Przekrój

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 190

  • Hercules And Love Affair

    Bartek  Winczewski 2008-10-06

    Hercules And Love Affair to mocna nocna rzecz taneczna

    Nowojorskiego didżeja Andrew Butlera nie było jeszcze na świecie, gdy Bianca Jagger wjeżdżała na białym koniu do Studia 54. Inne legendy o szaleństwach celebrytów złotej ery disco oraz nagrania pionierów tanecznej Ameryki również usłyszał po latach. Tym bardziej zadziwia to, że ktoś, kto klubową historię Nowego Jorku zna jedynie z płyt i kronik towarzyskich, potrafił tak wiarygodnie oddać burzliwą atmosferę nocnego życia miasta z przełomu lat 70. i 80. Z jednej strony euforyczny hedonizm i swobodę obyczajową, z drugiej – moralną zgniliznę oraz strach przed AIDS zbierającym pierwsze żniwo. Muzyczną kontrpropozycją dla „Gorączki sobotniej nocy” było wówczas disco alternatywne, bliższe estetyce punk niż Bee Gees. I właśnie ta druga strona medalu bardziej interesuje Butlera oraz barwne, panseksualne grono jego współpracowników, na czele z tym najbardziej znanym – Antonym. Tak, słynny brytyjski wokalista z nowojorskim meldunkiem śpiewa tutaj disco. Trzeba przyznać, że w roli króla (królowej?) parkietu wypada równie przejmująco, jak wówczas, gdy rozdziera serca słuchaczy jako natchniony bard z fortepianem.
  • The Odd Couple
    • The Odd Couple
    • Gnarls Barkley
    • cena: 45,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Bartek  Winczewski 2008-10-06

    Gnarls Barkley po raz drugi, czyli cała para nie poszła w debiut

    Jeszcze niedawno nie postawiłbym na ten album złamanego grosza. Nie, że nagle straciłem wiarę w jego barwnych i utalentowanych twórców. Po prostu pewne było, że Gnarls Barkley to projekt sezonowy, że para tak przedziwna długo ze sobą nie wytrzyma. Bo spójrzmy tylko: jeden niski, gruby i łysy, drugi wysoki, chudy, z bujnym afro na głowie. Jeden ekspresyjny wokalista i urodzony showman, drugi – cichy i skromny producent bez pretensji do sławy. Tymczasem nie dość, że Cee-Lo Green i Danger Mouse nadal funkcjonują w duecie, to jeszcze im się udało utrzymać wysoką temperaturę przed dwoma laty towarzyszącą sensacyjnemu debiutowi. A zaczęli naprawdę z wysokiego C, bo przeboju na miarę pamiętnego „Crazy” mogłaby im pozazdrościć niejedna gwiazda. Drugiego takiego na razie nie mają, ale wciąż wiedzą, jak z powodzeniem oswajać młodych słuchaczy z urokami muzycznej prehistorii. Na „The Odd Couple” pozostają wierni estetyce vintage, bez zbędnych nowoczesnych ozdobników stawiając na sprawdzoną formułę piosenki krótkiej, prostej i chwytliwej. Do tego zaśpiewanej i zagranej znów w stylu dawnych mistrzów soulu, popu i rock and rolla. Ale mimo że fundamenty Gnarls Barkley pozostały nienaruszone, do nowych propozycji Amerykanów zaskakująco wkradła się nuta powagi, jakiej próżno było szukać u nich za pierwszym razem. Gdy dziś Cee-Lo oprowadza nas po mrocznych zakamarkach swojej umęczonej duszy, robi się raczej posępnie niż śmiesznie. W podkładach Danger Mouse’a również więcej jest niepokoju i gęstej, nerwowej atmosfery. Kto się nie przestraszy, zakocha się w Gnarls Barkley na nowo. Kto stchórzy, zapewne nieprędko dostanie od nich kolejną szansę. Choć z tą parą od czapy nigdy nic nie wiadomo...
  • Consolers Of The Lonely

