Gazeta Wyborcza

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 712

  • Wodna zieleń
    • Wodna zieleń
    • Marisa Madieri
    • cena: 18,49 zł
    • (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)

    Jarosław Mikołajewski 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)


    Za każdym razem, kiedy mieliśmy okazję rozmawiać i kiedy pytałem go, co wydaje i pisze, Claudio Magris, odpowiadał zdawkowo. Dla niego liczyło się co innego: "Najważniejsze, żeby wyszła w końcu książka Marisy... Książka Marisy wyszła właśnie w Hiszpanii... Książka Marisy ma w Hiszpanii drugie wydanie...".
    Słuchałem tego jednym uchem, dopowiadając sobie w duchu, że w jego przejęciu książką żony zmarłej w 1996 r. jest coś z długu pamięci, może jakiś ciąg dalszy życiowej rozmowy. "Hiszpański sukces? - dopowiadałem sobie w myślach. - Nic dziwnego, przy pozycji, jaką ma Claudio".
    Aż wreszcie książka Marisy wyszła po polsku i mam okazję przeprosić Magrisa za bagatelizowanie jego zachwytu. Bo otrzymaliśmy rzecz piękną i ważną, docierającą do miejsca, do którego literatura dociera rzadko - na skrzyżowaniu liryki i małej epiki, osobistego przeżycia oraz historii, pamięci i form jej przetrwania w życiu bieżącym.
    Książka Marisy Madieri jest wspomnieniową prozą w formie dziennika spisywanego między listopadem 1981 a listopadem 1984 r. Powieścią bez fikcji, zbudowaną z postaci i miejsc, które dla autorki i bohaterki w jednej osobie były ważne w okresie dzieciństwa i dojrzewania w tym dziwnym i rzadko opisywanym miejscu, jakim było i jest miasto dwojga imion Fiume i Rijeka. W czasie, kiedy na dorastaniu Marisy nakładała się historia - wojna na samej granicy dwóch światów, powojenne przejście dawnych ziem włoskich do Jugosławii i jej przesiedlenie do Triestu, miejsca, gdzie zaczęła się później wspólna historia Marisy i Claudia i gdzie trwała do 1996 r., do jej śmierci.
    Jest książka Marisy Madieri lirycznym rewersem prozy Magrisa, jedwabną podszewką świata, w którym trwają jego bohaterowie. Bohaterowie powieści Magrisa i postaci jego książek eseistycznych poddawani są szaleńczej potrzebie wyrywania się z miejsca w którym się urodzili i z czasu, który przeżywają. Szukają jakiegoś "dalej" i "kiedyś", by powrócić okaleczeni do "tu" i do "teraz", gdzie często czeka ich zapomnienie, ale i sama pełnia doznawania - patrzenie, słuchanie, trwanie.
    Marisa pozwala teraźniejszości przepływać przez siebie, pozostawiając sobie zadanie zszywania przeszłości z obecnością, pięknym precyzyjnym wspominaniem. Rozumiejąc, że naszym życiem są ci, którzy byli na naszej drodze i kochali nas, "będąc blisko i wspierając nas po bratersku".
    Piękna książka, piękny przekład.
  • Dorota Jarecka 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)


