www.latarnik.pl

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 445

  • Królewna Śnieżka

    Jarosław Topolewski 2003-04-05

    Recenzja-www.latarnik.pl

    Zabawa w Śnieżki

    Każdy zna bajkę o królewnie Śnieżce. Krasnoludki, zła królowa, czarodziejskie zwierciadło i przemyślnie zatrute jabłko. Właśnie ta powszechna znajomość sprawia, że jesteśmy uwrażliwieni na przekształcenia wersji kanonicznej. Odejście od oryginału, obojętnie, czy za takowy uważamy baśń braci Grimm czy film Walta Disney'a, może sprawić niespodziankę. Zabawę w deformacje Śnieżki proponuje nam Donald Barthelme. Klasyk amerykańskiej prozy postmodernistycznej "przepisuje" znany schemat fabularny, obiecując czytelnikom wiele uciechy.

    Znacie - to posłuchajcie. W pewnym amerykańskim mieście żyje sobie siedmiu krasnoludków i jedna Śnieżka. Krasnoludki trudnią się zarabianiem pieniędzy, produkują odżywki dla dzieci i myją okna wieżowców. Śnieżka jest kurą domową. Trochę się nudzi, więc popada w feminizm: "I gdybym mogła dostać w swoje ręce człowieka, który nazwał futerał do broni białej pochwą!". Żarty na bok, Śnieżka jest zrozpaczona, gdyż świat zapewnił jej tylko siedmiu małych burżujów, a żadnego prawdziwego księcia. Dodajmy, że stosunki seksualne ósemki pozostawiają wiele do życzenia. Ta frustrująca sytuacja zmusza Śnieżkę do następującej konstatacji: "alienacja sięga wszędzie i przykrywa wszystko jak wielki szary koc elektryczny, który nie działa, nawet kiedy ustawi się włącznik w pozycji ?Włączone?!". W końcu pojawi się jednak jakiś książę, ale niestety będzie się trudnił głównie podglądactwem. Pojawi się też zła królowa, z alkoholem i donosami do urzędu podatkowego zamiast tradycyjnego poczęstunku. Jeden z krasnali zostanie powieszony. Czytelnik będzie mógł też zapoznać się z następującą ankietą: "Czy Śnieżka przypomina tę Śnieżkę, którą zapamiętałeś? Tak( ) Nie( )", "Czy w narracji jest zbyt wiele blagi? ( ) Czy za mało blagi? ( ).

    Hej ho, rozpadła się bajeczka. Nie ma szansy na happy end, pocieszenie czy przestrogę. Igraszki autora w końcu rozsadziły dobrze znaną narrację. Rozpad niesie ze sobą rodzaj postmodernistycznego morału. Niestety, trzeba przyznać, że dość banalnego: w świecie kultury masowej tradycyjne struktury narracyjne degenerują się. Elementy opowieści przestają do siebie pasować. Przez szczeliny ucieka wielowiekowe znaczenie. Baśń nikogo już nie oczyści i nie pouczy. Z mitu pozostała jedynie Dynastia. Ta smutna prawda nie robi już jednak należytego wrażenia. Trzeba przecież przyznać, że legion innych pisarzy przepisał i wywrócił na nice dużo owocniej niejeden mit. Donald Barthelme, znany do tej pory polskiemu czytelnikowi z wydanego w 1997 roku Daru, ma więc zadatki aby stać się przedmiotem studiów anglistycznych, a powstała w 1967 roku Królewna Śnieżka - postmodernistyczną ramotą.

    Na szczęście na tym jednak nie koniec. Do zabaw narracyjnych dorzućmy jeszcze gry językowe Barthelme'go. Autor żongluje brawurowo wieloma rejestrami i stylami. Szczególnie interesuje go językowe "pla, pla", rodzaj ozdobnego mówienia, które ma za zadanie przekazać jak najmniej treści przy użyciu jak największej liczy słów. Pociąga go też surrealistyczne wyolbrzymienie stylu urzędowego i naukowego. Jeden z cytowanych w posłowiu do Królewny Śnieżki krytyków nazwał tę książkę "cyrkiem językowym". I właśnie językowa akrobatyka sprawia, że warto w dalszym ciągu czytać Barthelme'go. Wiele osób podziela przecież pragnienie Śnieżki: "OCH, tak bym chciała, żeby istniały jakieś słowa oprócz tych, które słyszę codziennie!". Nie twierdzę, że Barthelme odnalazł te słowa, ale chociaż był na dobrym tropie.

  • Zaułki Mistrza Wolanda

    Wojciech  Pięciak 2000-11-21

    Recenzja-www.latarnik.pl - Osobiste portrety Rosji

    Kraj i język można poznawać na różne sposoby. Jeden z wybitnych polskich znawców Rosji, dziś człowiek mocno wiekowy, zwykł był mawiać (choć tylko w gronie prywatnym...), że z jego doświadczeń wynika, iż poznawanie takie najlepiej udaje się ,,poprzez łóżko". Istotnie, miłość może być silną motywacją; chyba także miłość bardziej platoniczna - do jakiegoś kraju, jego kultury, ,,duszy".

    Jakoś tak jest z Rosją i polskimi jej znawcami, że wielu z nich darzy kraj ten uczuciami, nawet jeżeli przychodzi im go krytykować, piętnować, a nawet się go bać. I niewątpliwie również w ostatniej książce Grzegorza Przebindy Zaułki Mistrza Wolanda widać emocje autora: od fascynacji po rozczarowanie.