    Jarek  Szubrycht 2008-10-06

    Oto trawestacja tytułu jednej z piosenek i cała prawda o The Raconteurs   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Kolega Winczewski w recenzji obok przyznaje, że nie spodziewał się nowej płyty Gnarls Barkley. Co dopiero powiedzieć o The Raconteurs, którzy w tajemnicy przed światem drugi album nie tylko nagrali, ale i wydali? Obyło się bez gorących newsów, PR-owych wygibasów, reklam w prasie branżowej i teledysku w MTV... przepraszam, na YouTube. Wieść gminna niesie, że The Raconteurs zdecydowali się na tę partyzantkę z myślą o dziennikarzach. Doprawdy, czuję się zaszczycony, nie trzeba było. Ponoć chcieli, by płyta dotarła do rąk fanów, zanim ukażą się pierwsze recenzje. I tego właśnie nie rozumiem. Bali się przeczytać w „Przekroju”, że na drugiej płycie ćwiczą brzmienia rodem z lat 70. – od Stonesów i Zeppelinów, przez Allmanów, aż po Fairport Convention? Lękali się, że porównam ten luz, tę żarliwość do ostatniej płyty The White Stripes (ale hałasu robią więcej, bo Jack ma tu więcej rąk do pracy)? A może przerażała ich perspektywa uznania przez niżej podpisanego „Consolers of the Lonely” za najlepszą jak dotąd rockową płytę 2008 roku?
  • Jarek  Szubrycht 2008-10-06

    Oh Laura - kolejna muzyczna kariera, której by nie było, gdyby nie reklama... samochodów   (0 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Po raz pierwszy usłyszałem Oh Laura z telewizora. Duży samochód wolno toczył się przez ekran, a jakaś pani rozdzierającym głosem prosiła, żeby ją uwolnić. Nie powiem, spodobało mi się. I nie mnie jednemu. – Nasz przyjaciel napisał piosenkę i zapytał, czy nie nagralibyśmy jej do reklamy Saaba. Zgodziliśmy się, bo to był dobry kawałek. Długo nic się nie działo, aż tu nagle przez jedną noc setki ludzi odwiedziły nasz profil na MySpace. Zaczęło się od Polaków, później dołączyły inne kraje. Byliśmy w szoku – powiedziała „Przekrojowi” Frida Horn, największy skarb Oh Laura. Dziewczę niewielkiej postury, za to wielkiego głosu ćwiczonego między innymi w żeńskim zespole country oraz jazz-bandzie. Szwedzi mają więc już świetną wokalistkę, kontrakt płytowy z dużą wytwórnią i nawet zręby własnego stylu – koktajlu country, rocka i popu, na którego dnie kryje się odrobina melancholii oraz niepokoju. Brakuje tylko, poza „Release Me” oczywiście, kompozycji, które katapultują ich na szczyty list przebojów. Może następnym razem.
  • Treny [Digipack]

    Bartek  Chaciński 2008-10-06

    Jacaszek przekłada literaturę na muzykę jak mało kto   (3 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Michał Jacaszek z elektronicznym sprzętem robi coś zupełnie pod prąd idei muzyki elektronicznej: zamiast unowocześniać, postarza dzięki niemu nagrania. Swoje „Treny” – wyjściowo utwory na instrumenty smyczkowe i głos – topi w delikatnych trzaskach, szumach, samplowanych i przetwarzanych dźwiękach harfy lub fortepianu. Udaje mu się to wyśmienicie, na tyle, że tym albumem startuje także za granicą w barwach ciekawej norweskiej oficyny Miasmah. Jest tu minimalistą w duchu Arvo Pärta i Preisnera, bliżej tego pierwszego, gdy chodzi o głębokość zaklętych w muzyce emocji. Jest też filmowo sugestywny niczym niemiecki kompozytor Max Richter. Podobnie jak ten ostatni w sposób otwarty inspiruje się literaturą. Nieustannie. Od debiutu, na którym starał się odtworzyć klimat starych bajek dla dzieci, przez współpracę z poetką Miłką Malzahn, po projekt Lem Konzept (słuchowisko muzyczne osnute na motywach prozy Lema), przeszedł w rejony przygniatającego smutku „Trenów” Kochanowskiego. I dawno już coś tak smutnego nie cieszyło mnie tak bardzo.
  • Debiut [Digipack]

