stały recenzent  Waldemar Wolański

Rekomendacje:

  1. Dokąd prowadzą nas media
  2. Klęska Solidarności
  3. Rzeka genów
  4. Paranoja polityczna. Psychopatologia nienawiści
  5. Przed Bogiem. Ze Stanisławem Obirkiem rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Jarosław Makowski
  6. Wielka Hucpa. O pozorowaniu antysemityzmu i nadużywaniu historii
  7. Europa w działaniu
  8. Według Judasza. Apokryf
  9. Tybet, Tybet
  10. Liberał po przejściach
  11. Podróż Bena
  12. Lato przed zmierzchem
  13. Fidel Castro. Biografia
  14. Co z tym Kansas?
  15. Jan Paweł II. Analiza Krytyczna
  16. Nauczka
  17. O inteligencji, liberalizmach i o Rosji
  18. Demokracja w obliczu populizmu
  19. Marks. Kapitał
  20. Darwin. O powstawaniu gatunków
  21. Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie
  22. Płomienie
  23. "Innego końca świata nie będzie" Z Barbarą Skargą rozmawiają Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski
  24. Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę cyberkultura, internet, społeczeństwo
  25. Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986-1999
  26. Prywatyzując Polskę
  27. W imię Tory. Żydzi przeciwko syjonizmowi
  28. Niebezpieczne idee we współczesnej nauce
  29. Traveler
  30. Moje pierwsze samobójstwo
  31. Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie
  32. Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof
  33. Urania
  34. Mój przyjaciel król
  35. Boy-Żeleński. Błazen - wielki mąż
  36. Śmierć w bunkrze - opowieść o moim ojcu
  37. Anglicy. Opis przypadku
  38. Europejczyk z Łodzi. Wspomnienia
  39. Dziewczynka i papieros
  40. Stacja końcowa - Wiedeń
  41. Naga małpa przed telewizorem. Popkultura w świetle psychologii ewolucyjnej
  42. Ogień i krew
  43. Rauska
  44. Byłem dowódcą oficerskiej kompanii karnej armii czerwonej
  45. Nowomowa neoliberalna
  46. No Logo
  47. Więzienia nędzy
  48. Leyla
  49. Antropologia słowa. Zagadnienia i wybór tekstów. Wiedza o kulturze
  50. Teresa
  51. Kawior i popiół
  52. Niemcy w pięciu wcieleniach
  53. Wojna polsko-ruska pod flagą biało czerwoną - książka audio na 1 CD (format mp3)
  54. Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata
  55. Zakupologia. Prawdy i kłamstwa o tym, dlaczego kupujemy
  56. Zachowanie w miejscach publicznych
  57. 1939
  58. Tytoniowy szlak czyli szkic z historii obyczaju, gdy palono tytoń
  59. Bezsilny Bóg. Religia, polityka i nowoczesny Zachód
  60. Powracający głód
  61. Lato przed zmierzchem
  62. Ożenek. Rewizor
  63. Ani tryumf ani zgon
  64. Dobra terrorystka
  65. Martha Quest
  66. Mistrz i Małgorzata
  67. Anna Polony czyta "Annę Kareninę" Lwa Nikołajewicza Tołstoja - książka audio na 1 CD (format mp3)
  68. Nie bądźcie moimi sędziami
  69. Przyszłości wyobrażone
  70. Poza wiarą. Jak wychować wrażliwe, etyczne dzieci w areligijnej rodzinie
  71. Walka o ogień
  72. Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy
  73. Kapuściński non-fiction
  74. Powstańczy tryptyk
  75. Zemsta Boga
  76. Pod skórą
  77. Międzynarodowy komunista
  78. Ostatnia noc w Twisted River
  79. Symulakry i symulacja
  80. Krucjaty północne
  81. Zapomniany prorok rewolucji. Szkic o Janie Wacławie Machajskim
  82. W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców
  83. Serce narodu koło przystanku
  84. Dziennik na nowy wiek
  85. Dzianina z mięsa
  86. Ameryka nie istnieje
  87. Toast za przodków
  88. Niezbędnik ateisty
  89. Wytępić całe to bydło
  90. Psychologia tłumu
  91. Spacer w cieniu
  92. Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej
  93. Co dr House wie o medycynie
  94. Sekrety włoskiej kuchni
  95. Zrób sobie raj
  96. Majakowski. Stawką było życie
  97. Marek Edelman: Bóg śpi
  98. Na wschód od Edenu
  99. Kuchnia. Produkty spożywcze z czterech stron świata
  100. Czerwoni dowódcy. Korpus Oficerski Armii Czerwonej
  101. Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945
  102. Jeńcy
  103. Dziedzictwo
  104. Kradzież historii
  105. Kapitalizm i nowoczesność. Islam, Chiny, India a narodziny Zachodu
  106. Trocki Upadek rewolucjonisty
  107. Filozofia Marksa
  108. Karol Marks. Biografia
  109. Wirus liberalizmu. Permanentna wojna i amerykanizacja świata
  110. Miasto ryb
  111. Kobiety
  112. Spokojne czasy
  113. Pomarańcze w śniegu. Pierwsza zima na Majorce
  114. Wzburzenie
  115. Cioran, Eliade, Ionesco: o zapominaniu faszyzmu. Trzech intelektualistów rumuńskich w dziejowej zawierusze
  116. Podatki. Przewodnik Krytyki Politycznej
  117. Chiński feniks paradoksy wschodzącego mocarstwa
  118. Krytyki politycznej przewodnik lewicy. Idee, daty i fakty, pytania i odpowiedzi
  119. Ekonomia kryzysu

