www.latarnik.pl

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 445

  • Wzory na krzemowej płytce

    Agata  Bieniek 2000-09-25

    Recenzja-www.latarnik.pl <BR> Wzór na wyobraźnię

    O Danielu Hillisie można powiedzieć, że jest genialnym dzieckiem. Genialnym, bo jest konstruktorem Connection Machine, komputera równoległego liczącego sześćdziesiąt cztery tysiące procesorów oraz jednym z pionierów badań nad sztuczną inteligencją. Dzieckiem, gdyż jego kariera nieustannie związana jest ze światem zabawek: pracował nad stworzeniem języka programowania dla dzieci (LOGO), projektował zabawki oraz gry komputerowe dla przedsiębiorstwa Milton Bradley.

    W tej chwili Hillis pracuje dla wytwórni Walta Disney'a na stanowisku profesora w MIT (Massachusetts Institute of Technology). Do pracy przyjeżdża ponoć furgonetką strażacką... Nic więc dziwnego, że temat książki Wzory na krzemowej płytce został przez niego potraktowany jako dobra zabawa, chociaż dotyczy zasad leżących u podstaw działania współczesnych komputerów. Jak pisze autor, książka dotyczy koncepcji istotnych w informatyce, między innymi: algebry Boole'a, teorii informacji, komputerów kwantowych, sieci neuronowych, systemów samoorganizujących się.

    Autor stawia sobie za cel opisanie wzajemnych powiązań powyższych zagadnień i prześledzenie drogi, która wiedzie od prostych procesów fizycznych, takich jak zmiana ustawienia wyłącznika, aż po uczenie się i zdolności adaptacyjne komputerów o architekturze równoległej.

    Hillis podkreśla, że teoria jest bardzo ogólna i nie determinuje tego, jak ma być zbudowana, ani jak ma wyglądać maszyna licząca, po czym przytacza na to przykłady. Opisuje między innymi hydrauliczne układy logiczne. Jeszcze w latach studenckich autor zbudował z (bardzo dużego!) zestawu klocków i linek maszynę, która umiała grać w grę Kamień - Papier - Nożyczki.

    Trudno się oprzeć wrażeniu, że wszystko, co się w książce znalazło, miało prowadzić do zagadnień związanych ze sztuczną inteligencją. Hillis jest wieloletnim pracownikiem Laboratorium Sztucznej Inteligencji w MIT i jest bez reszty pochłonięty ideą stworzenia myślącej maszyny. Jego pomysły są śmiałe, jednak optymizm dotyczący możliwości skonstruowania inteligencji w niedalekiej przyszłości nie znajduje uzasadnienia w niewielkich postępach w jej tworzeniu.

    Niełatwo jest oprzeć się urokowi argumentacji autora. To, co najbardziej odbiega tu od ogólnie panującego stereotypu, to sposób, w jaki ma się wyłonić nowa jakość w informatyce. Hillis twierdzi, że zasady funkcjonowania ludzkiego mózgu nie są poznane na tyle dobrze, aby możliwe było deterministyczne zaprogramowanie analogicznie działającej sieci. Postuluje przyjęcie zupełnie innej taktyki - w pewnym sensie odtworzenie procesu ewolucji. Uważa, że komputery, czy też ich miliony połączone w sieć, nauczą się - w drodze selekcji - myśleć. Selekcji miałaby podlegać organizacja połączeń między procesorami, co odzwierciedlałoby procesy zachodzące w synapsach żywych organizmów. Jednak podobnie, jak w przypadku ludzkiej inteligencji, nie będziemy w stanie zrozumieć mechanizmu leżącego u podstaw jej sztucznego odpowiednika. Dzięki abstrakcyjnemu sposobowi myślenia, Hillis spojrzał na inteligencję, jak na nowy byt, który niezależnie od tego, czy zrodził się w mózgu człowieka, czy w sieci milionów procesorów, zasługuje na nasz szacunek a nawet podziw. Czy można tej książce coś zarzucić? Fragment poświęcony algebrze Boole'a budzi pewne zastrzeżenia. Czytelnicy, którzy zetknęli się z logiką matematyczną mogą go śmiało pominąć; pozostali zaś też niewiele z niego skorzystają ze względu na zbyt ogólnikowe potraktowanie tematu. A szkoda, bo rozdział ten stanowi bazę niezbędną do zrozumienia kilku kolejnych rozdziałów...

  • Fenomenologia

    Kacper  Sokołowski 2000-09-25

    Recenzja-www.latarnik.pl

    Fenomenologia, autor: Lyotard. Nie należy jednak dać się zwieść "postmodernistycznemu" nazwisku. Książka napisana w 1954 roku nie jest żadnym "zniszczeniem filozofii". Autor solidnie prezentuje rozumowania Husserla oraz wynikającą z nich metodę nauk humanistycznych: psychologii, socjologii i historii. Najkrócej jak można, by rzeczywiście oddać istotę tej bardzo subtelnej myśli.