    Przebinda (rocznik 1959) - filolog i historyk idei, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, ostatnio w funkcji dyrektora Instytutu Filologii Wschodniosłowiańskiej, a także członek redakcji wydawanego po rosyjsku w Warszawie pisma Nowaja Polsza, kolportowanego na terenie Rosji - jest jednym z niewielkiego bądź co bądź grona rusycystów-publicystów, którego nieformalnym liderem był zmarły trzy lata temu Andrzej Drawicz. Zaułki Mistrza Wolanda to piąta już jego książka. O ile poprzednie krążyły głównie wokół rosyjskiej filozofii Sołowjowa, Czernyszewskiego, Bierdiajewa (a także życia polityczno-kulturalnego - współtworzył on leksykon Kto jest kim w Rosji po 1917 roku), tym razem otrzymujemy zbiór form rozmaitych: szkiców, reportaży podróżnych, esejów, wywiadów i wspomnień z dwunastu lat, między rokiem 1987 a 1999. Opublikowane w tym czasie m.in. w Tygodniku Powszechnym i Rzeczpospolitej, teksty te zostały uporządkowane i poukładane w spójne bloki - choć warto zaznaczyć, że niektórym z nich, pisanym pod wpływem chwili, przydałaby się dzisiaj redakcja, podkreślająca dystans do wydarzeń.

    Co nie zmienia faktu, że całość składa na fascynujący portret kraju przeżywającego różne etapy czasów przełomu - nie tylko politycznego i gospodarczego, ale i kulturowego, by nie rzec cywilizacyjnego - oglądane z osobistej, polskiej perspektywy podróżnika. Te kolejne etapy są tym bardziej wyraziste, że odwiedzający regularnie Rosję Przebinda przyjeżdżał - celowo lub przypadkiem - w momentach zwrotnych, jak zapomniany już w Polsce szok cenowy po nieudanej (inaczej niż w Polsce) radykalnej reformie gospodarczej Gajdara z początku lat dziewięćdziesiątych, potem krwawe ,,rozwiązanie" przez wierne Jelcynowi wojsko konfliktu prezydenta z parlamentem albo wybuch wojny w Czeczenii w 1996 roku.

    Książkę tworzą więc reportaże z podróży (po kilka razy Moskwa i Petersburg, a także Niżnij Nowogród), dalej rozmowy z wybitnymi postaciami życia kulturalnego jak np. Irina Iłowajska-Alberti, Natalia Gorbaniewska, Bułat Okudżawa, szkice polityczne, eseje o rosyjskich dyskusjach intelektualnych lat dziewięćdziesiątych, a także pożegnania zmarłych, w tym szczególnie Andrzeja Drawicza. Szkoda zresztą, że wspomnienie o Drawiczu nie znalazło się zaraz na początku tego zbioru, bo wyjaśnia ono w znacznym stopniu, dlaczego Przebindzie - mówiąc trywialnie - chce się w ogóle jeździć do tego niezbyt w końcu atrakcyjnego kraju...

    Bowiem to Drawicz, który dla Przebindy był nauczycielem i mistrzem sprawił, że filologia rosyjska stała się dla kończącego studia 23-latka czymś więcej niż tylko zwyczajnym zawodem. Stało się to poniekąd przez przypadek - o ile w takich sytuacjach można mówić o przypadkach. W roku 1981 Przebinda, student rusycystyki UJ, przypadkowo wsiadł do tego samego pociągu relacji Kraków-Warszawa, którym jechał Drawicz. On wybierał się do Kielc (wtedy nie było jeszcze ekspresów Inter-City), Drawicz wracał do rodzinnej Warszawy z Krakowa, gdzie gościnnie wykładał na rusycystyce UJ...

  • Ziemia Święta. Zapiski z podróży

    Joanna  Rolińska 2000-11-15

    Recenzja-www.latarnik.pl

    To książka mówi wiele przede wszystkim o niebywałej erudycji autora, o jego pracowitości i rzetelności. Bizan na przełomie lat 1988-1998 podróżował wielokrotnie do Ziemi Świętej. Bywał tam jako człowiek ciekawy tego dziwnego świata - zlepka różnych kultur i siedliska trzech wielkich wyznań. Ale przede wszystkim podróżował jako pielgrzym i wyznawca Chrystusa.

    Odwołań do Biblii jest więc w Zapiskach z podróży mnóstwo. Autor przywołuje cytaty, skojarzenia. Należałoby właściwie czytać Bizana jednocześnie z Starym i Nowym Testamentem, żeby nie zgubić się w gąszczu informacji i spostrzeżeń i dokładną mapą Ziemi Świętej. Bizan jako historyk literatury, znawca polskiego romantyzmu zamieścił w książce sporo informacji na temat pobytów w Ziemi Świętej Słowackiego i Mickiewicza, szuka śladów tych pobytów w ich twórczości, między innymi w listach Słowackiego do matki. Jak się rzekło autor podróżuje po Ziemi Świętej z Biblią jako źródłem historycznym. Odwiedza wszystkie miejsca, o których wie, że bywał w nich Jan Chrzciciel, w tym w małej osadzie Ain Karen położonej nieopodal Jerozolimy, miejscu urodzin proroka. Nieopodal Ain Karen znajduje się górzyste pustkowie, gdzie Jan przygotowywał się do swojej misji. Miejsce to i dzisiaj jest oazą ciszy i spokoju. Mała świątynia i klasztor, przytulone do ściany skalnej, źródełko z małym stawem, nenufary, trzcina, ciemna grota z ołtarzem, być może niegdyś cela - świętego Jana. W sklepiku nieopodal można kupić miód, zioła i korzonki.