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 10

  • Byłem dowódcą oficerskiej kompanii karnej armii czerwonej

    Waldemar Wolański 2009-04-02

    Zachęcam do przeczytania tej interesującej książki   (6 z 8 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Zwykle czytamy książki po to, żeby się czegoś dowiedzieć, pobudzić intelektualnie, estetycznie lub emocjonalnie lub tylko potwierdzić swoje przekonania i opinie. Książka Aleksandra Pylcyna odpowiada na tę pierwszą potrzebę i, chociaż wspomnienia były pisane wiele lat po wojnie, jest interesującym świadectwem swoich czasów. Styl książki jest odległy od języka literackiego, kompozycja wspomnień pozostawia wiele do życzenia, ale czyta się to łatwo. Oddaje dobrze stan świadomości uczestników dość licznej, wielonarodowościowej „wycieczki” do Berlina, przemieszczającej się w latach 1944/45 przez ziemie leżące pomiędzy Bugiem a Odrą. Z tego punktu widzenia jest to lektura bardzo interesująca i wręcz unikalna. Szczególnie spojrzenia prostego, syberyjskiego chłopaka na inne kraje, innych ludzi oraz ich warunki życia są - zwłaszcza dla polskiego czytelnika - godne lektury i refleksji. W tym miejscu nawiązuję w prostej linii do groteskowej recenzji sygnowanej Patryk1981. Jej Autor, jak widać z recenzji, wie wszystko, ale niczego nie rozumie. Ani tego, że świadomość Autora książki jest, podobnie jak Autora recenzji, efektem bezkrytycznej akceptacji obowiązujących w danym miejscu i czasie wzorców interpretacji historii, ani tego, że historia jest nieco bardziej złożona, niż chciałoby się ją widzieć, ani tego wreszcie, że inni, a zwłaszcza ludzie innych krajów, kultur i epok, nie mają żadnego obowiązku, a nawet możliwości, akceptowania „naszej” wizji historii. Jest faktem, że młody żołnierz Aleksander Pylcyn czytywał „Prawdę”, a nie Biuletyn BBC czy IPN, jego dowódcami byli Rokossowski i Stalin, a nie Sikorski i Churchill, walkę swojej armii i oddziału z hitlerowską, nie tylko niemiecką armią opisuje barwnie i z dumą, a częste, mało chwalebne zachowania żołnierzy skromnie i ze wstydem. 'Oczywiście, że o 17 września '39 pisze jako o wyzwoleniu zachodniej Ukrainy i Białorusi'. O ile jednak dziś, 65 lat później, podstawy prawne tego aktu są kwestionowane przez wszystkich, również przez następcę prawnego ZSRR (Rosję), o tyle jego „wyzwoleńcze” skutki, w postaci granic są - ze szczęśliwym dla nas wyjątkiem Białegostoku i Przemyśla - nadal aktualne i, przynajmniej oficjalnie, przez nikogo nie kwestionowane. Dla porządku przypomnę, że granice te nie są obecnie granicami z Rosją. (Jeśli liczba w sygnaturze Autora recenzji jest datą urodzenia, to znaczy, że prof. Łagowski ma rację sądząc, że efektem obecnego, historycznego rewizjonizmu w Polsce będzie wkrótce powszechne przekonanie, że podczas Drugiej Wojny Światowej polscy żołnierze walczyli u boku swoich niemieckich, natowskich sojuszników przeciw ZSRR;-) Zachęcam do przeczytania tej interesującej książki, nawet, a zwłaszcza dlatego, że jest inna, a jej treść jest zdecydowanie „niesłuszna”. Słuszne treści mają Państwo za darmo w abonamencie...
  • Byłem dowódcą oficerskiej kompanii karnej armii czerwonej