    Jarek  Szubrycht 2008-10-06

    Jak Czesław z pudełka   (4 z 10 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Chcecie bajki? Oto bajka. Czesław Mozil wychował się w niedalekiej, ale jakże obcej nam kulturowo Danii. Tam zdobył muzyczne wykształcenie, tam układał sobie życie. Jednak słowiańska dusza jego łkała na obczyźnie, tęskniła za dzięcieliną i ogórkami kiszonymi. Młody artysta decyzję podjął podobno, gdy usłyszał płytę Pogodno – zostawił przyjaciół w Kopenhadze, sprzedał, co się dało, akordeon zarzucił na ramię i wrócił. Ile w tym prawdy? Czy to ważne? Najważniejsze, że Czesław rzeczywiście z nami jest, że nam śpiewa i że z racji wielu lat spędzonych poza krajem zupełnie nie ma pojęcia, co się na polskiej scenie muzycznej dzieje. Czesław nie wie, co jest nad Wisłą obciachowe, a co topowe. Nie zdążył się zorientować, które gwiazdy Londynu i Nowego Jorku podpatrujemy w tym sezonie. Musiał do nas Czesław wrócić z emigracji, żeby nagrać płytę bez obciążeń, równie polską, co światową. Bez trudu wyobrażam sobie te kabaretowe czy wręcz katarynkowe pieśni podszyte chaplinowską melancholią na półkach sklepów płytowych całego świata. Gdzieś między Banhartem i Beirutem a The Decemberists i – niech będzie – Dubliners. Żeby nie było za słodko, przyznaję, że świetny „Debiut” nie jest doskonały. Pal licho bombastyczne, rockowe wstawki, które tu i ówdzie burzą intymną atmosferę – są nieliczne i można je wziąć za wykwit specyficznego poczucia humoru artysty. Gorzej z tekstami. Trudno zresztą ustalić ich autorstwo – to płody niecodziennego przedsięwzięcia, jakim jest „Multipoezja”, czyli nadzorowanego przez poetę Michała Zabłockiego pisania przez internautów wierszy online. Kłopot w tym, że od multipodmiotu multilirycznego trudno oczekiwać synchronizacji na tyle doskonałej, by prócz intrygującej formy wiersze miały też ciekawą treść. Czesław wyśpiewuje więc puste kalambury, które przy pierwszym przesłuchaniu mogą bawić, ale przy piątym drażnią.
  • Real Emotional Trash

    Jarek  Szubrycht 2008-10-06

    Stephen Malkmus nie lubi ładnie skrojonych piosenek

    Artyści na dwa sposoby radzą sobie z własną legendą. Jedni odcinają od niej kupony, inni odcinają się od niej. Stephen Malkmus nie chce do końca życia być Panem Pavementem (był liderem grupy The Pavement), nie chce porywać tłumów, nie zamierza nikogo reprezentować. Dlatego „Real Emotional Trash” tak dobrze się słucha – to absolutnie niewymuszona, za to momentami autentycznie błyskotliwa opowieść o wewnętrznych rozterkach utalentowanego faceta w średnim wieku. Środki wyrazu różne – od lo-fi dla wykształciuchów, przez noiserockowe zgrzyty, po bluesa, a nawet country rocka. Niestety, Malkmus chętniej rozwala, niż buduje, i nieźle zapowiadające się kompozycje poddaje efektownej dekompozycji. Wizjonerski zamysł artystyczny czy po prostu… pójście na łatwiznę? A może kłopot nie w tym, że Stephenowi nie zależy na ładnych, dobrze skrojonych piosenkach? Może jemu jako artyście kultowemu takich nagrywać po prostu nie wypada?
  • Daniel Variations

    Bartek  Chaciński 2008-10-06

    Requiem dla reportera

    Ulubiony kompozytor fanów rocka i sceny klubowej ma już 71 lat. Nowe utwory pisze i wydaje na płytach regularnie, ale od tych wczesnych – budzących podziw koncepcjami czysto muzycznymi, niepopartych narracją – przeszedł długą drogę. Wśród ostatnich kompozycji Reicha znajdziemy operową opowieść o korzeniach wielkich religii czy jego reakcje na klonowanie. Bohaterem „Daniel Variations” (utwór na cztery głosy i instrumenty) jest Daniel Pearl, dziennikarz „The Wall Street Journal” zamordowany w Pakistanie przez terrorystów z Al-Kaidy. Ostatnie słowa reportera – udokumentowane na kasecie wideo nagranej przez terrorystów – Reich (amerykański Żyd, tak jak Pearl) wymieszał z cytatami z biblijnej Księgi Daniela, tworząc jeden z bardziej emocjonalnych utworów w całej swojej karierze.
  • The Formation Of Damnation
    • The Formation Of Damnation
    • Testament
    • (towar niedostępny)