    Wcześniej teorię feministyczną i gender wykorzystała w swojej książce o sztuce polskiej lat 90. "Ciało i władza" Izabela Kowalczyk. Kilka lat temu Galeria Bielska BWA wydała zbiór tekstów po serii tam się odbywających wystaw, w 1996 i 2001 r. pt. "Kobieta o Kobiecie".
    Wszystkie te przedsięwzięcia, łącznie z wydanym w zeszłym roku też przez Galerię Bielską zbiorem tekstów wybitnej polskiej artystki feministycznej Natalii Lach-Lachowicz, są częścią wielkiego remanentu. Sztuka kobiet to w Polsce wciąż dziedzina zaniedbana. Często bardziej są nią zainteresowani ludzie za granicą niż u nas.
    W 2003 r. dwie ważne wystawy polskiej sztuki kobiet odbyły się na Zachodzie - jedna w Nowym Jorku, druga w Berlinie. Katalog interesującej polskiej artystki Ewy Partum, w tej chwili działającej w Niemczech, ale ważnej dla polskiej sztuki lat 70., ukazał się ostatnio po niemiecku i angielsku z okazji jej wystawy w Kunstverein w Karlsruhe. O pomyśle, by jej twórczość pokazać w Polsce, jakoś nie słychać.
    Rozproszone fakty, wiadomości, dokumenty, katalogi i teksty wystarczyło tylko zebrać i pokazać na nowo. To się udało Agacie Jakubowskiej. Ale to nie jest katalog dzieł i postaw. To jest książka z konsekwentnie przeprowadzonym zamierzeniem, by dla sztuki kobiet, którą autorka uważa za odrębną od twórczości mężczyzn, znaleźć również odrębny język opisu.
    Jej starania polegają na nieustannym cieniowaniu znaczeń, ostrzeniu słów, przyginaniu znanego nam języka, by wyraził to, do czego wyrażania nie jest przyzwyczajony. Dla mnie sensacyjnym tekstem jest rozdział o Teresie Murak, słynnej ze swoich akcji siania rzeżuchy i innych roślin. Autorce udaje się dotrzeć do sensu tej sztuki właśnie przez położenie nacisku na to, co zazwyczaj uchodzi uwadze badaczy, którzy koncentrują się na tym, co postrzegają wzrokiem. A sztuki Murak do obrazu sprowadzić nie można, bo wtedy gubi się to, co w niej najważniejsze - dotyk. W akcjach Murak najistotniejszy jest kontakt fizyczny między rośliną a ciałem artystki - moment, w którym rzeżucha zasiana na koszuli z gazy rośnie szybciej, kiedy styka się z ciałem artystki, i moment, w którym artystka czuje na swojej skórze łaskotanie rosnących korzeni.
    Druga swoistość (i wartość) tego myślenia polega na zastosowanej w książce filozofii sztuki. Otóż Jakubowska uniknęła szczęśliwie historycyzmu właściwego propagatorom nowej sztuki, którzy przyznając wysokie miejsce temu, co nowe, jednocześnie muszą, bo taka jest od Hegla logika dziejów, zepchnąć na niższe stopnie rozwoju to, co było w sztuce wcześniej. Jakubowska czyni wielki wysiłek, by odejść od ślepego progresywizmu, moim zdaniem zwieńczony sukcesem.
    Bo zaletą tej książki jest właśnie to, że pokazuje ciągłość sztuki kobiet w Polsce od Aliny Szapocznikow, przez Natalię Lach-Lachowicz i Ewę Kuryluk, do Joanny Rajkowskiej i Katarzyny Kozyry.
  • Niech bestia zdycha

    Jacek Szczerba 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza   (1 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)


    Ojciec Daniela Day-Lewisa pisał stylowe dreszczowce pod pseudonimem Nicholas Blake. Warto sięgnąć po jego "Niech bestia zdycha" i "Splątaną sieć". To klasyka kryminału

