Przekrój

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 190

  • Łaskawe
    • Łaskawe
    • Jonathan Littell
    • cena: 50,92 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Marcin Sendecki Sendecki 2008-11-26

    Jonathan Littel i Orestes z SS   (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było". Tak rozpoczyna się tysiącstronicowy monolog narratora „Łaskawych” – spokojnego przemysłowca z północnej Francji, niegdyś znanego jako niemiecki doktor praw Max Aue, funkcjonariusz SD i wysoki oficer SS. Aue uczestniczył w hitlerowskim ludobójstwie, poznał jego przebieg i mechanizm. Kiedy było trzeba, zabijał, lecz pełnił głównie różne funkcje administracyjne. (...) Stopniowo awansując, obracał się w coraz bardziej elitarnych kręgach władców III Rzeszy. U jej schyłku zdołał wymknąć się z płonącego Berlina i przybrać nową tożsamość. Nie grozi mu żadna kara. Pisze, by zabić czas i poprawić sobie przemianę materii. (...) Nim jednak Max Aue szczegółowo przedstawi swe wojenne losy, wygłasza coś w rodzaju programowego prologu. Dokonuje – bardzo instruktywnego skądinąd – bilansu ofiar wojny. Stwierdza: „Wszystko, co robiłem, robiłem z całkowitą znajomością rzeczy, przekonany, że należy to do moich obowiązków i że jest konieczne, jakkolwiek nieprzyjemne i nieszczęśliwe by było”, odrzucając jednocześnie tradycyjną wymówkę o „wykonywaniu rozkazów”. „Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już” – powiada i przypomina o prawach wojny totalnej, znoszącej różnice między wojownikami a ludnością cywilną. Wprowadza też w mroki swej prywatności, która dalej przeplatać się będzie z biografią nazistowskiego oficera: w kazirodczą miłość do siostry, odejście ojca, o które obwinia matkę, homoseksualizm. To właśnie splot tych wątków stanowi dla wielu czytelników o skandaliczności powieści. Ale nie tylko dlatego dzieło Littella wygląda cokolwiek horrendalnie. Oto tytuły kolejnych jego części odpowiadają tańcom następującym po sobie w muzycznej suicie (...). Co więcej, osobiste przypadki Maksa Aue są wariacją na temat „Orestei” Ajschylosa, tragedii o Orestesie matkobójcy popełniającym zbrodnię, by pomścić ojca (czyli Agamemnona). Stąd (wielce ironiczny, jak sądzę) tytuł powieści Littella; dokładnie z ostatniej części Ajschylosowej trylogii: „Eumenidy”, czyli „Łaskawe”, to nowe miano bogiń zemsty erynii, kiedy te na prośbę Ateny zaprzestają za Orestesem pościgu. (...) Europy Przede wszystkim jednak toczy się wojna i Max Aue trafia w wiele najpiekielniejszych miejsc tamtych lat. Zaraz po inwazji na Związek Sowiecki ogląda spontaniczne polowanie Ukraińców na Żydów we Lwowie i bierze udział w pierwszych, nieporadnych z organizacyjnego punktu widzenia, egzekucjach dokonywanych przez osławione Einsatzgruppen (to przy okazji jednej z nich oprawcy nie mogą w podmiejskim lesie znaleźć dobrego miejsca na doły na zwłoki, bo wciąż trafiają na masowe mogiły ofiar wycofującego się NKWD). W podkijowskim Babim Jarze jest uczestnikiem taśmowego mordu na dziesiątkach tysięcy Żydów. Trafia na Kaukaz, potem do oblężonego Stalingradu, skąd cudem się wydostaje i jako ranny bohater robi coraz szybszą karierę już na tyłach. Obserwuje standaryzację procesu Zagłady. Jako oficer do specjalnych poruczeń wizytuje Majdanek i Auschwitz, trafia za Eichmannem na Węgry – i tak dalej, aż do przedzierania się przez radziecki front z Pomorza do Berlina i ostatnich dni Rzeszy. Aue widzi potoki krwi i krematoria, lecz obficie i rzeczowo relacjonuje także swe seksualne przygody i trapiące go uporczywe biegunki.
  • Czarodziejka z Florencji