    "Pierwsze wtajemniczenie w fenomenologię"- według określenia znawcy tematu. Jest to jednak wtajemniczenie, które od razu wyprowadza nas na szerokie wody i wymaga już pewnego obycia z filozofią. Autor koryguje obiegowe interpretacje fenomenologii, przekonująco wyświetla zarzuty, jakie stawiała krytykowanym przez siebie poglądom, odpiera możliwe wątpliwości i przedstawia korzyści, jakie mogą stać się udziałem nauk, jeśli wezmą pod uwagę analizy fenomenologów.

    Czym jest fenomenologia, dzieło tytanicznego wysiłku jednego architekta, twórczo rozwijane przez licznych uczniów? Na okładce Badań logicznych, książki inicjującej nurt, widnieje twarz człowieka o klasycznych rysach profesorskich pogrążonego w refleksji, skupionego. Pozostawia ona jednak wrażenie smutku. Husserl podjął swoje dzieło pod wpływem troski, jaką napełniał go kierunek rozwoju myśli europejskiej. Nauka bowiem objęła badaniami obszary, w których tkwiły korzenie jej prawomocności i samą siebie zaczęła traktować jako fakt do wyjaśnienia. Fakt biologiczny, psychologiczny, społeczny i historyczny. Oznaczało to rezygnację z roszczeń do uniwersalnego znaczenia, a dla Husserla, który był matematykiem - upadek nauki. Refleksja dążąca do uniwersalnego poręczenia była dla niego fundamentem, jak sam powiadał "europejskiego człowieczeństwa". Nic dziwnego, że przeogromną pracę teoretyczną, której dokonał, traktował jako swego rodzaju krucjatę. "Jesteśmy funkcjonariuszami ludzkości."- pisał o fenomenologach.

    Istotnym, "kartezjańskim", etapem postępowania fenomenologa jest redukcja transcendentalna. Jedynym probierzem prawdy jest konkretna świadomość. Prawdę może poręczyć tylko przeżycie jej "u siebie". Radykalna wierność tej zasadzie prowadzi do odejścia od potocznego przeświadczenia, że "Ja" musi być razem z innymi rzeczami elementem rzeczywistości (tzw. "Ja empirycznym"), na który mogą one oddziaływać, wywołując w ten sposób poznanie. "Ja" nigdy siebie tak nie doświadcza i nie jest to żadna jego ułomność czy jaskinia, która je więzi. O jaskini można mówić tylko, jeśli choć raz się z niej wyszło. "Ja" postrzegane tak, jak się przedstawia, bez wszystkich nawykowych założeń, nazywa się "Ja transcendentalnym". Lyotard podkreśla, że nie jest to kantowski abstrakt, równie spekulatywny jak odstąpione przyrodoznawstwu przez kantyzm "Ja empiryczne" (Husserl zarzucał Kantowi psychologizm), lecz konkretne, żywe i jedyne "Ja". Ponieważ fenomenolog nie korzysta z żadnych zaocznych, obiektywnych wyjaśnień, odwróceniu ulega postawa naturalna i naukowy obiektywizm. Fenomenologia - co warto zaznaczyć - nie popada przy tym w subiektywizm...

  • Pułapka na motyla

    Dariusz Nowacki 2000-09-25

    Recenzja-www.latarnik.pl

    Język tej powieści jest, niestety, drętwy i gazetowy. Ale pocierpieć warto! Nagrodą jest bowiem to, co istnieje w planie fabularnym tej powieści.

    O powieści Hanny Samson można dyskutować co najmniej trojako. Wolno przyglądać się Pułapce na motyla tak, jak zwykliśmy patrzeć na tekst beletrystyczny, a więc mówić o tej książce językiem krytyki literackiej - to po pierwsze. Po wtóre, można, a nawet trzeba, uwzględnić fakt, iż autorka jest psychoterapeutką. Zastanawialibyśmy się wtedy nad "skutecznością" opowieści właśnie w tej perspektywie. Wreszcie po trzecie, Pułapkę na motyla należałoby skojarzyć z nowoczesną powieścią pedagogiczną, której adresatami są rodzice dorastających dzieci. Wszelako kłopot z drugim i trzecim aspektem polega na tym, że zanim się cokolwiek o książce Samson powie, trzeba pierwej przyjąć ciche i doprawdy trudne do utrzymania w naszych czasach założenie, iż literatura jest instrumentem perswazji, że to, co czytamy, kształtuje nas, odciska się trwałym (tj. trwającym dłużej niż kilka sekund) piętnem. Jest jeszcze i ten kłopot, że owe perspektywy włażą sobie w paradę: co innego powie psychoterapeuta (np. rekomendujący powieść Wojciech Eichelbreger w nocie na okładce), co innego krytyk, a i rodzic, jako pożądany odbiorca Pułapki na motyla, też swoje dorzuci.