    W pierwszej z tych powieści (1938) pirat drogowy zabija syna autora kryminałów Franka Crainesa, zresztą wdowca. Ten na własną rękę tropi mordercę, który uciekł z miejsca wypadku.
    Książka ma ciekawą trójdzielną konstrukcję. Otwiera ją dziennik Crainesa, potem jest próba wymierzenia sprawiedliwości opisana w trzeciej osobie przez wszystkowiedzącego narratora, aż pojawia się detektyw Nigel Strangeways, by odkryć, kto tu naprawdę jest zbrodniarzem.
    W "Splątanej sieci" z 1956 r. spotykamy Daisy Bland, śliczne dziewczę ze wsi, które zakochuje się londyńskim złodzieju Hugo Chestermanie. Ów obiecuje jej, że wróci na dobrą drogę (tym bardziej że Daisy spodziewa się dziecka), ale gdy w nadmorskim Southbourne połakomi się na biżuterię rumuńskiej arystokratki, zginie tamtejszy komisarz policji.
    Tu narracja posuwa się dwiema ścieżkami - jedną są dzieje Daisy, drugą - śledztwo w sprawie śmierci policjanta.
    Kryminały Blake'a kładą nacisk na dwuznaczności natury moralnej. Craines, z "Niech bestia zdycha", by zbliżyć się do mordercy, uwodzi siostrę jego żony, a ta zakochuje się w nim naprawdę.
    W "Splątanej sieci" przyjaciel bohaterów denuncjuje ich - niby dla ich dobra, ale w gruncie rzeczy dla przyjemności, jaką daje mu władza nad nimi.
    "Niech bestia zdycha" odniosła większy sukces. W 1987 r. krytyk i pisarz H.R.F. Keating umieścił ją w setce najlepszych kryminałów wszech czasów. Antologie kryminałów cytują zwłaszcza jej początek: "Mam zamiar zabić człowieka. Nie znam jego nazwiska, nie wiem, gdzie mieszka, nie mam pojęcia, jak wygląda. Jednak zamierzam go znaleźć i zabić".
    W 1969 r. "Niech bestia zdycha" sfilmował Claude Chabrol, przenosząc akcję do północnej Francji. Narratorem przez cały film jest Craines (Michel Duchaussoy). Detektyw Strangeways wypadł ze scenariusza.
    Nicholas Blake to pseudonim Cecila Day-Lewisa (1905-72), syna anglikańskiego duchownego rodem z Irlandii. Gdy miał trzy lata, stracił matkę. Razem z ojcem przeniósł się do Londynu.
    Studiował w Oksfordzie. W 1937 r. wstąpił do partii komunistycznej i walnął odę "Na dwudziestą rocznicę Władzy Radzieckiej". Potem mu to przeszło. W czasie wojny pracował w Ministerstwie Informacji. Kryminały zaczął pisać w 1935 r., bo potrzebował forsy na naprawę dachu swego domu.
    W 1928 r. poślubił Mary King - co podsumował później zdaniem "Ożeń się szybko, a będziesz żałował powoli". Z drugą żoną - aktorką Jill Balcon (ślub w 1951 r.) miał syna Daniela Day-Lewisa (ur. 1957), aktora nagrodzonego Oscarem za "Moją lewą stopę".
    O jego życiu zdecydowała poezja - wykładał ją w Oksfordzie (1951-56), ale przede wszystkim pisał. Sławił zwłaszcza życie na łonie natury - nie przypadkiem przełożył (1940) "Georgiki" Wergiliusza. Za mistrza miał jednak Thomasa Hardy'ego; kazał się pochować w pobliżu jego grobu. W 1968 r., po śmierci Johna Masefielda, Elżbieta II przyznała mu dożywotni tytuł Poety Laureata. Laureat (wybiera się go od 1668 r.) ma za stałą pensję ujmować poetycko najważniejsze wydarzenia z życia dworu.
    Czy w kryminałach Day-Lewisa są ślady poezji? Służę przykładem: "W ogródkach barwne płatki astrów wirowały jak dziecięce wiatraczki, a obłoki - jakby jakiś korek uliczny na niebie wreszcie się rozładował - toczyły się radośnie po nieboskłonie".
    16 z 20 książek Blake'a opowiada o Nigelu Strangewaysie: "Niech bestia zdycha" jest czwartą z nich; w 1971 r. wyszła po polsku ostatnia - "Nazajutrz po śmierci" (1966).
    Strangeways jest stylizowany na poetę W.H. Audena, z którym Day-Lewis przyjaźnił się na studiach: "Widział wysokiego kanciastego mężczyznę mającego niewiele ponad 30 lat. Ubrany był niechlujnie, włosy miał potargane. Wyglądał, jakby właśnie został wyrwany z niespokojnej drzemki w poczekalni kolejowej. Miał bladą i lekko obwisłą twarz, ale jej dziwnie niedojrzałe rysy kontrastowały z inteligentnymi jasnoniebieskimi oczami (...) Odnosiło się wrażenie, że są w stanie ocenić każde zdarzenie pod słońcem".
    Strangeways żeni się z uroczą podróżniczką Georgią Cavendish, co wcale nie przeszkadza Blake'owi napisać: "Kobiety! Zawsze zadają retoryczne pytania, ale oczekują odpowiedzi". Po wojnie Strangeways jest już wdowcem.
    Kryminały Blake'a pełne są literackich aluzji, np. tytuł "Niech bestia zdycha" odwołuje się do Biblii (Księga Koheleta). Na szczęście nie czyni to ich nabzdyczonymi, autor ma bowiem bezkompromisowe poczucie humoru: "Wędka jest to kij z haczykiem na jednym końcu i durniem na drugim".
  • Splątana sieć