    Ola Salwa 2008-11-26

    "Czarodziejka z Florencji" zwodzi i uwodzi   (6 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Najnowsza powieść Salmana Rushdiego kojarzy mi się z mieszanką przypraw masala. Fabuła odurza intensywnością i mnogością smaków: poznajemy skąpany w luksusach dwór żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku cesarza Akbara z dynastii Wielkich Mogołów, którego uwodzi opowieścią europejski podróżnik, bajarz pierwszej klasy. Rushdie w sztuce opowiadania jest równie biegły: zderza Wschód z Zachodem, prawdę ze zmyśleniem, a historię ze współczesnymi aluzjami. Całość pochłonęłam ze smakiem.
  • Jedenaście
    • Jedenaście
    • Marcin Świetlicki
    • cena: 29,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 7 dni)

    Marcin Sendecki 2008-11-26

    Świetlicki domknął Mistrza   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Marcin Świetlicki, poeta, jest jednym z naszych bogactw naturalnych. Jak węgiel brunatny z Bełchatowa, miedź z KGHM-u i Dolina Rospudy (jeśli istnieje naprawdę). Dwie pierwsze powieści kryminalne Świetlickiego podobały mi się więc bardzo, a zarazem bardzo nie podobały, jak przystało na „warszawskiego matoła z działu kultury kolorowego warszawskiego tygodnika”, o którym mowa w powieści drugiej pod tytułem „Trzynaście”. Teraz trylogia z Mistrzem w roli głównej została domknięta – i co? Otóż to, że „Jedenaście” jest książką niemal wzruszającą. Może stąd się to bierze, że niektóre z żelaznych składników swej prozy Świetlicki powściągnął, innym zaś dał pohulać. A tak się składało, że te pierwsze zawsze mniej mi się podobały, natomiast drugie – i owszem. Pierwsze to elementy wesołej, bieżącej krytyki towarzysko-społecznej. A także sama w sobie intryga kryminalna i tryb jej rozwiązywania. Drugie – to opisy nieożywionej i ożywionej przyrody, zdania i uwagi natury metafizycznej oraz bohater, ów chmurny mistrz-pożal-się-boże-detektyw, który „utył, spuchł” i tak dalej. „Jedenaście” jest uroczo podmiejskie, kameralne, skupione na egzystencjalnym detalu i eschatologii zarazem. Przy okazji unieważnia elementy tak niecierpliwiące w poprzednich częściach cyklu. Tym razem można je potraktować jak obowiązkowe przerwy na reklamy, dzięki którym możemy cieszyć się miłą misją, która ma w sobie coś z Firbankowskiej frywolności i Eckhartowskiego „ogołocenia”, i bardzo wiele z najlepszych wierszy Marcina Świetlickiego. Kim zaś byli Ronald Firbank i Mistrz Eckhart, sprawdzą sobie państwo w Internecie.
  • Zapiski ze złego roku