    Łukasz  Dunaj 2008-10-06

    Jedna z najbardziej oczekiwanych płyt w historii metalu stała się ciałem.   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Niewiele jest grup, które jak Testament z tarczą przeszły drogę do piekła i z powrotem. W 2001 roku lekarze zdiagnozowali u wokalisty Chucka Billy’ego raka. Mocny indiański organizm – Billy jest potomkiem plemienia Pomo – zwyciężył nowotwór i Amerykanie wrócili do gry. W składzie pojawili się znów gitarzysta Alex Skolnick i basista Greg Christian, a za perkusją zasiadł Paul Bostaph, były perkusista Slayera. „The Formation of Damnation” rodziło się więc w bólach, lecz warto było czekać. Album doskonale łączy thrashmetalową klasykę z jej współczesną reinterpretacją. Wróciły chóralne refreny, obfite par-tie solowe gitar, ale nie zalatuje od nich oldschoolową naftaliną. Mięsista produkcja Andy’ego Sneapa to mistrzostwo w tej branży. Usatysfakcjonowani będą i młodsi amatorzy hałasu, i weterani, którzy wznoszą modły do pierwszych krążków grupy Testament.
  • Third
    • Third
    • Portishead
    • cena: 34,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 14 dni )

    Mariusz  Herma 2008-10-06

    Postęp geometryczny

    Zanim brytyjskiej publiczności objawiło się trio złożone z barowej śpiewaczki, gitarzysty jazzowego oraz specjalisty od manipulowania taśmami, trip-hop istniał od dobrych kilku lat. Tyle że mało kto o nim słyszał – poza mieszkańcami Bristolu, ówczesnej kolebki eksperymentalnych brzmień wywodzących się z hip-hopu. Gdy w połowie lat 90. nowy gatunek podbijał listy przebojów, głównymi sprawcami tego byli już Beth Gibbons, Adrian Uttley oraz zaledwie 20-letni wówczas Geoff Barrow, który dorastał nieopodal Bristolu w miasteczku Portishead. Ta właśnie trójka nadała trip-hopowi właściwą barwę (czerń), fakturę (aksamit) i zapach (dymu papierosowego). Paradoksalnie rozgłos był ostatnią rzeczą, jakiej zespół sobie życzył. Po sukcesie debiutanckiego „Dummy” z 1994 roku grupa na trzy lata zamilkła. Ucieczka od wrzawy otaczającej triphopowy boom pozwoliła zdystansować się od watahy nieudolnych albo bezczelnych naśladowców. Trudno jednak w podobny sposób uzasadnić aż 11-letnią przerwę, jaka nastąpiła po premierze drugiego longplaya, czyli „Portishead”. Kaliber płytowego powrotu grupy dowodzi jednak, że muzycy tego czasu nie zmarnowali. O tak dojrzałym, emocjonalnie angażującym, a zarazem zdumiewająco swobodnym dziele jak „Third” nawet najbardziej doświadczone zespoły mogą tylko marzyć. Zjawiskowy jest już sam rozmach aranżacyjny rozciągający się od delikatnych zwrotek „Huntera” i przyjemnej elektroniki w „The Rip” po paranoiczne serie automatu perkusyjnego w singlowym „Machine Gun”. Jednak pierwszy plan należy do głosu Beth Gibbons, która niepokoi, wzrusza i daje ukojenie w rotacji charakterystycznej dla pełnych temperamentu kobiet. Za matowe, przytłumione brzmienie „Third” tradycyjnie odpowiada konserwatyzm Geoffa przedkładającego taśmę magnetyczną nad pamięć komputera. Bieg historii zazwyczaj zmienia się pojedynczym rozbłyskiem i Portishead nie powtórzą już sukcesu „Dummy”. Nie posądzam ich zresztą o takie ambicje. Ważne, że trio poradziło sobie z brzemieniem oczekiwań i sezon na najpiękniejsze utwory Portishead dopiero może się zacząć. Pod warunkiem że okresy milczenia nie będą się wydłużać w postępie geometrycznym.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!