    Zacznę od tego ostatniego Po przeczytaniu powieści Hanny Samson obiecałem sobie, że w stosunku do własnej córki przyjmę jeszcze bardziej liberalno-permisywny program wychowawczy. Będzie chciała - jak Joanna, bohaterka powieści - trzymać robaki w domu, to niech sobie trzyma! Żarty żartami, tymczasem w istocie niepodobna odmówić komentowanej tu opowiastce walorów pedagogicznych czy raczej andragogicznych, bo przecież idzie o wychowywanie dorosłych. Po prostu - nigdy za wiele klarowania rodzicom, jak łatwo o błędy wychowawcze, jakimi palantami bywają, choć to zbyt delikatne określenie. Istnieje przecież wdzięczne i popularne określenie: rodzice toksyczni. Otóż takimi super-zatruwaczami, co to spieprzyli życie wrażliwej i dobrej dziewczynie (Joanna), są zarówno Helena i Czesław (matka i ojciec bohaterki), jak i rodzice Marka, męża Joanny, o których co prawda wiemy niewiele, ale to na pewno oni, pozwalając przez długie lata na domową izolację chłopaka, przyłożyli się do wychowania tego potwora i onanisty.

    Ponieważ na psychoterapii się nie znam, przechodzę od razu do punktu pierwszego. Cóż, wystarczy przeczytać kilka początkowych akapitów, by w mig się zorientować, że przyłożyć miary artystyczne do tej powieści oznacza - zamordować Pułapkę na motyla niczym zarazki w pewnej reklamie, czyli zabić na śmierć. Swoje wycierpią zwłaszcza ci czytelnicy, dla których nie jest obojętna warstwa językowo-stylistyczna tekstu literackiego. A język tej powieści jest, niestety, drętwy i gazetowy. Szczególnie nieznośna wydaje się synteza stylu katechetycznego z żurnalistycznym, ów dyskurs pogadanki dla maluczkich ożeniony z narracją unaoczniającą, bliską zbeletryzowanemu reportażowi. Posłuchajmy: "Spotkanie w barze miało poważne konsekwencje. Świat przestał być dla Joanny oczywisty. Zło przestało być jednoznacznie złe, bo ci chłopcy, będący przecież uosobieniem zła, pokazali Joannie inne oblicze. Zobaczyła, że ich złe uczynki, których obawiały się dzieci, mogły wynikać po prostu z tego, że byli głodni". Ale pocierpieć warto! Nagrodą jest bowiem to, co istnieje w planie fabularnym tej powieści. Mamy tedy wrażliwą i sympatyczną Joannę, którą zrazu poznajemy jako czternastolatkę. Bohaterka, o czym już wspomniałem, wzrasta w koszmarnej rodzinie: pod okiem brutalnej idiotki (matka) i jej równie szkodliwego męża - wykastrowanego, sterroryzowanego przez żonę. Dom jest purytański i drobnomieszczański, przesiąknięty obłudą i zmrożony emocjonalnym chłodem...

  • Po wyzwoleniu... (1944-1956)

    Joanna Pruszyńska 2000-09-25

    Recenzja-www.latarnik.pl

    Chronologia nie ma tu znaczenia, nie chodzi bowiem o przedstawienie kolei moich własnych losów - pisze we wstępie do wspomnień łagrowych Barbara Skarga. I rzeczywiście, dopiero w ostatnim akapicie książki wszystko to, o czym napomyka autorka, układa się w całość.

    Wtedy dowiadujemy się, że aresztowana 8 września 1944, po trzynastu miesiącach więzienia, została, w grupie 140 członków sztabu Okręgu Wileńskiego AK, skazana za zdradę ojczyzny. Kiedy w sfingowanym procesie udzielano oskarżonym ostatniego słowa: "każdy wstawał i zaczynał od tego, że jest polskim obywatelem, że nie może być oskarżony o zdradę ojczyzny, bo Sowiety nie są jego ojczyzną, że sąd uważa za bezprawny, sprzeczny z zasadami prawa międzynarodowego". Po wyroku - 10 lat obozów i wieczna zsyłka - Barbara Skarga trafiła do Prawianiszek koło Kowna, od lata 1946 była w obozach Uchty. Od 1948 roku do końca wyroku - w Bałachaszu, w obozie o zaostrzonym reżimie. Wysłana, już po śmierci Stalina, jako zesłaniec do kołchozu w Pietropawłowsku, wróciła do Polski w 1955 roku.

    Darmo szukać jednak w tej książce spisywanej dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, kroniki wypadków. Dostajemy natomiast coś więcej: matematycznie precyzyjną, niewiarygodnie oszczędną w słowa opowieść o tym, jak wyglądało życie codzienne w więzieniu i w łagrach. A także wyczerpujące studium ideologii stosowanej: systemu przemocy oraz mentalności katów i ofiar.

    Zdania są tu krótkie, bez ozdobników: "życie codzienne w więzieniu to śledztwo. Śledztwo bez snu (...) Cela niewielka: Pięć metrów wzdłuż, dwa z połową wszerz. Jest nas czternaście: osiem śpi po jednej stronie, sześć po drugiej, na waleta (...) Mebli wcale nie ma. Siedzimy na podłodze, ciesząc się że jest drewniana. Zawsze cieplejsza niż beton". I uwaga dodatkowa: "Są obozy, które nie stwarzają szans na przeżycie i te lepsze, gdzie się wprawdzie nie żyje, ale egzystować można". Słowa klucze do łagiernego świata to tufta i błat czyli oszustwo i układy. Zasada numer jeden łagru to milczenie: "Pytać o cokolwiek nie należy do dobrego tonu. Nie próbuj wiedzieć więcej niż potrzeba. Skąd to masz, kto ci dał, za co siedzisz, oto próbki zdań wyrzuconych z więziennego języka". Podobnie słowo: umarł. W karcie skazańca pisze się - "wybył".