    Tadeusz Nyczek 2008-11-26

    J.M. Coetzee albo zszywanie świata   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Jesteśmy już z Coetzeem na bieżąco. Właśnie ukazała się u nas jego najnowsza powieść „Zapiski ze złego roku”. Szczególnie osobista książka, w której występuje już bez osłonek: jako „światowej sławy pisarz” J.C., były wykładowca uniwersytecki, dziś na emeryturze. Jest jej narratorem i bohaterem jednocześnie; książka, którą J.C. pisze, powstaje na naszych oczach i jest właśnie „Zapiskami ze złego roku”. Czytanie jej to osobna łamigłówka. Składa się bowiem z trzech równoległych narracji; pierwsze dwie prowadzi on sam, J.C., trzecią – pewna młoda filipińska maszynistka przepisująca jego zapiski/refleksje o świecie. Trochę to mętnie brzmi, ale konstrukcja powieści też niczego nie ułatwia, wręcz przeciwnie. Trzeba skakać po narracjach, na własną rękę wybierając kolejność skakania, więc czytelnik ma tu więcej roboty niż zwykle. Jednych to zachwyci, innych zapewne będzie denerwować, ale trudno, taki koncept. J.C. pisze, że ma dość powieści, teraz woli bardziej bezpośrednio myśleć o życiu, świecie i sobie samym. „Zapiski...” są dosyć melancholijne, gorzkie i mało porywające. Tak jak zapewne obecny żywot ich twórcy. Bo cóż, że osiągnął naprawdę światowy sukces. Że dwukrotnie dostał sławną Nagrodę Bookera i jeszcze sławniejszego Nobla. Że jest bodaj największym pisarzem, jakiego wydała Afryka. Ale teraz jest starym człowiekiem i starość z dnia na dzień zabiera go światu, więc radości życia. (...) Gdyby nie był mieszańcem, jego pisarstwo wyglądałoby na pewno inaczej. Po ojcu jest afrykanerem, białym mieszkańcem Afryki Południowej. Po rodzinie matki pół-Niemcem z Pomorza i pół-Polakiem z Wielkopolski. Dalsze życie tego urodzonego w 1940 roku mieszańca, którego językami domowymi był zarówno angielski, jak i afrikaans, konglomerat niemiecko-holendersko-angielsko-hotentocki, toczyło się równie zawile. Pokończył szkoły i studia w rodzimym Kapsztadzie, lecz pracować pojechał do Londynu. Stamtąd po kilku latach wyprowadził się do Stanów, gdzie na teksaskim uniwersytecie w Austin zrobił doktorat i został profesorem. Wystąpił o status stałego rezydenta amerykańskiego, ale wdał się w politykę, protestując przeciwko wojnie wietnamskiej, i dostał kosza od władz imigracyjnych. Wrócił więc do RPA, doczekał uniwersyteckiej emerytury w 2002 roku, a potem przeniósł się z Afryki do Australii, gdzie do dziś mieszka. Swoje naukowo-profesorskie umiejętności wykorzystuje od czasu do czasu jako eseista, publikując głównie w słynnym „New York Review of Books” znakomite szkice o cudzej twórczości (...). Istnieje takie pojęcie – ni to medyczne, ni to psychologiczne – jak „wigor mieszańców” będący pochodną kombinacji bardzo różnego pochodzenia genów i memów, czyli genów kulturowych. W przypadku J.M. Coetzee’ego wigor ów musiał się skumulować w niezwykłej wyobraźni twórczej, bo w zwykłym życiu pisarz uchodzi za modelowego milczka, outsidera i mizantropa. Spokojny, wręcz chłodny, uosobienie trzeźwości i racjonalności, musi nosić w sobie piekielne zaiste kłębowisko żmij, skoro pisze to, co pisze. (...)
  • Koniec kryzysu [Książka+CD]