    Jacek Szczerba 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza


    Ojciec Daniela Day-Lewisa pisał stylowe dreszczowce pod pseudonimem Nicholas Blake. Warto sięgnąć po jego "Niech bestia zdycha" i "Splątaną sieć". To klasyka kryminału

    W pierwszej z tych powieści (1938) pirat drogowy zabija syna autora kryminałów Franka Crainesa, zresztą wdowca. Ten na własną rękę tropi mordercę, który uciekł z miejsca wypadku.
    Książka ma ciekawą trójdzielną konstrukcję. Otwiera ją dziennik Crainesa, potem jest próba wymierzenia sprawiedliwości opisana w trzeciej osobie przez wszystkowiedzącego narratora, aż pojawia się detektyw Nigel Strangeways, by odkryć, kto tu naprawdę jest zbrodniarzem.
    W "Splątanej sieci" z 1956 r. spotykamy Daisy Bland, śliczne dziewczę ze wsi, które zakochuje się londyńskim złodzieju Hugo Chestermanie. Ów obiecuje jej, że wróci na dobrą drogę (tym bardziej że Daisy spodziewa się dziecka), ale gdy w nadmorskim Southbourne połakomi się na biżuterię rumuńskiej arystokratki, zginie tamtejszy komisarz policji.
    Tu narracja posuwa się dwiema ścieżkami - jedną są dzieje Daisy, drugą - śledztwo w sprawie śmierci policjanta.
    Kryminały Blake'a kładą nacisk na dwuznaczności natury moralnej. Craines, z "Niech bestia zdycha", by zbliżyć się do mordercy, uwodzi siostrę jego żony, a ta zakochuje się w nim naprawdę.
    W "Splątanej sieci" przyjaciel bohaterów denuncjuje ich - niby dla ich dobra, ale w gruncie rzeczy dla przyjemności, jaką daje mu władza nad nimi.
    "Niech bestia zdycha" odniosła większy sukces. W 1987 r. krytyk i pisarz H.R.F. Keating umieścił ją w setce najlepszych kryminałów wszech czasów. Antologie kryminałów cytują zwłaszcza jej początek: "Mam zamiar zabić człowieka. Nie znam jego nazwiska, nie wiem, gdzie mieszka, nie mam pojęcia, jak wygląda. Jednak zamierzam go znaleźć i zabić".
    W 1969 r. "Niech bestia zdycha" sfilmował Claude Chabrol, przenosząc akcję do północnej Francji. Narratorem przez cały film jest Craines (Michel Duchaussoy). Detektyw Strangeways wypadł ze scenariusza.
    Nicholas Blake to pseudonim Cecila Day-Lewisa (1905-72), syna anglikańskiego duchownego rodem z Irlandii. Gdy miał trzy lata, stracił matkę. Razem z ojcem przeniósł się do Londynu.
    Studiował w Oksfordzie. W 1937 r. wstąpił do partii komunistycznej i walnął odę "Na dwudziestą rocznicę Władzy Radzieckiej". Potem mu to przeszło. W czasie wojny pracował w Ministerstwie Informacji. Kryminały zaczął pisać w 1935 r., bo potrzebował forsy na naprawę dachu swego domu.
    W 1928 r. poślubił Mary King - co podsumował później zdaniem "Ożeń się szybko, a będziesz żałował powoli". Z drugą żoną - aktorką Jill Balcon (ślub w 1951 r.) miał syna Daniela Day-Lewisa (ur. 1957), aktora nagrodzonego Oscarem za "Moją lewą stopę".
    O jego życiu zdecydowała poezja - wykładał ją w Oksfordzie (1951-56), ale przede wszystkim pisał. Sławił zwłaszcza życie na łonie natury - nie przypadkiem przełożył (1940) "Georgiki" Wergiliusza. Za mistrza miał jednak Thomasa Hardy'ego; kazał się pochować w pobliżu jego grobu. W 1968 r., po śmierci Johna Masefielda, Elżbieta II przyznała mu dożywotni tytuł Poety Laureata. Laureat (wybiera się go od 1668 r.) ma za stałą pensję ujmować poetycko najważniejsze wydarzenia z życia dworu.
    Czy w kryminałach Day-Lewisa są ślady poezji? Służę przykładem: "W ogródkach barwne płatki astrów wirowały jak dziecięce wiatraczki, a obłoki - jakby jakiś korek uliczny na niebie wreszcie się rozładował - toczyły się radośnie po nieboskłonie".
    16 z 20 książek Blake'a opowiada o Nigelu Strangewaysie: "Niech bestia zdycha" jest czwartą z nich; w 1971 r. wyszła po polsku ostatnia - "Nazajutrz po śmierci" (1966).
    Strangeways jest stylizowany na poetę W.H. Audena, z którym Day-Lewis przyjaźnił się na studiach: "Widział wysokiego kanciastego mężczyznę mającego niewiele ponad 30 lat. Ubrany był niechlujnie, włosy miał potargane. Wyglądał, jakby właśnie został wyrwany z niespokojnej drzemki w poczekalni kolejowej. Miał bladą i lekko obwisłą twarz, ale jej dziwnie niedojrzałe rysy kontrastowały z inteligentnymi jasnoniebieskimi oczami (...) Odnosiło się wrażenie, że są w stanie ocenić każde zdarzenie pod słońcem".
    Strangeways żeni się z uroczą podróżniczką Georgią Cavendish, co wcale nie przeszkadza Blake'owi napisać: "Kobiety! Zawsze zadają retoryczne pytania, ale oczekują odpowiedzi". Po wojnie Strangeways jest już wdowcem.
    Kryminały Blake'a pełne są literackich aluzji, np. tytuł "Niech bestia zdycha" odwołuje się do Biblii (Księga Koheleta). Na szczęście nie czyni to ich nabzdyczonymi, autor ma bowiem bezkompromisowe poczucie humoru: "Wędka jest to kij z haczykiem na jednym końcu i durniem na drugim.
  • Wymazywanie