    ,,Nie ma tu nigdzie miejsc pustych i nieciekawych" - pisze Bizan. ,,Każdorazowy pobyt w Ziemi Świętej jest przyspieszonym kursem historii, historii sztuki, socjologii, polityki, geografii, archeologii, botaniki, a zwłaszcza historii Kościoła i lektur biblijnych". Autor opisuje Jerycho, jedno z najstarszych miast świata ze śladami sprzed dziesięciu tysięcy lat i Nazaret, miasto położone na zboczach górskich. Pisze o grocie Zwiastowania w sanktuarium Zwiastowania w Nazaret. ,,Z badań wynika, że grota mogła być dolną i tylną częścią domu Matki Bożej" - dodaje.

    Bizan dał książce trafny podtytuł: Zapiski z podróży, bo rzeczywiście nosi ona charakter notatek spisywanych na gorąco. Takie zapiski nie dają zwykle ogólnego obrazu, ale starają się utrwalić możliwie największą liczbę szczegółów. I trochę tak jest w przypadku książki Bizana. Imponuje erudycją i wiedzą, ale zalewa czytelnika nadmiarem wiadomości, spostrzeżeń, cytatów i skojarzeń. Dlatego mimo fascynującego tematu książka jest trudna, niekiedy wręcz nużąca w odbiorze.

    Autor pisze we wstępie o przygotowaniach do pierwszej wyprawy do Ziemii Świętej: ,,Czytałem relacje Chateaubrianda i Lamartine'a. Zaglądałem do wielkiego dzieła Ignacego Hołowińskiego. Czytałem też współczesne przewodniki. ,,Puste" jednak było to czytanie. Kłębiły się w głowie mury, świątynie, źródła, miejscowości, góry, pustynie, wąwozy, twierdze, a także ludzie i zdarzenia. Zrezygnowałem w końcu z czytania, z oglądania fotografii i rycin. Miałem przecież to wszystko zobaczyć, dotknąć tomaszową ręką - może przeżyć?".

    Czytanie książki Mariana Bizana również było ,,puste", mimo podziwu dla autora, jego wiedzy i pracy jaką wykonał. Możliwe jednak, że sięgnę po nią jeszcze raz po pierwszym pobycie w Ziemi Świętej.

  • Filozof-artysta

    Joanna Stryjczyk 2000-10-31

    Recenzja-www.latarnik.pl   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Niektórzy mają pewnie dość wiecznych powrotów do myśli Nietzschego i typowo francuskich lamentów nad represyjnością racjonalnego dyskursu - a zwłaszcza nad ujarzmianiem seksualności - którym towarzyszy gloryfikacja wszelkiego pluralizmu. Jednak książka Filozof-artysta niezbyt znanego paryskiego profesora estetyki zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ mimo pewnej tendencyjności korzystnie wyróżnia się na tle wypowiedzi największych gwiazd francuskiej myśli ponowoczesnej.

    Po pierwsze Vuarnet nawiązuje do Nietzschego w miejscu, w którym większość komentatorów interpretacje kończy, a które wyznacza propozycja twórczości opartej na dobrze rozumianym nihilizmie. Po drugie stara się wiarygodnie przedstawić historyczne próby sprzeciwu wobec ustaleń społecznych - objawiające się głównie w postaci "nowego" mówienia o sprawach erotycznych - jako oznaki ważnych zmian kulturowych. Po trzecie, śledząc różne wersje postawy filozofa-artysty i omawiając najbardziej radykalne świadectwa potrzeby zmiany języka, postuluje i realizuje własny model humanistyki. Podążając za pełniącymi funkcję motta wskazówkami Diltheya i Ricoeura, formułuje bowiem propozycję "dzisiejszej" (w roku 1977) wersji tego wzorca. W rezultacie odpowiada na pytanie Nietzschego z Poza dobrem i złem (Istniejąż dziś tacy filozofowie? [...] Nie muszą tacy filozofowie istnieć?) nie tylko historycznym przeglądem problemu, jakim jest nadążanie myślenia za aktualnością, ale także próbą odświeżenia metody hermeneutycznej.

    Postawa filozofa-artysty to w dużej mierze kwestia stylu. Myśliciel taki ma odwagę uznać prawdę indywidualnego doświadczenia i stwierdzić poznawczą nieprzydatność obowiązującego modelu absolutnej mądrości. Aby wyrazić swą jednostkowość, korzysta z różnych znanych mu poetyk, traktując racjonalny język nauki i filozofii akademickiej jako jeden z wielu możliwych sposobów ekspresji. Oczywiście Vuarnet pragnie uszanować autonomię historycznych przejawów tej postawy i aby nie zniwelować ich przez narzucenie jednej stylistyki, pozwala mówić różnym postaciom, "które ucieleśniają i sławią różnorodność". Deklaruje też, że będzie grał w tę samą grę, co jego bohaterowie, czyli postara się operować "nieczystym dyskursem". Oczywiście dla hermeneuty kwestia stylu ma wymiar etyczny: Vuarnet najwyraźniej chce być, jak Nietzsche, "wszystkimi imionami historii", rozumieć Giordana Bruna, markiza de Sade'a czy Kierkegaarda poprzez czułe i empatyczne traktowanie ich wypowiedzi.