    Jak przeżyć obóz? "Śmiech jest zwycięstwem zwyciężonych - pisze Skarga - Więzień się nie skarży, bo po co. Na pytanie naczalstwa: kak żywiosz, odpowiada: łuczsze wsiech", bo "tam gdzie cierpienie jest bez granic, nie mówi się o cierpieniu. W obozie się nie płacze, nie lamentuje, nie biada". Ze szczególną dumą i podziwem pisze Skarga o postawie Polek: "Skąd to przekonanie, że Polka nie ma prawa się sprzedać, że musi być niedostępna, niezależna, że nietykalne są jej poglądy i jej ciało".

    O sobie samej pisze autorka stosunkowo mało. Tylko gdzieś, niemal między wierszami dowiadujemy się, że nosiła cegły, sześćdziesięciokilogramowe worki kartofli i deski, pracowała przy budowie nasypu kolejowego (w 30 stopniowym mrozie), przy budowie wodociągu, na torfowisku, przy wyrębie lasu ("w śniegu po pas"), wreszcie w szpitalu ("w raju": "szpital, szpital, rabationka nie płachaja, tiepło, swietło i muchi nie kusajut"). Nie ma jednocześnie w Po wyzwoleniu zaciekłości i nienawiści. Co istotne, obok suchej relacji pojawiają się także dowody sympatii nie tylko wobec Rosjan współwięźniów, ale także wobec Rosjan urzędników aparatu, np. obozowych lekarzy - wprzęgniętych w tryby systemu i karnie w tym systemie pracujących...

  • Komunikatorzy

    Witold  Bereś 2000-09-25

    Recenzja-www.latarnik.pl<BR><BR>Komunikacja, manipulacja?

    A już było tak dobrze. Przez wszystkie lata III Rzeczpospolitej my, pismaki, mogliśmy udawać, że nie tylko jesteśmy czwartą władzą, ale że również jesteśmy alfą i omegą warsztatu, języka, reklamy, propagandy, a nawet elektronicznych układów scalonych w najnowszym sprzęcie reporterskim hi-tech.

    Mówiąc "my" mogę czynić to spokojnie - sam przecież od lat zarabiam tym, że pracuję dla mediów rozmaitych: począwszy od prasy, poprzez radia i telewizję, aż po - jak widać - internet. To do nas zwracali się politycy, przedsiębiorcy duzi i mali oraz żądne wiedzy, atrakcyjne studentki. Wszyscy chcieli jednego: by pouczyć ich jak pisać poprawnie, jak przemawiać atrakcyjnie, jak sprytnie stawać przed kamerą, a jak przed mikrofonem i aby wskazać właściwy sposób trzymania pióra, ewentualnie - uderzania w klawiaturę notebooka. No i przede wszystkim - aby pogonić kota przeciwnikom politycznym, konkurencji ekonomicznej, wrogom państwa (niepotrzebne skreślić).

    Sytuacja była więc znakomita, wręcz doskonała, szczególnie dla tych, którzy mieli związki z mediami publicznymi i kulturalnych (segment mediów niskonakładowych). Oto im gorzej pisali i im mniej przejrzyście się wysławiali, tym wyżej podnosili w górę sztandar misji kulturowo - edukacyjnej. A im wyżej sztandar podnosili, tym łatwiej było im liczyć na to, na co po cichu liczą wszystkie pismaki: na jakieś maleńkie zleconko od wielkiego koncernu albo na rządową posadkę. I tak to od czasów rządu Tadeusza I Mazowieckiego, dziennikarze lgnęli do tych fuch jak Mike Tyson do ucha przeciwnika. Zostawali piarowcami, rzecznikami, konsultantami, copyrighterami i oficerami prasowymi. Cóż, na froncie jak to na froncie: buławę geniusza nosi każdy szewc w plecaku.

    Efekt był łatwy do przewidzenia. Przeciwnicy polityczni mieli się świetnie, konkurencja ekonomiczna notowała niesłychany rozwój, wrogowie państwa nadawali korespondencje spod gmachów użyteczności publicznej, a nawet najlepsze posunięcia każdego kolejnego rządu i każdego kolejnego ministra były obśmiewane w mediach nim którykolwiek rzecznik zdążył wyjąkać coś bełkotliwego (w typie: "w sferze wzajemnych ustaleń koncyliacyjnych...").