    Roman Pawłowski 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza - "   (5 z 7 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Czterdziestoparoletni mężczyzna w szarym ubraniu przechadza się po ogromnej, pustej sali. Nagle podbiega do wysokich okien i z pasją zaczyna zrywać ciężkie zasłony. Jedno po drugim otwiera z trzaskiem okna, wpuszczając do mrocznego wnętrza powietrze i światło.
    To jedna z kluczowych scen przedstawienia Krystiana Lupy według "Wymazywania" Thomasa Bernharda, zrealizowanego w 2001 r. w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Lupa - podobnie jak w przypadku "Lunatyków" Hermanna Brocha - swoją znakomitą inscenizacją utorował tej niezwykłej powieści drogę do polskiego czytelnika. Wreszcie, po 20 latach od pierwszego wydania, "Wymazywanie" ukazało się po polsku.
    Podobnie jak poprzednie utwory Bernharda "Wymazywanie" ma kształt monologu, który ciągnie się nieprzerwanie przez ponad 400 stron. Jego autorem jest Franz Josef Munrau, 48-letni filozof i niespełniony literat, potomek starej rodziny ziemiańskiej, który z rodzinnej Austrii wyemigrował do Rzymu, gdzie zajmuje się kształceniem syna bogatych mieszczan. W chwili, kiedy rozpoczyna się akcja, Munrau otrzymuje z rodzinnego domu telegram o tragicznej śmierci swoich rodziców i brata Johannesa w wypadku i wyrusza do Austrii.
    Powieść jest uboga w wydarzenia. Oprócz przygotowań do pogrzebu i rozmów bohatera z siostrami nie dzieje się nic specjalnego. To, co najważniejsze, rozgrywa się pod spodem rzeczywistości, w umyśle bohatera. Jest to proces, który sam Munrau nazywa wymazywaniem, czyli rozliczaniem i przekreślaniem przeszłości związanej z jego rodziną, domem i ojczyzną, a szerzej - z Europą Środkową i jej historią.
    Tak radykalnego i bezwzględnego zerwania z dziedzictwem kulturowym i historycznym próżno szukać w XX-wiecznej literaturze. Nie ma takiego składnika rzeczywistości, którego Munrau by nie podważył. Począwszy od gazet, które bezwstydnie gonią za sensacją, przez lekarzy (nudnych i obłudnych), fotografię (wykrzywia rzeczywistość), architektów (zeszpecili krajobraz) aż po język niemiecki (tłamsi i zafałszowuje każdą myśl) - wszystko staje się celem ataku. Alcest z Molierowskiego "Mizantropa" to przy Franzu Josefie pogodny optymista. Zgorzkniały Munrau w swoim ataku na obłudę i kłamstwo ociera się o śmieszność. Nie upiekło się nawet gołębiom, które jako wielbiciel starej architektury oskarża o niszczenie najpiękniejszych budowli.
    Jednak głównym obszarem wymazywania jest Austria. Bernhard słynął z krytycznego stosunku do swej ojczyzny, którą oskarżał o kultywowanie narodowo-socjalistycznych tradycji, ale w "Wymazywaniu" osiągnął punkt krytyczny swojej nienawiści podszytej miłością. "Austria jest krajem rządzonym przez pozbawionych skrupułów geszefciarzy z pozbawionych sumienia partii (...). Bezecność to hasło, nikczemność to napęd, a zakłamanie to klucz do dzisiejszej Austrii" - mówi, a właściwie dobitnie przemawia pod koniec swego monologu Munrau.