    Dyskurs staje się nieczysty wówczas, gdy ktoś próbuje mówić różnymi poetykami. W tekstach Giordana Bruna zachodzą na siebie obszary nauki, sztuki i filozofii. Przestrzeń de Sade'a tworzą nakładające się na siebie wymiary nauki, fikcji i praktyki. Z kolei u Kierkegaarda filozoficzna fikcja miesza się z "religijnym dandyzmem". Nieczysta estetyka ma swoją etykę również w przypadku tych postaci, stylistyczną moralność określa bowiem charakterystyczny dla nowoczesności imperatyw przewidywania zjawisk społecznych lub uruchamiania dążeń rewolucyjnych. W tej perspektywie modernistą jest już Giordano Bruno ("barokowy ojciec nowoczesności"), którego opisy nieskończoności wszechświata dokonane poprzez połączenie najróżniejszych stylów stanowią zdaniem Vuarneta pierwszą science fiction, czyli antycypację antycypacji...

  • Ziemia Święta. Zapiski z podróży

    Joanna  Rolińska 2000-10-31

    Recenzja-www.latarnik.pl

    To książka mówi wiele przede wszystkim o niebywałej erudycji autora, o jego pracowitości i rzetelności. Bizan na przełomie lat 1988-1998 podróżował wielokrotnie do Ziemi Świętej. Bywał tam jako człowiek ciekawy tego dziwnego świata - zlepka różnych kultur i siedliska trzech wielkich wyznań. Ale przede wszystkim podróżował jako pielgrzym i wyznawca Chrystusa.

    Odwołań do Biblii jest więc w Zapiskach z podróży mnóstwo. Autor przywołuje cytaty, skojarzenia. Należałoby właściwie czytać Bizana jednocześnie z Starym i Nowym Testamentem, żeby nie zgubić się w gąszczu informacji i spostrzeżeń i dokładną mapą Ziemi Świętej. Bizan jako historyk literatury, znawca polskiego romantyzmu zamieścił w książce sporo informacji na temat pobytów w Ziemi Świętej Słowackiego i Mickiewicza, szuka śladów tych pobytów w ich twórczości, między innymi w listach Słowackiego do matki. Jak się rzekło autor podróżuje po Ziemi Świętej z Biblią jako źródłem historycznym. Odwiedza wszystkie miejsca, o których wie, że bywał w nich Jan Chrzciciel, w tym w małej osadzie Ain Karen położonej nieopodal Jerozolimy, miejscu urodzin proroka. Nieopodal Ain Karen znajduje się górzyste pustkowie, gdzie Jan przygotowywał się do swojej misji. Miejsce to i dzisiaj jest oazą ciszy i spokoju. Mała świątynia i klasztor, przytulone do ściany skalnej, źródełko z małym stawem, nenufary, trzcina, ciemna grota z ołtarzem, być może niegdyś cela - świętego Jana. W sklepiku nieopodal można kupić miód, zioła i korzonki.

    ,,Nie ma tu nigdzie miejsc pustych i nieciekawych" - pisze Bizan. ,,Każdorazowy pobyt w Ziemi Świętej jest przyspieszonym kursem historii, historii sztuki, socjologii, polityki, geografii, archeologii, botaniki, a zwłaszcza historii Kościoła i lektur biblijnych". Autor opisuje Jerycho, jedno z najstarszych miast świata ze śladami sprzed dziesięciu tysięcy lat i Nazaret, miasto położone na zboczach górskich. Pisze o grocie Zwiastowania w sanktuarium Zwiastowania w Nazaret. ,,Z badań wynika, że grota mogła być dolną i tylną częścią domu Matki Bożej" - dodaje.

    Bizan dał książce trafny podtytuł: Zapiski z podróży, bo rzeczywiście nosi ona charakter notatek spisywanych na gorąco. Takie zapiski nie dają zwykle ogólnego obrazu, ale starają się utrwalić możliwie największą liczbę szczegółów. I trochę tak jest w przypadku książki Bizana. Imponuje erudycją i wiedzą, ale zalewa czytelnika nadmiarem wiadomości, spostrzeżeń, cytatów i skojarzeń. Dlatego mimo fascynującego tematu książka jest trudna, niekiedy wręcz nużąca w odbiorze.

    Autor pisze we wstępie o przygotowaniach do pierwszej wyprawy do Ziemii Świętej: ,,Czytałem relacje Chateaubrianda i Lamartine'a. Zaglądałem do wielkiego dzieła Ignacego Hołowińskiego. Czytałem też współczesne przewodniki. ,,Puste" jednak było to czytanie. Kłębiły się w głowie mury, świątynie, źródła, miejscowości, góry, pustynie, wąwozy, twierdze, a także ludzie i zdarzenia. Zrezygnowałem w końcu z czytania, z oglądania fotografii i rycin. Miałem przecież to wszystko zobaczyć, dotknąć tomaszową ręką - może przeżyć?".

    Czytanie książki Mariana Bizana również było ,,puste", mimo podziwu dla autora, jego wiedzy i pracy jaką wykonał. Możliwe jednak, że sięgnę po nią jeszcze raz po pierwszym pobycie w Ziemi Świętej.

  • Normalne i patologiczne

    Paweł  Goźliński 2000-10-31

    Recenzja-www.latarnik.pl - W obronie choroby   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Starożytni greccy lekarze byli przekonani, że monarchia, czyli panowanie, przewaga jednej z energii działających w organizmie, jest przyczyną choroby. Zdrowie to isnomia, ład i harmonia splecionych elementów ciała i ducha. To ludzkie piękno, ideal, który terapia wciąż na nowo powinna przywracać.