    Ale czemuż tak się działo? Skąd ta naiwność wielkich tego świata, by sięgać po pismaków? Wytłumaczenie było proste: ani fachowców, ani - przede wszystkim - książek, z których można by ich kształcić. Rzecz jasna, były i są wielkie przeboje w kategorii "podręczniki medialne" jak książki Cialdiniego czy Aronsona, ale - mniej czy bardziej słusznie - można było zawsze powiedzieć, że ich doświadczenia i przykłady mają się nijak do polskich doświadczeń. Poza nimi były już tylko albo anegdoty "jak to my ze szwagrem na weselu" (wspomnienia rozmaitych polityko-dziennikarzy), albo podręczniki, przy których podręcznik fizyki Feymanna to komiks Papcia Chmiela.

    W jedenaście lat po pamiętnym czerwcu 1989 komuś przeszkadzało to, że byle pismak może sobie dorobić jako dyrektor gabinetu prasowego. Dość, że Oficyna Wydawnicza "Branta" postanowiła wydać wreszcie książkę, której tak bardzo brakowało.

    Kiedy bierze się ją po raz pierwszy do ręki, już wydaje się, że wszystko będzie jak zwykle dobrze. Tytuł brzmi tak atrakcyjnie, jak wiele innych słówek z taką właśnie końcówką: "Komunikatorzy" to jak manipulatorzy, kontestatorzy, deprawatorzy. Patrzysz dalej: choć książkę stworzył zespół, to redaktor naczelny nazywa się Andrzej Drzycimski, który - jak pamiętasz - wrósł w pewien wyrazisty pejzaż polityczny jako rzecznik Wałęsy. Ale otwierasz spis treści i czujesz, że już jest gorzej. Co prawda kilku autorów jest raczej słabo znanych (Magdalena Łań, Agnieszka Ostrowska czy Roman Nowosielski), za to kilka nazwisk tradycyjnie chwieje twym dobrym samopoczuciem (prasoznawcy Teresa Sasińska-Klas wraz z Tomaszem Gobanem-Klasem, Gerald Abramczyk, który wykreował sukces Balcerowicza w wyborach roku 1997 czy znakomity profesor Jerzy Bralczyk)...

  • To
    • To
    • Czesław Miłosz
    • (towar niedostępny)

    Jarosław  Klejnocki 2000-09-21

    Recenzja-www.latarnik.pl - Nowy Miłosz: zaskoczenia i satysfakcja

    Wypada domniemywać, że Czesław Miłosz raczej nie czytał znanej powieści Stephana Kinga pod tytułem It. Stąd powiązanie tytułu nowego poetyckiego tomiku autora Gucia zaczarowanego z twórczością amerykańskiego mistrza horroru jest raczej przypadkowe. Cóż, dobry tytuł jest inwestycją i nie ma się co dziwić, że zdarzają się (niezamierzone?) powtórki.

    Byłoby oczywiście ciekawiej, gdyby okazało się że Miłosz orientuje się doskonale w artystycznych dokonaniach swego (dalekiego) kolegi po fachu. Ileż można by wysnuć analogii, iluż aluzji, nawiązań i kontekstów można by się dopatrzyć! Jednak i w tak niesprzyjającej (dla krytyka) sytuacji trzeba sobie jakoś radzić. Spróbujemy więc zbudować karkołomne porównanie, oparte - oczywiście - na podobieństwie przeciwieństw.

    "To" u Kinga synonimizuje nieodgadnione, tajemnicze i zabójcze siły Zła, które nawiedza niepozorne, prowincjonalne amerykańskie miasteczko. W ostateczności okazuje się dziwacznym potworem, który morduje (czemu?) Bogu ducha winnych statecznych obywateli. U Miłosza - na pozór podobnie. "To" jest znakiem wszelkiego Zła, które staje się udziałem człowieka w jego życiowej drodze. "To" - w poezji noblisty nigdy nie zmaterializowane - odpowiedzialne jest też za lęki, które nawiedzają nas w koszmarach i prześladują naszą podświadomość. "To" u Miłosza jest znakiem ciemnej strony bytu. Poeta twierdzi, że właśnie ta strona natury ludzkiej odpowiedzialna jest za narodziny literatury, ponieważ wszelki artystyczny gest - nawet jeśli zmierza ku opisowi tego, co w świecie piękne i godne zachwytu - rodzi się z cierpienia, z nieusatysfakcjonowania człowieka własną egzystencją, z wyrzutów sumienia i z rozczarowania naturą świata.

    Będzie więc pewnym zaskoczeniem, jeśli skonstatujemy, że najnowszy tom poetycki Miłosza przynosi jednak pochwałę istnienia. Autor decyduje się na poetykę zwierzenia, śmiałą i lokującą się na pograniczu ekshibicjonizmu. Innymi słowy - dane jest nam poznać Miłosza niemal od prywatnej strony. Zostajemy skonfrontowani z wyznaniami konfesyjnej natury, ze śmiałymi (obyczajowo) deklaracjami. To pokazuje nam Miłosza innego niż w wersji - by tak rzec - "oficjalnej". Dużo tu prywatnych opowieści, pokazujących dostojnego laureata w sytuacjach, które na co dzień nie są raczej przedmiotem krytycznoliterackich rozbiorów. Naprawdę - to Miłosz "pełny". A jednocześnie, jakby przy okazji prezentowania siebie samego, autor Trzech zim zdaje się mówić dobitnie, że życie jest zachwycające w swej różnorodności i złożoności, choć (a może właśnie "mimo że"?) składają się nań zarówno ekstaza jak i cierpienie człowiecze. Mocna i radosna (mimo wszystko) książka.