    Waldemar Wolański 2009-04-02

    Zachęcam do przeczytania tej interesującej książki   (3 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Zwykle czytamy książki po to, żeby się czegoś dowiedzieć, pobudzić intelektualnie, estetycznie lub emocjonalnie lub tylko potwierdzić swoje przekonania i opinie. Książka Aleksandra Pylcyna odpowiada na tę pierwszą potrzebę i, chociaż wspomnienia były pisane wiele lat po wojnie, jest interesującym świadectwem swoich czasów. Styl książki jest odległy od języka literackiego, kompozycja wspomnień pozostawia wiele do życzenia, ale czyta się to łatwo. Oddaje dobrze stan świadomości uczestników dość licznej, wielonarodowościowej „wycieczki” do Berlina, przemieszczającej się w latach 1944/45 przez ziemie leżące pomiędzy Bugiem a Odrą. Z tego punktu widzenia jest to lektura bardzo interesująca i wręcz unikalna. Szczególnie spojrzenia prostego, syberyjskiego chłopaka na inne kraje, innych ludzi oraz ich warunki życia są - zwłaszcza dla polskiego czytelnika - godne lektury i refleksji. W tym miejscu nawiązuję w prostej linii do groteskowej recenzji sygnowanej Patryk1981. Jej Autor, jak widać z recenzji, wie wszystko, ale niczego nie rozumie. Ani tego, że świadomość Autora książki jest, podobnie jak Autora recenzji, efektem bezkrytycznej akceptacji obowiązujących w danym miejscu i czasie wzorców interpretacji historii, ani tego, że historia jest nieco bardziej złożona, niż chciałoby się ją widzieć, ani tego wreszcie, że inni, a zwłaszcza ludzie innych krajów, kultur i epok, nie mają żadnego obowiązku, a nawet możliwości, akceptowania „naszej” wizji historii. Jest faktem, że młody żołnierz Aleksander Pylcyn czytywał „Prawdę”, a nie Biuletyn BBC czy IPN, jego dowódcami byli Rokossowski i Stalin, a nie Sikorski i Churchill, walkę swojej armii i oddziału z hitlerowską, nie tylko niemiecką armią opisuje barwnie i z dumą, a częste, mało chwalebne zachowania żołnierzy skromnie i ze wstydem. 'Oczywiście, że o 17 września '39 pisze jako o wyzwoleniu zachodniej Ukrainy i Białorusi'. O ile jednak dziś, 65 lat później, podstawy prawne tego aktu są kwestionowane przez wszystkich, również przez następcę prawnego ZSRR (Rosję), o tyle jego „wyzwoleńcze” skutki, w postaci granic są - ze szczęśliwym dla nas wyjątkiem Białegostoku i Przemyśla - nadal aktualne i, przynajmniej oficjalnie, przez nikogo nie kwestionowane. Dla porządku przypomnę, że granice te nie są obecnie granicami z Rosją. (Jeśli liczba w sygnaturze Autora recenzji jest datą urodzenia, to znaczy, że prof. Łagowski ma rację sądząc, że efektem obecnego, historycznego rewizjonizmu w Polsce będzie wkrótce powszechne przekonanie, że podczas Drugiej Wojny Światowej polscy żołnierze walczyli u boku swoich niemieckich, natowskich sojuszników przeciw ZSRR;-) Zachęcam do przeczytania tej interesującej książki, nawet, a zwłaszcza dlatego, że jest inna, a jej treść jest zdecydowanie „niesłuszna”. Słuszne treści mają Państwo za darmo w abonamencie...
  • Neoliberalizm. Historia katastrofy
    • Neoliberalizm. Historia katastrofy
    • David Harvey
    • (towar niedostępny)

    Waldemar Wolański 2008-12-30

    Interesująca, rzetelnie napisana książka

    Ukazuje między innymi naszą wspólną odpowiedzialność za "wirus neoliberalizmu", współodpowiedzialność nawet tych, którzy życzyliby neoliberalizmowi, żeby go, po prostu, trafił szlag. Świetnie się czyta w dobie kryzysu, który - jak to wywodzi również Harvey - jest nieuniknioną konsekwencją wybranej drogi "rozwoju" gospodarczego. Jednak u Harveya - w odróżnieniu np. od Krugmana i Stiglitza, którzy analizują jedynie polityczno-techniczne aspekty kryzysogennego turbokapitalizmu, a nawet w odróżnieniu od Naomi Klein, która unika "ideologicznych" uogólnień - znajdziemy pogłębioną historycznie i teoretycznie analizę problemu. Od napisania książki upłynęło trochę czasu, świat się nieco zmienił, co wpływa na recepcją książki i widzenie samego problemu. Zamiast rozpisywać się, zacytuję jednego z dyżurnych komentatorów Financial Times'a, Martina Wolfa, którego ostatni, trwający jeszcze kryzys czegoś nauczył. Wolf pisze: "Widzę trzy takie ogólne lekcje. Pierwsza, którą rozwinął Minsky, jest taka, że nie powinniśmy brać poważnie pretensji finansistów. Rozsądny bankier, niestety, to nie taki, który przewiduje zagrożenie i unika go, ale ten, który gdy popada w ruinę, robi to w konwencjonalny sposób, wraz ze swoimi kolegami". Nie dla niego zatem definicja "efektywnych rynków". Druga lekcja jest taka, że gospodarki nie da się analizować w ten sam sposób co poszczególnych firm. Dla indywidualnej firmy cięcie kosztów ma sens. Jeżeli świat będzie starał się to robić, jedynie zdusi popyt. Jednostka nie musi wydawać wszystkich swoich dochodów. Świat musi. Trzecia i najważniejsza lekcja brzmi, że ekonomii nie należy traktować jako umoralniającej bajeczki. W latach 30-tych dostępne były dwie sprzeczne ideologicznie wizje: austriacka i socjalistyczna. Austriacy - Ludwig von Mises i Friedrich von Hayek - argumentowali, że trzeba po prostu posprzątać po ekscesach lat 20-tych. Socjaliści twierdzili, że kapitalizm zawiódł na całej linii i trzeba go natychmiast zastąpić socjalizmem. Te dwie wizje były zanurzone w alternatywnych, świeckich religiach: pierwsza głosiła, że indywidualne, samolubne zachowanie gwarantuje stabilność porządku ekonomicznego; druga twierdziła, że identyczna motywacja może doprowadzić jedynie do wyzysku, destabilizacji i kryzysu. Geniusz Keynesa - bardzo angielski - sugerował, że nie powinniśmy podchodzić do systemu ekonomicznego jako do zagadnienia moralnego, lecz jako do wyzwania natury technicznej. Chciał zachować tyle wolności, ile to możliwe, zdając sobie jednocześnie sprawę, że państwo-minimum jest nie akceptowalne dla demokratycznego społeczeństwa w zurbanizowanej gospodarce. Chciał zachować gospodarkę rynkową, nie wierząc jednocześnie, że leseferyzm zapewni każdemu to, co najlepsze w najlepszym ze światów. Ta sama moralistyczna debata toczy się znowu. Współcześni "likwidacjoniści" twierdzą, że krach doprowadzi do odrodzenia oczyszczonej gospodarki. Ich lewicowi oponenci argumentują, że epoka rynków się skończyła. Nawet ja życzyłbym sobie kary dla finansowych alchemików, którzy twierdzili, że coraz większe zadłużenie zamieni ekonomiczny ołów w złoto." Uczta się chłopaki!
  • Waldemar Wolański 2007-02-02