    Książka Georgesa Canguilhema, będąca uzupełnioną wersją pracy doktorskiej francuskiego filozofa z lat czterdziestych, przede wszystkim demistyfikuje wszelkie ideały zdrowia, jakie majaczą u źródeł fizjologii i patologii. Zdrowie przestaje być kategorią absolutną i obiektywną, a choroba - zakłóceniem idealnej normy. Canguilhem swoje rozważania z pogranicza medydycyny i filozofii prowadzi też na gruzach teorii ontologicznej, w której choroba jest zjawiskiem obcym, złem narzucającym się naturze człowieka. "Patologiczne" i "normalne" tracą swoje osobne stanowiska i zaczynają się przenikać. Co nie znaczy, że stają się tym samym - przestrzega Canguilhem.

    Uczeń Gastona Bachelarda, nauczyciel Michela Foucalulta i promotor jego Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu - jakim cudem ktoś tak ważny w dziejach filozofii współczesnej mógł dotychczas wymykać się tłumaczom? A jednak Normalne i patologiczne to pierwsza książka Georgesa Canguilhema przetłumaczona na polski. Tytuł jest ścisłym odzwierciedleniem zawartości. To bowiem historia pojęć, oglądanych w kontekście koncepcji fizjologii i patologii, interesuje filozofa najbardziej, jest według niego kluczowa dla zrozumienia dziejów nauki i jej konfrontacji ze światem wartości. Sprzeczności w pojmowaniu tych pojęć interesują go w równym stopniu, co ukryte powinowactwa, elementy ciągłości ujawniające się niespodziewanie choćby w refleksji Kanta nad tym, co "szkolne" i "światowe", a zgodne z jego własnymi ustaleniami na temat tytułowych kategorii jego pracy.

    Historia normy to przecież zarazem historia szkoły i kliniki, a "normować, normalizować znaczy narzucać wymogi istnieniu tego, co zastane, którego wielość i różnorodność jawi się [...] jako coś nieokreślonego, nie tyle obcego, co wrogiego". Nawet marzenie o świecie bez norm ma normatywny charakter. Tak samo marzenie o absolutnym zdrowiu jest głosem z wnętrza choroby, jest normą krystalizującą się w tyglu patologii.

    Świat patologii i normy traktuje Canguilhem dynamicznie, jako element swoistej gry, w której "życie usiłuje wygrać ze śmiercią". Za Nietzschem mówi o człowieku jako o tym, który przede wszystkim ustanawia normy, który w aksjologicznie obojętny nurt życia projektuje świat wartości. To dlatego możliwe jest w rozumowaniu Canguilhema swoiste dowartościowanie patologii, która będąc już częścią życia, chociaż biegunowo odległą od błogosławionego stanu zdrowia, staje się też wyzwaniem. Zmusza do przekroczenia, do ustanowienia nowego ładu, nawet, mówiąc językiem Nietzschego "przewartościowania wszystkich wartości".

    Dlatego Canguilhem w pewnym momencie przestaje mówić o chorobie. Dochodząc w swoich rozważaniach aż do problemów genetyki, o których więcej można powiedzieć w języku teorii komunikacji niż fizjologii i patologii, wprowadza pojęcie błędu. To błąd zmusza do korekty, do podjęcia nowej gry o życie, o nowy, chociaż chwiejny, tego życia porządek.

    Canguilhem jest jednak przede wszystkim historykiem, ale tak jak jego mistrz i uczeń, nie wierzącym w obiektywizm ludzkiej wiedzy. Opisuje wiec nie ciągłość historii nauki, dochodzenia do jakiejś "wiedzy pewnej", ale przemiany naukowej ideologii Augusta Comte'a, który chorobę traktował jak swoisty eksperyment, w którym uzyskujemy wiedzę o tym, co "normalne", Claude'a Bernarda, który zacierał jakościową granicę między normą i choroba i Rene Leriche'a, który odebrał chorobę fizjologom i patologom i na powrót oddał chorym. Pokazuje, w jaki sposób usiłowali oni jednym spojrzeniem ogarnąć patologię i zdrowie, ułożyć z nich wzory absolutne. I dlaczego wpadali w pułapkę naukowych mitologii...

  • Prawo serii
    • Prawo serii
    • Grzegorz Wróblewski
    • (towar niedostępny)

    Jarosław  Klejnocki 2000-10-24

    Recenzja-www.latarnik.pl - Dobra forma

    Kiedy - z górą - cztery lata temu pisaliśmy z Jerzym Sosnowskim monografię tzw. "pokolenia bruLionu" (Chwilowe zawieszenia broni), przewidywaliśmy wówczas, że Grzegorz Wróblewski, jeden z weteranów kultowego niegdyś pisma, stanie się w przyszłości poetą równie ważnym, co Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło i Eugeniusz Tkaczyszyn - Dycki. Mówiliśmy wtedy nawet, prawda, że nie do końca poważnie, iż Wróblewski to "czwarty (młody) wieszcz". I oto pytanie - pomyliliśmy się czy nie?

    Dwaj pierwsi z tej listy mają już swe miejsce na Parnasie (choć jakieś zawistne indywidua wciąż fakt ten kontestują), trzeci miejsce to właśnie oswaja (ale opóźnienie widziałbym raczej w indolencji krytyków). Co się jednak dzieje z Wróblewskim?