  • Dziennik podróży z Kantorem 1979-1990

    Piotr Gruszczyński 2000-09-21

    Recenzja-www.latarnik.pl - Życie prywatne Cricot

    Dziennik aktorów Tadeusza Kantora, braci Lesława i Wacława Janickich pisany w latach 1979-1990, opatrzony skromnym tytułem Dziennik podróży z Kantorem to książka absolutnie sensacyjna.

    Każdy, kto choć raz miał okazję spotkać Tadeusza Kantora, miał też nieomal stuprocentową gwarancję, że będzie świadkiem wielkiej awantury o byle co w wykonaniu wielkiego artysty. Kiedy w latach osiemdziesiątych studiowałem w Krakowie, chadzałem na spotkania do Cricoteki, podczas których Kantor opowiadał o swojej pracy, pokazywał filmy z fragmentami przedstawień i owacjami (naprawdę, pokazywał dumny kilkunastominutowe stojące owacje z najróżniejszych stron świata), narzekał na urzędników i niedocenianie "największego teatru na świecie" i urządzał awantury. Na przykład o to, że zgłodniały student ośmielił się w trakcie projekcji posilać się bułką. Przedstawienia Kantora zachwycały, a życie prywatne teatru Cricot 2 budziło wielką ciekawość. O przedstawieniach i metodach działania Kantora, o jego pojmowaniu roli aktora w teatrze można było czytać w licznych manifestach i deklaracjach, ale o tym, co działo się w zespole, jak wyglądały próby i niekończące się podróże nie było wiadomo nic. Mit Cricotu wznosił się na fundamentach wielu, pilnie strzeżonych tajemnic.

    Po śmierci Tadeusza Kantora (w grudniu 1990 roku) aktorzy długo jeszcze grali ostatni spektakl Mistrza, potem zajęli się swoimi, na ogół mało udanymi działaniami teatralnymi, w których popełnili wszystkie grzechy epigonów. Cricot 2 przeszedł do wielkiej historii teatru, ale o jego życiu prywatnym nadal niczego się nie dowiedzieliśmy. I wreszcie jest książka absolutnie sensacyjna: dziennik braci bliźniaków Lesława i Wacława Janickich pisany w latach 1979-1990, opatrzony skromnym tytułem Dziennik podróży z Kantorem.

    Zasada dziennika była prosta i konsekwentnie przez piszących przestrzegana: pisało się tylko w czasie zagranicznych podróży i zagranicznych pobytów, w czasie których były przygotowywane nowe przedstawienia. Pamiętnikarskim zapisem objęte są też próby nad nowymi spektaklami prowadzone w Polsce, przygotowujące zagraniczny etap produkcji. Zapiski są na ogół bardzo lakoniczne i rzeczowe, zdające sprawę z tego, co się działo i raczej powstrzymują się od komentarza. Opisują próby, codzienne kłopoty zespołu, wędrowny tryb życia biednych wagabundów, prywatne życie Kantora, ale przede wszystkim są rejestrem niekończących się awantur: poważnych, prowadzonych w imię wielkich spraw i tych toczonych w imię rzeczy nieistotnych i błahych.

    Ostatnich było znacznie więcej, a ich przebieg i kaliber wytaczanych argumentów były na ogół odwrotnie proporcjonalne do problemu, który wywołał awanturę. Przy okazji wierni pamiętnikarze spisali też przekleństwa, którymi Kantor obrzucał cały świat i trzeba przyznać, że jego inwencja w tworzeniu nowych przekleństw była nieograniczona. Moje ulubione to kalumnia, która spadła kiedyś na autorów pamiętnika, nazwanych "esencją gnoju" i niebanalne zdanie rzucone w Lilianę Krasicką - najstarszą aktorkę w zespole darzoną zresztą przez Kantora ogromnym szacunkiem: "Ja tu haruję jak genialny wół, a ta krowa (czyli Lila) tylko patrzy!"...

  • To
    • To
    • Czesław Miłosz
    • (towar niedostępny)

    Jarosław  Klejnocki 2000-09-21

    Recenzja-www.latarnik.pl - Nowy Miłosz: zaskoczenia i satysfakcja   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Wypada domniemywać, że Czesław Miłosz raczej nie czytał znanej powieści Stephana Kinga pod tytułem It. Stąd powiązanie tytułu nowego poetyckiego tomiku autora Gucia zaczarowanego z twórczością amerykańskiego mistrza horroru jest raczej przypadkowe. Cóż, dobry tytuł jest inwestycją i nie ma się co dziwić, że zdarzają się (niezamierzone?) powtórki.

    Byłoby oczywiście ciekawiej, gdyby okazało się że Miłosz orientuje się doskonale w artystycznych dokonaniach swego (dalekiego) kolegi po fachu. Ileż można by wysnuć analogii, iluż aluzji, nawiązań i kontekstów można by się dopatrzyć! Jednak i w tak niesprzyjającej (dla krytyka) sytuacji trzeba sobie jakoś radzić. Spróbujemy więc zbudować karkołomne porównanie, oparte - oczywiście - na podobieństwie przeciwieństw.