    Sowa Minerwy czy Lisek-Chytrusek? F. Fukuyama o tym, jak to "administracja Busha nie przewidziała żywiołowej, negatywnej reakcji globalnej na swoją wprawkę w doktrynie ‘życzliwej hegemonii’".   (2 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Amerykańską sceną włada słoń z osłem, występują na niej "jastrzębie" i "gołębie", a zza sceny suflują niekoniecznie spokrewnieni jajogłowi. Autor książki dystansuje się od starych kolegów i występuje jako nowy-neokonserwatysta. Czyli? Zacytujmy: "U podstaw tej linii powinny spoczywać pewne przesłanki neokonserwatywne: po pierwsze, rząd USA i wspólnota międzynarodowa w większym stopniu powinny się troszczyć o sytuację wewnętrzną innych państw, a nie tylko o ich zewnętrzne poczynania, jakby tego chcieli realiści; po drugie, że siła - w szczególności siła Ameryki - często może okazać się niezbędna do realizacji celów moralnych. Należy też uwzględnić neokonserwatywną zasadę, o której neokonserwatyści najwyraźniej zapomnieli w gorączce przygotowań do wojny w Iraku - mianowicie, że ambitna inżynieria społeczna jest zadaniem nadzwyczaj trudnym, do którego zawsze należy podchodzić z ostrożnością i pokorą. Innymi słowy, potrzebujemy bardziej realistycznej odmiany wilsonizmu, która lepiej zrównoważy cele i środki w kontaktach z innymi społecznościami". A oto lista słów kluczowych: 1. TROSKA– "troszczyć o sytuację wewnętrzną innych państw" - już nie wystarczy, że rządy będą prowadziły odpowiednią (?) politykę zagraniczną, powinny "słuchać się" (kogo?) również u siebie w kraju; 2. SIŁA, ale w kontekście "realizacji celów moralnych" (gdzież te czasy, gdy amerykański prezydent zajmował się bardziej kwestiami oralnymi niż moralnymi? 3. INŻYNIERIA SPOŁECZNA - oczywiście bez powoływania się na Lenina, Stalina i Mao, ale z uwzględnieniem ich nie najlepszych doświadczeń - a więc trzeba to robić, ale "z ostrożnością i pokorą"; 4. WILSONIZM, ale w formie "bardziej realistycznej odmiany" i wreszcie 5. CELE I ŚRODKI - lepiej zrównoważone niż dotychczas, gdy to proporcje pomiędzy kijem a marchewką, okazały się niewłaściwe, a właściwie kij za krótki. Czytajmy to wszystko bardzo uważnie, gdyż może nas dotyczyć bardziej niż nam się wydaje! Po głośnych pozycjach: "Potęga i raj" R. Kagana, "Wybór" Zb. Brzezińskiego, "Imperium strachu" B. Barbera, książka F.F. to kolejna próba "całościowej" koncepcji politycznej dla Ameryki w jednobiegunowym świecie. W tego rodzaju publikacjach należy zwracać uwagę na ujęcie (lub pominięcie) kwestii: czy świat w ogóle potrzebuje "przewodnictwa" i to silnego, a jeśli tak - czy nie mogą tego robić istniejące organizacje międzynarodowe (zwykle, również u F.F., czytamy, że są one zbiurokratyzowane i niereprezentatywne, obciążone partykularyzmem interesów), a może jakieś nowe, bardziej demokratyczne reprezentacje narodów; i wreszcie, co też takiego niebiurokratycznego, reprezentatywnego i bezinteresownego jest w genach amerykańskich kongresmanów i prezydentów, że wydają się (dla wielu autorów i czytelników) przeznaczeni do przewodzenia światu. Wiemy, że wybory 2006 r. potrząsnęły sceną polityczną USA, a co wiemy np. o ich reprezentatywności? Frekwencja zarejestrowanych wyborców jest bardzo wysoka. A jaki procent mieszkańców danego stanu wybrał np. gubernatora? Od 19 - Arizona do 43 - Dakota, średnio 26,5 %. (A. Schwarzenegera wybrało 3,8 na 7 mln głosujących z 36 mln Kalifornijczyków). Demografia i ordynacja nie zmienia faktu, że niewielu obywateli wybiera ludzi, którzy następnie czują się uprawnieni do "przewodzenia" także obywatelom reszty państw świata. Pomijając niebłahą kwestię, że obywatele UE nie wybierają władz USA, które następnie "troszczą się" o nich, jest jeszcze kwestia "smaku". Kiedyś demokratycznie wybrany (DW) prezydent Krakowa prof. J. Majchrowski wypowiedział w sprawie inwazji na Irak pogląd, który podziela dzisiaj większość "społeczności międzynarodowej", a może i USA. Gdy DW prezydent Bush odwiedził Kraków, "nie życzył sobie", by witał go DW prezydent Krakowa, a DW władze RP zastosowały się do tego "nieżyczenia". Kto dzisiaj, zwłaszcza po jesiennych wyborach w USA i Krakowie wygląda lepiej, mądrzej i bardziej reprezentatywnie? Odpowiedzi na to i inne pytania można szukać w książce Fukuyamy. (Dedykuję pani Karolinie W.)
  • Młodzi w nowym świecie