    Bartek Chaciński 2008-11-26

    Pierwiastek żeński   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Rockowa grupa Pustki tym razem wydała książkę. Trochę tekstów piosenek, coraz lepiej balansujących między niewinną zabawą słowem a sytuacjami, w których taka zabawa ma poważne skutki, parę zdjęć i opowieść o tym, jak to zespół prawie się skończył. „Prawie” robi tu dużą różnicę, bo Pustki nagrały jednocześnie najlepszy swój album i najciekawszą polską płytę rockową od lat – zgodnie ze starą prawdą o tym, jak hartują sztukę trudne okoliczności. Co za szczęście, że wydawnictwo Agora dodało do książki tę właśnie płytę! Pustki mają w sobie fantastyczny element kobiecy – nie tylko dlatego, że Basia Wrońska śpiewa na nowym materiale prawie wszystkie partie wokalne. Samo podejście do grania muzyki rockowej jest u nich pozbawione męskiego prostactwa, zróżnicowane rytmicznie, brzmieniowo. Poza tym jest to – mimo prymatu Radka Łukasiewicza i Wrońskiej jako autorów piosenek – grupa zadziwiająco demokratyczna. Każdy ma tu swoje wybitne pięć minut, włącznie z perkusistą Grześkiem Śluzem i Szymonem Tarkowskim, nowym basistą, który mimo innych, jazzrockowych doświadczeń dobrze się w grupie zaaklimatyzował. A o klasie całości lepiej niż ta recenzja opowie oszałamiająca piosenka „Niezdrowy rozsądek”. Basia Wrońska nagrała też 14 piosenek ze swoją starszą siostrą Zuzą, znaną z efemerycznej grupy Meble – muzycznej, ale związanej ze środowiskiem literackim, a zatem i na „Balladach i romansach” historie opowiadane w tekstach pełnią nadrzędną rolę. Skojarzenia z CocoRosie, które podpowiada sam wydawca, mają sens o tyle, że jest to muzyka nagrywana w domowych warunkach na wszystkim, co było pod ręką. Polki bardziej niż CocoRosie eksponują amatorskie ciepło, a ich propozycja nie jest tak wyjątkowa brzmieniowo. Podczas gdy Pustki wydało wydawnictwo prasowe, ten album opublikowała z kolei galeria sztuki. Dodaję to na wypadek, gdyby ktoś chciał niebacznie odnieść tytuł płyty Pustek do sytuacji polskiej fonografii.
  • Ballady i Romanse
    • Ballady i Romanse
    • Ballady i Romanse
    • (towar niedostępny)

    Bartek Chaciński 2008-11-26

    Pustki w pełni formy i literacka domówka sióstr Wrońskich

    Rockowa grupa Pustki tym razem wydała książkę. Trochę tekstów piosenek, coraz lepiej balansujących między niewinną zabawą słowem a sytuacjami, w których taka zabawa ma poważne skutki, parę zdjęć i opowieść o tym, jak to zespół prawie się skończył. „Prawie” robi tu dużą różnicę, bo Pustki nagrały jednocześnie najlepszy swój album i najciekawszą polską płytę rockową od lat – zgodnie ze starą prawdą o tym, jak hartują sztukę trudne okoliczności. Co za szczęście, że wydawnictwo Agora dodało do książki tę właśnie płytę! Pustki mają w sobie fantastyczny element kobiecy – nie tylko dlatego, że Basia Wrońska śpiewa na nowym materiale prawie wszystkie partie wokalne. Samo podejście do grania muzyki rockowej jest u nich pozbawione męskiego prostactwa, zróżnicowane rytmicznie, brzmieniowo. Poza tym jest to – mimo prymatu Radka Łukasiewicza i Wrońskiej jako autorów piosenek – grupa zadziwiająco demokratyczna. Każdy ma tu swoje wybitne pięć minut, włącznie z perkusistą Grześkiem Śluzem i Szymonem Tarkowskim, nowym basistą, który mimo innych, jazzrockowych doświadczeń dobrze się w grupie zaaklimatyzował. A o klasie całości lepiej niż ta recenzja opowie oszałamiająca piosenka „Niezdrowy rozsądek”. Basia Wrońska nagrała też 14 piosenek ze swoją starszą siostrą Zuzą, znaną z efemerycznej grupy Meble – muzycznej, ale związanej ze środowiskiem literackim, a zatem i na „Balladach i romansach” historie opowiadane w tekstach pełnią nadrzędną rolę. Skojarzenia z CocoRosie, które podpowiada sam wydawca, mają sens o tyle, że jest to muzyka nagrywana w domowych warunkach na wszystkim, co było pod ręką. Polki bardziej niż CocoRosie eksponują amatorskie ciepło, a ich propozycja nie jest tak wyjątkowa brzmieniowo. Podczas gdy Pustki wydało wydawnictwo prasowe, ten album opublikowała z kolei galeria sztuki. Dodaję to na wypadek, gdyby ktoś chciał niebacznie odnieść tytuł płyty Pustek do sytuacji polskiej fonografii.
  • Od pieśni do skowytu