    "To" u Kinga synonimizuje nieodgadnione, tajemnicze i zabójcze siły Zła, które nawiedza niepozorne, prowincjonalne amerykańskie miasteczko. W ostateczności okazuje się dziwacznym potworem, który morduje (czemu?) Bogu ducha winnych statecznych obywateli. U Miłosza - na pozór podobnie. "To" jest znakiem wszelkiego Zła, które staje się udziałem człowieka w jego życiowej drodze. "To" - w poezji noblisty nigdy nie zmaterializowane - odpowiedzialne jest też za lęki, które nawiedzają nas w koszmarach i prześladują naszą podświadomość. "To" u Miłosza jest znakiem ciemnej strony bytu. Poeta twierdzi, że właśnie ta strona natury ludzkiej odpowiedzialna jest za narodziny literatury, ponieważ wszelki artystyczny gest - nawet jeśli zmierza ku opisowi tego, co w świecie piękne i godne zachwytu - rodzi się z cierpienia, z nieusatysfakcjonowania człowieka własną egzystencją, z wyrzutów sumienia i z rozczarowania naturą świata.

    Będzie więc pewnym zaskoczeniem, jeśli skonstatujemy, że najnowszy tom poetycki Miłosza przynosi jednak pochwałę istnienia. Autor decyduje się na poetykę zwierzenia, śmiałą i lokującą się na pograniczu ekshibicjonizmu. Innymi słowy - dane jest nam poznać Miłosza niemal od prywatnej strony. Zostajemy skonfrontowani z wyznaniami konfesyjnej natury, ze śmiałymi (obyczajowo) deklaracjami. To pokazuje nam Miłosza innego niż w wersji - by tak rzec - "oficjalnej". Dużo tu prywatnych opowieści, pokazujących dostojnego laureata w sytuacjach, które na co dzień nie są raczej przedmiotem krytycznoliterackich rozbiorów. Naprawdę - to Miłosz "pełny". A jednocześnie, jakby przy okazji prezentowania siebie samego, autor Trzech zim zdaje się mówić dobitnie, że życie jest zachwycające w swej różnorodności i złożoności, choć (a może właśnie "mimo że"?) składają się nań zarówno ekstaza jak i cierpienie człowiecze. Mocna i radosna (mimo wszystko) książka.

  • Obciach
    • Obciach
    • Kinga Dunin
    • (towar niedostępny)

    Dariusz Nowacki 2000-09-18

    Recenzja-www.latarnik.pl

    Kinga Dunin, wytrawna eseistka i "gorąca" krytyczka literacka, w ubiegłym roku błyskotliwe zadebiutowała jako autorka literatury dla młodzieży powieścią Tabu. Świeżo wydany Obciach to bezpośrednia kontynuacja tamtej opowieści, ciąg dalszy przygód głównych bohaterów, a precyzyjniej mówiąc - kolejne miesiące z życia sympatycznej panienki, Marty Szumskiej, teraz uczennicy IV klasy liceum. Zarazem jednak książki te dość poważnie się od siebie różnią. Już wyjaśniam, co mam na myśli. Otóż przed rokiem Kinga Dunin ujawniła swój talent epicki z pewną taką nieśmiałością. Normalna sytuacja debiutanta, który przecież nie ma bladego pojęcia, jak jego propozycja zostanie przyjęta, nie mówiąc o tym, że bierze się za rzecz trudną (pisanie dla dzieci i młodzieży to, jak wiadomo, wyższa szkoła jazdy, i tylko skończeni idioci mniemają, że to bułka z masłem). Debiutant woli się zatem wszechstronnie zabezpieczyć; napisać - by tak rzec - więcej i lepiej niż trzeba, koniecznie chce dać jakąś nadwyżkę znaczeń. Stąd też Tabu to narracja dość osobliwa, prowadzona w gruncie rzeczy z męskiego punktu widzenia. Nadopowiadaczem jest czterdziestoletni facet, co to stracił pracę, siedzi w domu, stał się "gosposiem domowym", i aby do reszty nie zwariować, popija piwko oraz zabawia się w powieściopisarza. Najkrócej mówiąc, w Tabu Dunin skoncentrowała się na rozsadzaniu konwencji powieści dla dorastających dziewcząt; wyraźnie chciała skokietować tzw. szerszą (w tym zupełnie dorosłą) publiczność. Ta wielowektorowa, ambitna strategia ze wszech miar się sprawdziła - Tabu zostało dobrze przyjęte przez "normalną" krytykę literacką, znawcy literatury dla dzieci i młodzieży też pochwalili (np. za dyskretną polemikę z Małgorzatą Musierowicz), młodzieży licealnej rzecz się ponoć podobała w całej rozciągłości, no i w ogóle sukces! Jednym z dowodów owego sukcesu fakt, iż fragmenty Tabu trafiły do podręcznika języka polskiego dla I klasy gimnazjum, czyli utwór Dunin z miejsca stał się klasyką (Musierowicz na swą "klasyczność" długo pracowała, Dunin zdobyła ją jednym szturmem). Książka sprzed roku była chwalona za "uczciwość" w podejmowaniu tematów trudnych (z tytułowym tabu kazirodczym na czele), a przede wszystkim - co uważam za szczególnie ważnie - za ową uniwersalność, bo przecież Tabu to powieść nie tylko dla młodzieży...
  • Ludzie Smileya