    Waldemar Wolański 2006-10-26

    Mimo swych niewątpliwych słabości książka jest zdecydowanie warta przeczytania   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "'Bo żeby coś osiągnąć w życiu, czyli ten sukces, który jest przecież taki ważny, nie ma się co buntować, tylko właśnie trzeba raczej podążać za tymi wszystkimi regułami, które rządzą dzisiejszym światem, bo [bunt] do niczego nie doprowadzi.' (studentka lingwistyki)". To fragment wypowiedzi cytowany w książce, której poszczególne rozdziały przedstawiają wyniki badań - przeprowadzonych przez magistrantów autorki - na temat stosunku młodzieży do konkretnych spraw. Rozdział ostatni, podobnie zresztą jak pierwszy, zawiera najszerzej przeprowadzoną analizę oraz najbardziej uogólnione i najciekawsze wnioski. Obszerne fragmenty wywiadów uatrakcyjniają lekturę książki, którą czyta się szybko. Jej strona edytorska jest mało atrakcyjna, a język opisu i wniosków silnie obciążony pozycją społeczną i nawykami autorki. (Byłby to poważny zarzut, gdyby nie zachowania wielu innych socjologów, którzy wypadają lub zupełnie już wypadli ze swych naukowych ról, stając się "matkami chrzestnymi" ugrupowań politycznych lub występując w politycznym "teatrze życia codziennego" i nie mają już czasu ani głowy do badań.) Czytamy np., że: "62 respondentów (na 100 badanych licealistów w Błaszkach - WW) pytanych o miesięczny zarobek, który w życiu okazałby się dla nich satysfakcjonujący (tzw. pułap), zadawalało się kwotą do 3000 zł, w tym 22 do 2000 zł. Marzenia o znacznie wyższych zarobkach (powyżej 5000 zł) to aspiracje tylko 15% chłopców i 4% dziewcząt. Jak widać, młodzi, mówiąc o randze wynagrodzenia, jako ważnego kryterium oceny przyszłej pracy, mają w istocie na myśli wynagrodzenie SKROMNE (podkr. WW)..." (str. 221). Czy autorka wie "za jakie pieniądze" żyją rodziny respondentów lub rodziny czytelników jej książki? Dlaczego kwoty wynagrodzeń pojawiają się dopiero na str. 221, a nie ma ich np. w rozmowach z "menedżerami"? Chciałoby się poczytać jakież to wynagrodzenia są dla tychże menadżerów "normalne"; albo nawet "nieskromne" w stosunku do "skromnych" kwot wymienianych przez młodzież z Błaszek. Lub, że (str. 223/224): "Znamienne są wypowiedzi rozmówców Tomasza Gerlacha: 'No jasne, że chciałabym założyć rodzinę. Wtedy, kiedy będę pewna tego, że jakoś będzie w przyszłości, że dzieci będą miały lepiej ode mnie, GDY BĘDĘ ZARABIAĆ (podkr. autorki), gdy partner będzie zarabiał, gdy będą te podstawy.' (dziewczyna...)". Dalej cytowane są dwie, podobne w swojej wymowie wypowiedzi chłopców. Zadziwia komentarz autorki następujący po tych wypowiedziach. Pisząc, nie bez racji, że "odwleczenie pory zakładania rodziny"; jest swoiste "dla polskiego kapitalizmu" uznaje to za: "powrót do męskich nastawień przedwojennych", kiedy to "kobieta, wg ówczesnych wzorów kultury nie miała być osobą materialnie odpowiedzialną za rodzinę; dziś to się zmieniło". Przyznaję, że nie rozumiem tego wniosku; jak to, wróciliśmy - zwłaszcza dziewczęta, do "przedwojnia" - czy też nie? Badania przeprowadzane były w nieco innym klimacie politycznym niż obecny. Co prawda wykazują one nikłe związki deklaracji młodzieży z czystą polityką, ale duże związki z klimatem medialnym. Ten zaś zmienił się dość istotnie, jest mniej "liberalny", bardziej nacjonalistyczny i populistyczny. Również exodus młodzieży do pracy zagranicą wywołał medialną debatę, m.in. (po raz pierwszy od dawna) o społecznych, a nie tylko indywidualnych, warunkach życia, pracy i płacy w Polsce. Tylko część wyników badań zachowuje więc aktualność, inne już tylko skłaniają do przemyśleń. Np. na temat przyczyn zaniku poczucia wspólnoty wśród młodzieży (czy tylko wśród młodzieży?), ślepoty na mechanizmy społeczne i braku skłonności do buntu. "Może jednym ze źródeł takiej sytuacji - komentuje autorka wypowiedź zacytowaną na wstępie niniejszej recenzji - jest to, że prawa tego świata wydają się wszechpotężne, a jednocześnie bezosobowe. Nie ma podmiotu, wobec którego można wyrazić skuteczny sprzeciw". Po prostu Matrix, szanowni czytelnicy, ale jeszcze (?) nieuświadomiony.
  • Hebanowa wieża
    • Hebanowa wieża
    • John Fowles
    • (towar niedostępny)

