że trafne są szczególnie dwa. Po pierwsze, to Bóg jest prawdziwym autorem tej opowieści, w której żyjemy. To On nas „pisze”. I choć nasze wolne wybory mogą się Mu przeciwstawiać, to ostatnie słowo należy do Niego. To On nadaje całej tej historii sens. Po drugie – i tutaj zwraca uwagę, że słowo „Człowiek” jest pisane dużą literą – prawdziwe, pełne człowieczeństwo jest bez Boga niemożliwe. To dopiero On nadaje mu pełnię. Miejmy nadzieję, że „Z dnia na dzień” zostanie dostrzeżone nie tylko przez wąskie grono historyków literatury, ale także przez zwykłych czytelników, którym dostarczy głębokich wzruszeń i przed którymi postawi niebanalne pytania.
(Stron: 5)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!