    Marcin Sendecki 2008-11-14

    Ameryka wielokrotna   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Pieśni to oczywiście „pieśni” Pounda, skowyt dobywa się ze „Skowytu” Allena Ginsberga. Dwa sławne amerykańskie poematy stanowią, jak pisze autor zbioru, „dwa punkty orientacyjne na mapie poezji amerykańskiej ubiegłego wieku”. Nie jest to jednak książka o Poundzie i Ginsbergu ani o tym, co wydarzyło się pomiędzy wystąpieniami amerykańskiego modernisty i amerykańskiego bitnika. Jerzy Jarniewicz – poeta, tłumacz, krytyk i akademik – pisze także o Stevensie, Bukowskim, Cage’u, Ann Sexton, Sylvii Plath, Eliocie i kilku innych ważnych postaciach zaoceanicznego wiersza. Szkice są krótkie, przejrzyste, kompetentne i inspirujące. Takie pisanie o poezji – wolne od impresyjnego gaworzenia z jednej strony, z drugiej jednak nieosuwające się w techniczny żargon poetyki lub filozofii – jest nieczęste i godne najwyższej pochwały. Jarniewicz unika też monotonii. Jego książka nie jest zwykłym zbiorem literackich portretów – do każdego ze swych bohaterów zwraca się, można by rzec, w innej sprawie. Czasem skupia się na jednym wierszu (W.C. Williams), innym razem tropi (wstydliwie u nas niedostrzegany) systemowy antysemityzm Eliota, kiedy indziej opukuje polskie przekłady Pounda. Są też dwa szkice ogólniejsze – jeden o poezji konkretnej (bardzo zresztą instruktywny), drugi to polemiczny w tonie tekst o slamie, który każdy slamer powinien powiesić sobie nad łóżeczkiem. A jeśli kto z książek najbardziej lubi okładki, to niech się cieszy okładkowym sławnym zdjęciem Gordona Balla. Oto słuchacze jednej z wojskowych akademii studiują na zajęciach wywrotowy poemat Ginsberga. Ameryko, jesteś wielka.
  • Nieszczęśni

    Marcin Sendecki 2008-11-14

    Śmierć w pudełku

    "Ta powieść składa się z dwudziestu siedmiu składek tymczasowo oklejonych taśmą, którą należy usunąć. Z wyjątkiem pierwszej i ostatniej (oznaczonych jako takie) pozostałe części mają być czytane na chybił trafił. Jeśli czytelnikowi nie odpowiada zastany przypadkowo po otwarciu książki układ, może od nowa ułożyć składki w dowolnym porządku” – czytamy na pudełku-okładce i tak to właśnie jest. Trzeba dodać tylko, że składki są nierównej długości i że w polskim wydaniu do oryginalnych 27 fragmentów dodano coś w rodzaju wstępu i posłowia, które – jakże by inaczej – można przeczytać w dowolnym punkcie lektury tekstu B.S. Johnsona. Rzecz jest już dość zamierzchła. „Nieszczęśni”, najgłośniejsza z kilku (w większości także wykorzystujących bardzo nietradycyjną organizację tekstu) książek Johnsona (żył w latach 1933–1973), ukazali się w roku 1969, cztery lata przed samobójstwem ich dotkniętego depresją autora. Od niedawna po dekadach zapomnienia i nieobecności w księgarniach angielski pisarz wraca do łask. Ma też szansę, by istotniej pojawić się w Polsce. Znany dotąd tylko z paru fragmentów pomieszczonych na początku lat 80. w „Literaturze na Świecie”, za chwilę doczeka się jej monograficznego numeru, a można chyba się spodziewać także przekładów innych powieści. Zabieg zastosowany w „Nieszczęsnych” oddawać ma nielinearny tryb pracy pamięci, chaotyczność naszej świadomości, nieprzewidywalność skojarzeń i obrazów, których doświadczamy. Bohater książki (podobno w dużej mierze opartej na rzeczywistych przeżyciach autora) to dziennikarz sportowy, który przyjeżdża z Londynu do Nottinhgam, by zrelacjonować mecz piłkarski, a podróż ta wywołuje falę częściowo tłumionych dotąd wspomnień o zmarłym na raka najbliższym przyjacielu. Ta szarpana opowieść jest sugestywna, interesująco napisana i robi dobre wrażenie, choć sam koncept formalny Johnsona budzi dziś raczej uznanie dla miłej wynalazczości sprzed lat niż jakąkolwiek ekscytację. Słowem, solidna i elegancka powieść eksperymentalna. Nie wypada nie zajrzeć do tego pudełka.
  • Eternal Kingdom