    Piotr Gociek 2000-09-18

    Recenzja-www.latarnik.pl

    Od lat kibicuję kolejnym próbom przyswojenia językowi polskiemu książek Johna Le Carrégo (właściwie Davida Cornwella), i zaczynam sądzić, że ciąży nad tymi przedsięwzięciami jakieś fatum. O żadnym z nich nie można powiedzieć, żeby było udane. Tytuły dobierano chaotycznie (no, może poza serią Al Fine, konsekwentnie prezentującą późne powieści autora), sprzedaż słaba, a do Johna Le Carrégo przylgnęła etykietka znakomitego pisarza, którego wartość rynkowa jest w Polsce nikła (niektóre z wydań wciąż można znaleźć w księgarniach z tanią książką).

    Teraz do Johna Le Carrégo ponownie przymierzył się Amber: oto w ostatnich tygodniach do księgarń trafiła powieść Ludzie Smileya. George Smiley to jeden z ulubionych bohaterów tego autora. Po raz pierwszy pojawił się w powieściach Call for the Dead (1961) oraz Perfekcyjne morderstwo (1962), a następnie w Ze śmiertelnego zimna (1963) oraz w Wojnie w lustrze (1965). Wszędzie tam był bohaterem drugoplanowym, Le Carré trzymał jednak dla niego w zanadrzu wielką rolę. Lata siedemdziesiąte przyniosły bowiem opus magnum w twórczości pisarza: trylogię o Smileyu, zawierającą powieści Tinker, Taylor, Soldier, Spy (1974), The Honourable Schoolboy (1977) i wreszcie Ludzi Smileya (1980).

    Treścią trylogii są rozłożone na wiele lat zmagania między George'em Smileyem, asem brytyjskiego wywiadu, a niejakim Karlą - mistrzem wśród radzieckich szpiegów. Ich pojedynek nie ma jednak nic wspólnego z efektownymi scenami a la Bond. Cicha wojna rozgrywa się w archiwach, sekretnych mieszkaniach, punktach kontaktowych. Jej bohaterami nie są herosi z gadżetami w zegarkach, ale zwykli ludzie zwerbowani do współpracy szantażem, podstępem, pieniędzmi.

    W Ludziach Smileya brytyjski arcyszpieg wraca z emerytury, aby wyjaśnić sprawę zabójstwa jednego ze swoich starych agentów - emigranta z krajów nadbałtyckich. Nowe władze wywiadu nie chcą jednak prawdziwego śledztwa... Smiley ma posprzątać: najlepiej zamieść śmieci pod dywan, żeby obeszło się bez niepotrzebnego rozgłosu. Jego dochodzenie przyniesie jednak nieoczekiwane rezultaty - wpadnie na trop intrygi obejmującej zarówno jego starych przyjaciół i wrogów, jak i nowe osoby, wciągnięte w misterny, pożegnalny plan radzieckiego szpiega. Będzie to ostatni pojedynek Smileya z Karlą...

    Bez wątpienia Le Carré jest mistrzem intrygi: jedną sceną, ba, czasem jednym zdaniem potrafi zmylić czytelnika, by kilkadziesiąt stron dalej udowodnić mu, jak konsekwentnie zbudował kolejną pułapkę i jak naturalne wydaje się to z późniejszej perspektywy. Jest też mistrzem realiów. Sam za młodu zwerbowany przez Secret Service obficie korzysta z bogatego bagażu doświadczeń - poznał od podszewki powojenne Niemcy Zachodnie i stosowane przez ówczesny wywiad metody. Gdyby jednak na tym miały się kończyć zalety jego pisarstwa, nikt nie odważyłby się porównywać Le Carrégo z Grahamem Greenem i nazywać mistrzem brytyjskiej literatury. Za warstwą fabularną kryje się znacznie więcej: wielka metafora współczesnego świata, który ciężko zachorował na brak wartości, sensu - na brak dobra. Zdaniem niektórych krytyków Smiley jest tak popularną postacią, bo gra rolę ostatniego sprawiedliwego. Ludzie Smileya pokazują, że nie do końca. Bardzo pouczająca jest seria spotkań Smileya z jego byłymi agentami - ludźmi przegranymi, zniszczonymi, postaciami czasem sympatycznymi, czasem odrażającymi, ale zawsze tragicznymi. Przyszło im żyć w świecie, gdzie zło dotyka i niszczy wszystkich: i tych, którzy posługują się nim jako kontynuacją polityki (Sowieci), i tych, dla których jest "złem koniecznym" (Zachód). Co ciekawe, Le Carré nie zadaje pytania "czy warto". Pokazuje tylko, jak wielka jest cena...

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!