    Symbolem wszystkiego, czego Munrau nienawidzi w Austrii, jest rodzinny majątek Wolfsegg (nazwa autentycznego miasteczka w Górnej Austrii). Są tu biblioteki z dziełami wybitnych pisarzy i filozofów, które przez całe dziesięciolecia były zamknięte na głucho, i balkon, z którego wywieszano flagę na urodziny Hitlera. A także dziecięca willa, budynek służący kolejnym pokoleniom dzieci do zabawy w teatr, który po wojnie stał się kryjówką nazistów. To właśnie w kinder willi otwiera okna bohater przedstawienia Krystiana Lupy, aby wywietrzyć duchy przeszłości.
    Bernhard ustami swego bohatera formułuje oskarżenie pod adresem dwóch instytucji, które zawładnęły świadomością Austriaków - narodowego socjalizmu i Kościoła katolickiego. Pierwszy oskarża o zbrodnie ludobójstwa, nierozliczone po wojnie, drugi - o zniszczenie niezależnego myślenia i zarażenie strachem. Narodowy socjalizm mógł istnieć między innymi dzięki milczącemu przyzwoleniu Kościoła katolickiego, a po wojnie przetrwał dzięki cudownej mocy rozgrzeszenia - uważa Munrau.
    Ostatnim aktem wymazywania Austrii staje się pogrzeb rodziców i brata, po którym bohater podejmuje decyzję o przyszłości rodzinnego majątku. Przekazuje Wolfsegg żydowskiej gminie w Wiedniu jako symboliczne zadośćuczynienie za krzywdy wyrządzone przez austriacki nazizm.
    Są przynajmniej dwa powody, dla których osobiste rozliczenie Bernharda z historią swego narodu powinno stać się u nas lekturą obowiązkową.
    Jednym z nich jest sposób, w jaki Bernhard przewartościowuje tradycję. "Wymazywanie" pokazuje, że po poprzednich pokoleniach dziedziczymy nie tylko bohaterską historię, ale i kompromitujące plamy i przemilczenia. Bernhard wskazuje desperacką, ale jedyną drogę samooczyszczenia - jego bohater stawia czoło trudnej przeszłości swego narodu, chociaż razem z dziedzictwem swego kraju przekreśla też i siebie. Jest Łopachinem z "Wiśniowego sadu" ścinającym drzewo, na którym siedzi. "Raz po raz musimy wszystko odrzucać, (...) zniszczyć to, co stare, by na koniec móc je całkowicie i zupełnie wymazać na rzecz Nowego" - mówi do swego ucznia Gambettiego.
    A powód drugi to język Bernharda, który sprawia, że dwa monstrualne akapity, z jakich składa się książka, czyta się jak w transie.
    Chociaż Munrau na każdym kroku podkreśla swoją pogardę dla niemieckiego języka, który jego zdaniem obciąża i wykrzywia każdą myśl, to jednak Bernhardowi udaje się zmusić tego ciężkiego, niezdarnego ptaka do lotu. Sprawia to rytm powtórzeń i obsesyjnych nawrotów myśli świetnie oddany w karkołomnym tłumaczeniu Sławy Lisieckiej. Chwilami ma się wrażenie, jakby książka nie została napisana, ale opowiedziana czy wykrzyczana w uniesieniu.
    Nade wszystko jest to jednak lektura niebezpieczna. Taka książka zbójecka, której zakazania będą domagać się liczni obrońcy Starego, bo niesie ze sobą bardzo jasny przekaz: podważaj świętości, sprawdzaj ich prawdziwą wartość, bo to jedyny sposób na dotarcie do prawdy o sobie i świecie.
  • Pejzaż - rozmowy z Mają Komorowską