    Waldemar Wolański 2006-09-13

    Zbiór ciekawy, ale bardzo niejednorodny (2000.02.14)   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Nie wiedzieć czemu o "Hebanowej wieży" Johna Fowlesa mówi się i pisze jako o powieści. Tymczasem jest to zbiór pięciu opowiadań, bardzo niejednorodnych w formie, treści i stylu, z których pierwsze, tytułowe i najdłuższe, może być traktowane jako minipowieść. Pozostałe to: "Eiduc", poprzedzony notą osobistą Fowlesa (autorska wersja tłumaczenia średniowiecznego francuskiego romansu dworskiego, dziwna w tym miejscu, jeśli nie pamiętać o zawodowych ambicjach Fowlesa-romanisty), dwa pomysłowe opowiadania stylizowane na kryminały - "Niedobry Koko" (krótkie, bardzo dramatyczne, ale głównie w warstwie psychologicznej) i "Enigma" (dramatyczna fabuła z ciepłym, melodramatycznym finałem) oraz "Chmura" - opis rodzinno-towarzyskiego pikniku dokonany niezbyt literackim językiem, jak scenariusz czy też raczej scenopis filmowy. Najciekawszym i najczęściej wymienianym opowiadaniem jest "Hebanowa wieża". Jej mottem jest fragment romansu dworskiego "Yvain, Rycerz z lwem". Nie udało mi się znaleźć tłumaczenia tego dwunastowiecznego tekstu. O twórczości jego autora, Chrétiena de Troyes, A. Nikliborcowa pisze: "Romanse dworne Chrétiena de Troyers miały za cel analizę rozmaitych sytuacji i konfliktów, w które popadał rycerz kochający według zasad miłości dwornej. Autor stawiał w każdej powieści jakiś problem, który starał się rozstrzygnąć w toku narracji. Czy ważniejsza jest wierność niekochanemu małżonkowi czy kochankowi, którego nie mogła poślubić dziewczyna? Czy większą wartość dla rycerza ma honor i dzielność bojowa, czy rozkosze domowego ogniska? Jaka jest granica poświęcenia, którego może żądać dama od rycerza?". Opowieść jest znakomicie skonstruowana, ma wszystkie cechy opowieści doskonałej: jasno określone miejsce, czas i przedmiot akcji, kilkoro zróżnicowanych wiekowo i osobowościowo bohaterów, ich żywe dialogi, nieukrywaną burzę uczuć, towarzysząca głównemu tematowi opowieści, którym jest twórczość artysty malarza. Wreszcie powstające z niczego, budzące się na oczach czytelnika uczucie pomiędzy dwojgiem jeszcze przedwczoraj nie znających się, a wczoraj obcych, bohaterów opowieści. Znakomity jest opis przebiegu tego, mam nadzieję, znanego czytelnikom zjawiska. Najpierw, powolny, omal niezauważalny, proces wzajemnego poznawania się, niezręczne, nieumyślne potrącenia i zderzenia. Później uświadamianie sobie powstającej bliskości, z towarzyszącym mu zdumieniem i niedowierzaniem. Fale radości z odkrywanej bliskości, fale zwątpienia w jej realność i, krótkotrwałą nawet, trwałość. Szczęście z odkrywanej wzajemności i ból, towarzyszący odsuwaniu się, oddalaniu i oddaleniu. U kogo z czytelników ten opis nie poruszy jakichś własnych, może porosłych mchem czasu wspomnień? Radości oczekiwania na dworcu, pożerania oczami tego jedynego, lądującego samolotu, bolesnego skurczu serca, towarzyszącemu odjeżdżającym wagonom, taksówkom, samolotom... Język tłumaczenia opowieści dobrze oddaje zmienność sytuacji i nastrojów oraz osobowości bohaterów, jest wartki i potoczysty. Chwilami jednak tłumacz daje się ponieść Pegazowi, czego dowodem mogą być poniższe przykłady: - "Dziewczyny już wstały i wyszły do Plélan, najbliższej wioski..." (str. 54) po czym wracają i chociaż poszły pieszo bohaterka "... siedzi za kierownicą..." (str. 55) - "czaiła się w tym cicha zgoda Beth na powtórne macierzyństwo, oboje życzyli sobie trzeciego dziecka, syna..." (str. 63). Nie umniejsza to jednak przyjemności z czytania tej znakomitej opowieści.
    • Hebanowa wieża
    • John Fowles
    • (towar niedostępny)

    Waldemar Wolański 2006-09-13

    Zbiór ciekawy, ale bardzo niejednorodny (2000.02.14)