    Łukasz Dunaj 2008-11-14

    Żywy stąd nie wyjdzie nikt   (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    W ciemnej krainie, gdzie nawet latem się nie opalisz, działa oktet (tak, jest ich aż tylu) Cult Of Luna. Pochodzą, podobnie jak ich utytułowani krajanie Meshuggah, ze szwedzkiego, podbiegunowego miasta Umea. Już piąty w dyskografii „Eternal Kingdom” roztacza przed nami świat mroku i szaleństwa. Co nie dziwi w kontekście inspiracji Cult Of Luna, bo za literacką kanwę albumu posłużył dziennik niejakiego Holgera Nilssona. Mężczyzna trafił do szpitala psychiatrycznego po utopieniu swojej żony. Za jej śmierć obwiniał wyimaginowaną istotę o imieniu Ugin, a rękopis zatytułowany był właśnie „Opowieści z wiecznego królestwa”. Paranoja zawsze była dobrą pożywką dla sztuki, tak jest i tym razem. To ponury trans z ledwie zarysowanymi prześwitami melodii. W ustach czujemy rdzawy posmak metalu, ale ta muzyka wymyka się asekuranckim określeniom. Płynie swoim nieśpiesznym rytmem, hipnotyzując i niepokojąc zarazem.
Dowodem na to, że i Polak cierpieć potrafi, jest propozycja trójmiejskiego Blindead. To z kolei ich drugi krążek. W niczym już nie ustępujący dokonaniom Skandynawów. A może nawet je chwilami przewyższający? Desperacja, wściekłość i żal wyzierają z każdego dźwięku „Autoscopii”. Wszystko obleczone jest masywnym, dusznym brzmieniem. Dławiący się krzyk wokalisty i potężny gitarowy beton podlany sugestywną elektroniką, wystarczą do wykreowania miejsc, w których nie chcielibyśmy się nigdy znaleźć. Dlaczego więc, słuchając tej płyty, nie potrafię odnaleźć przycisku „stop”?
  • Death Magnetic [Standard Version]

    Marcin Cichoński 2008-11-14

    To jeszcze nie śmierć   (4 z 6 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Tym razem modły miały zostać wysłuchane. Zespół zatrudnił producenta cudotwórcę Ricka Rubina i publicznie odciął się od nieudanego eksperymentu zatytułowanego „St. Anger”. Rzeczywiście, równie spektakularnej porażki jak na poprzednim albumie Metallica tym razem nie poniosła, nowej płyty da się słuchać. Nie udał im się jednak upragniony powrót na pozycję lidera gatunku. Produkcja Rubina nie wniosła nic, na co warto by zwrócić uwagę, na domiar złego brakuje choćby jednej kompozycji, która na dłużej zostałaby w pamięci. Owszem, na „Death Magnetic” Metallica puszcza oko do wiernego słuchacza – potężne riffy przetyka gitarowymi solówkami, po 20 latach powraca do nagrań instrumentalnych, nie boi się też długich, rozbudowanych kompozycji. Wygląda jednak na to, że kwartet z Kalifornii bezpowrotnie stracił umiejętność pisania pełnych patosu, wielkich przebojów. Płyty pewnie wydawać będą nadal, bo każda z nich to przecież doskonały pretekst, by ruszyć w trasę, ale na koncertach fani i tak domagać się będą utworów z pięciu pierwszych płyt. A Metallica im je zagra – z coraz większą celebrą i uśmiechem na ustach.

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!