    Trzeci tom wierszy - Dolinę królów - wydał (mieszkający na stałe w Danii od piętnastu lat) autor słynnej Ciamkowatości życia w nieco peryferyjnym wydawnictwie białostockiego pisma "Kartki". Przeszła ta książka raczej bez echa, a jeśli już jakieś echa były, to raczej pełne rozczarowania. Morał: żeby coś w Polsce znaczyć - trzeba wydawać książki w prestiżowych oficynach. Jeśli jesteś prozaikiem - opublikuj koniecznie powieść (lub zbiór opowiadań - jak Adam Wiedemann) w WAB (już oni zajmą się odpowiednią propagandą), jeśli jesteś poetą - postaraj się wydać wiersze w "Znaku", "Czytelniku" lub ostatecznie "Zielonej Sowie", której akcje sukcesywnie rosną.

    Prawda też, że mieszane reakcje wokół Doliny królów były uzasadnione. Jakoś zagubił nam się wówczas nasz mistrz portretowania szczegółów życia. A kolejnej książki - Symbiozy - prawie że nie zauważono (kto to opublikował?). W każdym razie ja nie zauważyłem, a to coś znaczy, bo ja akurat zauważam wiele.

    Teraz dobra wiadomość: Wróblewski wraca w swej nowej książce do dawnej formy. Jego siłą była zawsze umiejętność zastosowania dyskretnej poetyki haiku do oddania rozmaitych aspektów naszego codziennego bytowania. Haiku sięga, zgodnie z regułami ZEN, po wielką metaforę, której kształty tkwią nawet w najbardziej trywialnych przejawach egzystencji (obserwacjach, doznaniach). W klasycznym haiku emocje zostają odcedzone w procesie werbalizacji - czyli słownego nazywania rzeczy (desygnatów, fenomenów - jak kto woli). U Wróblewskiego przejrzystość (transparentność) emocjonalna wierszy nie ma chyba wiele wspólnego ze wschodnią filozofią (czy religijnością); to raczej zastosowanie oryginalnej wschodniej poetyki do oddania rozrzedzonej i rozmytej uczuciowo atmosfery społeczeństw zachodniej Europy. Wróblewski przynosi nam w swych ostatnich tekstach portret zachodniego świata, w którym już się nie ocenia (postaw, zachowań, etc.) tylko co najwyżej rejestruje. Krótkie, jakby pozbawione wszelkich epitetów, wiersze przypominają fotografie: ujęcia fragmentów rzeczywistości, wycinki z kalendarium życia. Raz dziwaczne, raz (pozornie) zwyczajne. Poeta, zdaniem autora "Prawa serii", to trochę kronikarz teraźniejszości, pozostający, prawem wyboru, poza sferą ocen i interpretacji.

    Dlatego, kiedy czytałem Prawo serii przyszły mi na myśl ujęcia z filmu Dym Wanga (według scenariusza Paula Austera), kiedy główny bohater, zwyczajny mieszkaniec Brooklynu, codziennie rano - wciąż o tej samej porze - fotografuje to samo, niczym nie wyróżniające się od innych, skrzyżowanie ulic. Ze swych zdjęć układa mozaikę codzienności. Natomiast metaforyzacja znaczeń tych widoków należy już tylko do nas. I taka jest też wielka metafora dzisiejszego uczestnictwa w tworzeniu kultury. Wróblewski chce być, zdaje się, jedynie (i aż) dostarczycielem materiału dla tego procederu. Może to, w obecnych czasach, wystarczy, by zostać wieszczem?

  • Mengele. Polowanie na anioła śmierci

    Szymon  Kozielski 2000-10-23

    Recenzja-www.latarnik.pl - O zabijaniu i uciekaniu   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Książka Geralda L. Posnera i Johna Ware'a Mengele, polowanie na anioła śmierci ma znakomitą poprzedniczkę, legendarną już pracę Hannah Arendt pod tytułem Eichman w Jerozolimie.

    O ile jednak książka Hannah Arendt ma zacięcie filozoficzne, o tyle Mengele jest próbą zaszkicowania całościowej biografii - od urodzin, młodości, studiów medycznych, po ucieczkę do Ameryki Południowej, gdzie Mengele przeżył jeszcze przeszło trzydzieści lat. Podtytuł książki Polowanie na anioła śmierci skazuje, że autorów interesuje głównie historia poszukiwań osławionego doktora z Auschwitz, po drugie zaś brzmi cokolwiek grafomańsko. Nic bardziej błędnego: książka jako się rzekło jest wyczerpującą biografię Mengelego i stanowi - wbrew tytułowi - solidny przykład pracy historyka.

    Napisanie tej pracy możliwe było po dotarciu do blisko pięciu tysięcy stron listów i prywatnych zapisków autobiogeraficznych, jakie Josef Mengele prowadził od 1960 roku. Część z nich, idzie głównie o listy wysyłane do rodziny w Niemczech, zostały przez krewnych Mengelego spalone.

    Praca amerykańskich historyków ma oczywiście mankamenty i nie są to zarzuty wobec rzetelności historycznej, ta pozostaje bez zarzutu, ale o ambicje literackie obu autorów. Książka została mianowicie wyposażona we fragmenty, by tak rzec, fabularyzowane. Obok ciekawych informacji popartych źródłami czytamy obszerne niby-reporterskie relacje na przykład z tajnych spotkań Josefa Mengele z synem Rolfem.