    Nie wiedzieć czemu o "Hebanowej wieży" Johna Fowlesa mówi się i pisze jako o powieści. Tymczasem jest to zbiór pięciu opowiadań, bardzo niejednorodnych w formie, treści i stylu, z których pierwsze, tytułowe i najdłuższe, może być traktowane jako minipowieść. Pozostałe to: "Eiduc", poprzedzony notą osobistą Fowlesa (autorska wersja tłumaczenia średniowiecznego francuskiego romansu dworskiego, dziwna w tym miejscu, jeśli nie pamiętać o zawodowych ambicjach Fowlesa-romanisty), dwa pomysłowe opowiadania stylizowane na kryminały - "Niedobry Koko" (krótkie, bardzo dramatyczne, ale głównie w warstwie psychologicznej) i "Enigma" (dramatyczna fabuła z ciepłym, melodramatycznym finałem) oraz "Chmura" - opis rodzinno-towarzyskiego pikniku dokonany niezbyt literackim językiem, jak scenariusz czy też raczej scenopis filmowy. Najciekawszym i najczęściej wymienianym opowiadaniem jest "Hebanowa wieża". Jej mottem jest fragment romansu dworskiego "Yvain, Rycerz z lwem". Nie udało mi się znaleźć tłumaczenia tego dwunastowiecznego tekstu. O twórczości jego autora, Chrétiena de Troyes, A. Nikliborcowa pisze: "Romanse dworne Chrétiena de Troyers miały za cel analizę rozmaitych sytuacji i konfliktów, w które popadał rycerz kochający według zasad miłości dwornej. Autor stawiał w każdej powieści jakiś problem, który starał się rozstrzygnąć w toku narracji. Czy ważniejsza jest wierność niekochanemu małżonkowi czy kochankowi, którego nie mogła poślubić dziewczyna? Czy większą wartość dla rycerza ma honor i dzielność bojowa, czy rozkosze domowego ogniska? Jaka jest granica poświęcenia, którego może żądać dama od rycerza?". Opowieść jest znakomicie skonstruowana, ma wszystkie cechy opowieści doskonałej: jasno określone miejsce, czas i przedmiot akcji, kilkoro zróżnicowanych wiekowo i osobowościowo bohaterów, ich żywe dialogi, nieukrywaną burzę uczuć, towarzysząca głównemu tematowi opowieści, którym jest twórczość artysty malarza. Wreszcie powstające z niczego, budzące się na oczach czytelnika uczucie pomiędzy dwojgiem jeszcze przedwczoraj nie znających się, a wczoraj obcych, bohaterów opowieści. Znakomity jest opis przebiegu tego, mam nadzieję, znanego czytelnikom zjawiska. Najpierw, powolny, omal niezauważalny, proces wzajemnego poznawania się, niezręczne, nieumyślne potrącenia i zderzenia. Później uświadamianie sobie powstającej bliskości, z towarzyszącym mu zdumieniem i niedowierzaniem. Fale radości z odkrywanej bliskości, fale zwątpienia w jej realność i, krótkotrwałą nawet, trwałość. Szczęście z odkrywanej wzajemności i ból, towarzyszący odsuwaniu się, oddalaniu i oddaleniu. U kogo z czytelników ten opis nie poruszy jakichś własnych, może porosłych mchem czasu wspomnień? Radości oczekiwania na dworcu, pożerania oczami tego jedynego, lądującego samolotu, bolesnego skurczu serca, towarzyszącemu odjeżdżającym wagonom, taksówkom, samolotom... Język tłumaczenia opowieści dobrze oddaje zmienność sytuacji i nastrojów oraz osobowości bohaterów, jest wartki i potoczysty. Chwilami jednak tłumacz daje się ponieść Pegazowi, czego dowodem mogą być poniższe przykłady: - "Dziewczyny już wstały i wyszły do Plélan, najbliższej wioski..." (str. 54) po czym wracają i chociaż poszły pieszo bohaterka "... siedzi za kierownicą..." (str. 55) - "czaiła się w tym cicha zgoda Beth na powtórne macierzyństwo, oboje życzyli sobie trzeciego dziecka, syna..." (str. 63). Nie umniejsza to jednak przyjemności z czytania tej znakomitej opowieści.
  • Paw królowej

    Waldemar Wolański 2006-08-29

    Dziewucha ma głowę, też ma język i kubki smakowe...   (6 z 11 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Mam 55 lat, nie czytałem polsko-ruskiej i mnie brzydzi rap, książki lubię, nie pisze już Lem, myślę, może pora czytać Dorotę M. Strona pierwsza zgroza, dwa dni męki i cud - reszta przeczytana od ręki. Dziewucha ma głowę, też ma język i kubki smakowe, a robi co, umie i sfinansowane przez Europejską Unię, żeby dogłupić czytelnika - pieniądze wyrzucone, bo to dawno jest już zrobione, poczytajcie Bocheńskiego Stommę. Do Roty niepodobne, może trochę rymy, ale brak powagi i szacunku dla życia poczynania i rodziny, a dla autorytetów uznanych i moralnych też nic, dzięki którym jesteśmy właśnie tacy, jak nie chcemy być, i w świetle nas nie stawia w Unii ani w ogóle, nawet, jeśli są to tylko demokracji bóle. Warto być Polakiem słyszę, ale warto takim, co tak pisze, a nie takim, co tak żyje i to czyta, co opisała za pieniądze Unii Europejskiej i moje dwadzieściapięćpięćdziesiąt młoda ta kobita. Obrazki są duże, co rzadkością jest w do czytania literaturze, a poszerzyć może odbiorców krąg bez czytania mąk, Format ma paskudny, nie wiadomo jak ją między książki władować, które wcale nie muszą chcieć i vice versa z nią sąsiadować. Papier ma też, że chcesz to bierz, a jak nie to poskarż się na Unię. Tyle o tej, innych książek Doroty M. nie mam, więc do powracam z gwiazd Lema, I tę i tamtą polecam bez żartów, a jak ktoś nie może nawet na trzeci dzień to niech spróbuje na czwarty. Jak uważa, że to jest dziwne jakieś, świńskie i niejasne, to znaczy, że czyta i jest w domu własnym albo przestał i się rozgląda wokół, Stąd ten wpada niepokój. Są tam też „anty”, a nawet pro-fetyczne fragmenty na przykład taki (tu cytat z książki wyjęty): "...Ona wyszła ze szpitala, razem na osiedlu strzeżonym zamieszkali, i wszystko było fajnie, wspólne zakupy, kasa, koncertowa trasa, W Rasterze cafe late (nawet obraz jakiś o treści niezbyt jasnej kupili od Kaczyńskiego Michała przedstawiający z twarzami z ziemniaki"(str. 74/75). To koniec, ściskam dłonie, a odpisywać mi - o nie! Waldemar Wolański
  • Paw królowej - z autografem