    Josef Mengele skończył studia medyczne na uniwersytecie we Frankfurcie w 1938 roku. W pracy dyplomowej o wrodzonych wadach serca wykrywanych za pomocą promieni X Roentgena pisał o jednym z prekursorów tej metody: "niestety autor nie skorzystał z możliwości zweryfikowania swoich diagnoz za pomocą autopsji". Zaczął pracować w SS w nadzorze medycznym obozów zagłady, później skierowano go na front wschodni, wreszcie w maju 1943 roku skierowny został do pracy w Auschwitz.

    Chociaż, nazwijmy to, badania medyczne, które prowadził doktor Josef Mengele na terenie obozów zagłady zostały dość dokładnie opisane i stały się nawet - nie bez słuszności - symbolem Holocaustu, jego postać została po wojnie owiana pewną dodatkową upiorną legendą nie związaną już z jego morderczymi działaniami w Auschwitz. Oto diabeł wcielony, człowiek o nadludzkich wprost możliwościach żyje nadal gdzieś w Ameryce Południowej. O tych diabelskich mocach świadczyć miały liczne zasadzki, z których Mengele zawsz wychodził cało, tajne akcje, które zawsze kończyły się niepowodzeniem, agenci Mossadu, którym nigdy nie udało się wpaść na trop mordercy. W rzeczywistości, chociaż Mengele pozostawał na wolności, jego życie nie było efektowne i nie obfitowało w efektowne ucieczki, pościgi i walki. Było raczej mozolną ucieczką przez całe życie, szukaniem bezpiecznej kryjówki, jakie prowadzi osaczony szczur.

    Josefa Mengele - jak się rzekło - nigdy nie udało się skazać ani schwytać za zbrodnie, które popełnił w czasie wojny. To zawsze zły sygnał dla społeczności międzynarodowej. Co jednak może nawet i gorsze, nie udało się - jak piszą Posner i Ware - zbadać i zrozumieć umysł człowieka, który był prawdziwym wcieleniem zła.

  • Mózg emocjonalny

    Piotr  Szarota 2000-10-17

    Recenzja-www.latarnik.pl - Śliski i pofałdowany   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    "Mózg - szerszy jest niż niebo" - pisała Emily Dickinson. Jej fascynację podziela profesor Joseph LeDoux, autor wydanej niedawno książki Mózg emocjonalny. "Mój ojciec był rzeźnikiem - wspomina profesor - już w bardzo młodym wieku dowiedziałem się jak wygląda wnętrze krowy, a częścią, która zaciekawiła mnie najbardziej, był śliski, pofałdowany mózg". I tak to się zaczęło. Pierwszym mózgiem, nad którym przyszło mu eksperymentować był jednak mózg szczura.

    Nazwisko autora powinno być dobrze znane czytelnikom bestselleru Inteligencja emocjonalna Daniela Golemana. "Badania LeDoux - pisał Goleman - stanowią jedno z najbardziej doniosłych odkryć ostatniej dekady. Mają przełomowe znaczenie dla zrozumienia życia emocjonalnego, ponieważ jako pierwsze ukazują drogi nerwowe uczuć omijające nową korę [...] Odkrycie tego połączenia w dużym stopniu wyjaśnia, dlaczego emocje biorą często górę nad rozsądkiem". Rzeczywiście, gdyby nie LeDoux, książka Golemana nie mogłaby powstać.

    Trzeba jednak lojalnie uprzedzić, że Mózg emocjonalny to lektura trudniejsza niż Inteligencja emocjonalna. Już tytuł wywoływać może pewne onieśmielenie. Zdawał sobie z tego sprawę wydawca, który przezornie opatrzył pracę LeDoux chwytliwym podtytułem: Tajemnicze podstawy życia emocjonalnego. "Tajemniczość" jest kategorią względną, przyznać jednak muszę, że moim zdaniem jest to książka bardziej fascynująca niż bestseller Golemana. I to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to wiedza z pierwszej ręki. Widać w niej pochłoniętego problemem badacza, a nie tylko sprawnego popularyzatora. Po drugie, LeDoux przyjmuje szerszą perspektywę. Goleman pozostaje psychologiem czerpiącym nieśmiało z odkryć neurologii, LeDoux jest zarówno znakomitym neurologiem i neurofizjologiem, jak i doskonałym znawcą psychologii. Jego erudycja jest niekiedy zdumiewająca.

    Fakt, że Mózg emocjonalny wymaga ze strony czytelnika odrobiny merytorycznego przygotowania i pewnej dozy wytrwałości nie oznacza, że jest to profesorska piła. LeDoux nie przytłacza swoją erudycją, opowiada znakomicie: prosto, dowcipnie i obrazowo. "Szczury z uszkodzeniami kory - pisze - zachowywały się jak gdyby były bateriami Energizer - ich reakcje ani trochę nie słabły, nie mówiąc już o zaniknięciu..." Lubi też od czasu do czasu pochwalić się znajomością historii muzyki rockowej i filmu, co nie zdarza się zbyt często u polskich uczonych. Jeden z rozdziałów zatytułował What's love got to do with it? na pamiątkę przeboju Tiny Turner, mottem do kolejnego jest cytat z filmu Woody Allena.

    Wśród kilku rozwijanych w książce wątków na wyróżnienie zasługuje kwestia przechowywania w mózgu, a konkretnie w ciele migdałowatym, wspomnień o intensywnych przeżyciach emocjonalnych. LeDoux potwierdza tutaj genialne intuicje Freuda. Pierwsze lata życia to dla dziecka okres najbardziej istotnej nauki emocjonalnej, który ma potężny wpływ na całe późniejsze życie człowieka. Problem w tym, że dostęp do tych dziecięcych nauk jest ogromnie utrudniony, są to bowiem nie ujęte w słowa, "z grubsza naszkicowane" schematy reakcji emocjonalnych. Jak pisze LeDoux - "Emocje trudno jest opisać słowami . Rozgrywają się one w jakiejś przestrzeni psychicznej i neuronalnej, do której niełatwo dostać się ze świadomości. Dlatego właśnie gabinety psychiatrów i psychologów są stale pełne." Święte słowa.

  • Im dojrzalsi, tym młodsi

    Justyna  Sobolewska 2000-10-17

    Recenzja-www.latarnik.pl - Wesołe jest życie staruszka

    Tytuł książki Hessego kojarzy się z poradnikami typu: "Jak być szczęśliwym w starości", "Dobra starość", jednak nie ma z nimi nic wspólnego.

    Ta książka to portret starego Hessego złożony z jego notatek, wierszy (wydają się jednak nienajlepsze i prawdopodobnie nie jest tylko to kwestia tłumaczenia) oraz ze zdjęć robionych przez jednego z synów Hessego. Portret ten jest na tyle sugestywny, że chciałoby się znaleźć w miejscach, o których pisze, w jego ogrodzie, w wiosce, w której miał dom. A nawet, choć brzmi to może dziwnie, chciałoby się od razu mieć tyle lat, co on i wreszcie patrzeć z dystansem na "teatr życia", który wtedy już nie jest tak zajmujący. Rozmaite wspomnienia i komentarze Hessego pojawiały się ostatnio w "Odrze", np. piękne wspomnienie o jego bracie. Ta książka o starości wygląda na bardzo osobistą, ale tylko pozornie. Można mieć wręcz wrażenie, że Hesse, zamiast pisać o sobie, stworzył bohatera - starego pisarza (widzimy go na zdjęciach), by ten fikcyjny bohater opowiadał nam o starości. Dystans między Hessem autorem, a Hessem bohaterem dodatkowo frapuje, przyciąga uwagę czytelnika.

    Hesse należy do tych pisarzy, których nie sposób streszczać, bo ich myśli ocierają się wtedy o banał, choć wcale banalne nie są. Książka Im dojrzalsi tym młodsi składa się z fragmentów prozy, aforyzmów, które mogłyby być rodzajem "złotych myśli" sławnego pisarza. Jednak obraz mędrca, który w "jesieni życia" dzieli się z czytelnikiem przemyśleniami - zupełnie nie pasuje do tej książki. W dużej mierze za sprawą zdjęć, na których Hesse, pan o bystrym, wesołym spojrzeniu, np. kopie grządkę z pomidorami. Zamiast starego mistrza widzimy raczej jednego z bohaterów Hessego, może Harry'ego, czyli wilka stepowego? Kogoś, kto w młodości był niespokojnym duchem, zajętym badaniem własnego wnętrza, jednak z czasem uwolnił się od rozmaitych "demonów" własnej osobowości. W powieści Wilk stepowy Harry w teatrze magicznym przeżył stan, który prawdopodobnie należy do doświadczenia starości: zobaczył, że to co nazywał do tej pory swoją osobowością - jest w gruncie rzeczy iluzją, jedynie etapem przemiany wewnętrznej. A celem staje się niejako wyzbycie się własnej osobowości, uznanie jej za maskę.

    Stary Hesse pisze: "Tęsknotą i obowiązkiem człowieka młodego jest stawać się , a zadaniem człowieka dojrzałego jest oddać się, czy też jak nazywali to niemieccy mistycy, wyzuć się z siebie samego". Stary człowiek patrzy na młodych i myśli, jakie to szczęście, że wszystko to ma już za sobą . Już nie musi traktować siebie całkiem serio i może się śmiać z tego, jaki jest i jaki był. Stary człowiek już zrozumiał, że osobowość jest tylko jakąś grą wyobrażeń, grą świadomości.

    Jaka jest więc starość według Hessego? Oczywiście jest bogatsza od młodości. Hesse mówi, że jego zawodem jest patrzenie. Jest obserwatorem wcale nie dlatego, że jest pisarzem, ale dlatego, że jest starym człowiekiem. "Patrzenie, przyglądanie się, kontemplacja coraz bardziej stają się nawykiem, ćwiczeniem, aż postawa obserwatora i nastrój kontemplacyjny niepostrzeżenie przenikną całe nasze zachowanie". Hesse opisuje momenty, kiedy ulegał zapatrzeniu i nie były to bynajmniej chwile bezmyślności. Podobną wizję starości, która dodaje dodatkowy wymiar życiu - opisywał wielokrotnie Miłosz, ostatnio w tomiku To.

    "(...) Zmieniony w samo patrzenie , będę dalej pochłaniał proporcje
    ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie,
    całą niepojętą, niepojętą mnogość widzialnych rzeczy".
    (Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky ...)

    Miłosz mógłby w sposób podobny do Hessego opisać wizytę u staruszki Niny, podobnie być może dostrzegłby w niej piękną, choć prawie już stuletnią kobietę. "Jaka szkoda Nino, że urodziłaś się o czterdzieści lat za wcześnie". Hesse widzi, że Nina, choć przypomina raczej starą wiedźmę, ma postawę i rysy królewskie...

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!