    Waldemar Wolański 2006-08-29

    Dziewucha ma głowę, też ma język i kubki smakowe...   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Mam 55 lat, nie czytałem polsko-ruskiej i mnie brzydzi rap, książki lubię, nie pisze już Lem, myślę, może pora czytać Dorotę M. Strona pierwsza zgroza, dwa dni męki i cud - reszta przeczytana od ręki. Dziewucha ma głowę, też ma język i kubki smakowe, a robi co, umie i sfinansowane przez Europejską Unię, żeby dogłupić czytelnika - pieniądze wyrzucone, bo to dawno jest już zrobione, poczytajcie Bocheńskiego Stommę. Do Roty niepodobne, może trochę rymy, ale brak powagi i szacunku dla życia poczynania i rodziny, a dla autorytetów uznanych i moralnych też nic, dzięki którym jesteśmy właśnie tacy, jak nie chcemy być, i w świetle nas nie stawia w Unii ani w ogóle, nawet, jeśli są to tylko demokracji bóle. Warto być Polakiem słyszę, ale warto takim, co tak pisze, a nie takim, co tak żyje i to czyta, co opisała za pieniądze Unii Europejskiej i moje dwadzieściapięćpięćdziesiąt młoda ta kobita. Obrazki są duże, co rzadkością jest w do czytania literaturze, a poszerzyć może odbiorców krąg bez czytania mąk, Format ma paskudny, nie wiadomo jak ją między książki władować, które wcale nie muszą chcieć i vice versa z nią sąsiadować. Papier ma też, że chcesz to bierz, a jak nie to poskarż się na Unię. Tyle o tej, innych książek Doroty M. nie mam, więc do powracam z gwiazd Lema, I tę i tamtą polecam bez żartów, a jak ktoś nie może nawet na trzeci dzień to niech spróbuje na czwarty. Jak uważa, że to jest dziwne jakieś, świńskie i niejasne, to znaczy, że czyta i jest w domu własnym albo przestał i się rozgląda wokół, Stąd ten wpada niepokój. Są tam też „anty”, a nawet pro-fetyczne fragmenty na przykład taki (tu cytat z książki wyjęty): "...Ona wyszła ze szpitala, razem na osiedlu strzeżonym zamieszkali, i wszystko było fajnie, wspólne zakupy, kasa, koncertowa trasa, W Rasterze cafe late (nawet obraz jakiś o treści niezbyt jasnej kupili od Kaczyńskiego Michała przedstawiający z twarzami z ziemniaki"(str. 74/75). To koniec, ściskam dłonie, a odpisywać mi - o nie! Waldemar Wolański
  • Siedem wymiarów kultury. Znaczenie różnic kulturowych w działalności gospodarczej

    Waldemar Wolański 2003-03-31

    Książkę tę warto przeczytać, by poznać i zrozumieć innych, ale przeczytać trzeba, aby lepiej zrozumieć siebie samych.   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Własna kultura i jej składniki, system wartości, instytucje społeczne i utrwalone zachowania są jak powietrze – póki nim oddychamy nie zdajemy sobie sprawy z jego smaku, a nawet z jego istnienia. Dopiero kontakt z przedstawicielami innych kultur daje okazję - często trudną, a nawet bolesną - uświadomienia sobie tych elementarnych prawd. Treść książki stanowi rozwinięcie zagadnień przedstawionych w poprzedniej publikacji obu autorów p.t. „Siedem kultur kapitalizmu - USA, Japonia, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Szwecja, Holandia”. Starsza z publikacji przedstawiała te zagadnienia głównie w układzie „narodowym”, wg poszczególnych krajów, nowa – w układzie tematycznym, według poszczególnych, wyodrębnionych składników zachowań. Nie jest do końca jasne czy „Siedem wymiarów kultury” to nowe, zmienione wydanie książki „Siedem kultur kapitalizmu, czy też całkiem odrębna publikacja. Treść książki wskazuje na to pierwsze, na to drugie mogą wskazywać różne: tytuły (zwłaszcza oryginału), wydawnictwa oryginału (polskie wydało raz ABC, a drugi wyodrębniona zeń Oficyna Wydawnicza), a także inni tłumacze polskich wydań. Nie ma to większego znaczenia gdyż „Siedem wymiarów kultury” czyta się z pożytkiem i przyjemnością nawet wtedy, gdy poszczególne fragmenty wydają się znajome. Jest zrozumiałe, że przez kilka lat dzielących wydanie obu publikacji autorzy rozszerzyli swoje badania, wypracowali więcej wniosków i nieco inaczej je przedstawili. Mniej jasne jest dlaczego jeden z autorów, Trompenaars, nosi w pierwszej publikacji imię Alfons, a w drugiej Fons ;-) Świetna, poruszająca książka o wysokich walorach poznawczych. W zasadzie dla wszystkich.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!