    Tadeusz Sobolewski 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza

    W tej książce jest wszystko, co składa się na charakterystyczną sylwetkę Mai Komorowskiej, łącznie z barwnymi anegdotami opowiadanymi przez jej wychowanków ze szkoły teatralnej. Są nawet opisy snów, którymi interesowała się już jej sąsiadka z Komorowa, pisarka Maria Dąbrowska. Wśród snów ten nieco teatralny o księdzu w czarnej sutannie i czerwonych baletowych butach, które nagle same zaczynają tańczyć.
    Fakty ważne i błahe. Wspomnienia dzielnych rodziców, szczęśliwego dzieciństwa, zabaw i grozy wojny sąsiadują tu ze wspomnieniami domowych zwierząt i uroczystych pogrzebów, jakie im wyprawiano w ogrodzie w Komorowie. Odnajdujemy tu pewną cechę charakteru, która przebija w aktorstwie Komorowskiej i stanowi jego tajemnicę: dotykanie ciemnych stron życia z równoczesnym wydobyciem jasnego tonu. Czy to z rodzinnego domu, z Laboratorium Grotowskiego, czy z własnej natury Maja Komorowska czerpie niezwykłą zdolność dotykania spraw ostatecznych, ludzkiego nieszczęścia, bezradności, śmierci i prześwietlania tych ciemnych stref wewnętrzną jasnością? Ryzykując obcą Komorowskiej patetyczność, można by powiedzieć, że w jej rolach rozpacz toczy pojedynek z nadzieją. Ta ostatnia zawsze wygrywa, w sposób paradoksalny, wbrew logice rzeczywistości.
    Komorowska wspomina moment swojego odejścia z Teatru Laboratorium do normalnego, repertuarowego teatru. "Po laboratoryjnej pracy u Grotowskiego, po tamtej ciszy na widowni, próbowałam się cieszyć, że ktoś w teatrze szczerze się śmieje i na dodatek ze mnie". Nie zdradziła mistrza. Cel gry pozostał ten sam: znajdować formę dla pokazania wewnętrznego dążenia, tego, co Grotowski nazywał "mozolnym dźwiganiem się".
    Żadna z jej ról nie wydaje się przypadkowa, choć gra tak różnych autorów, jak Harwood, Beckett czy Bernhard. Ma się wrażenie, że Komorowska toczy z tymi autorami osobiste pojedynki, wygrywa na ich własnym terenie, walcząc ich własną bronią. Jak sama zauważa, aktor "równolegle z tekstem sztuki toczy swój własny monolog". U Lupy, w "Wymazywaniu" ,w częściowo wymyślonej przez siebie, niesamowitej, dziecinno-erotycznej scenie poetka Maria bawi się z bohaterem, przekonując go, że "nie można pisać samym bólem". U Libery w "Szczęśliwych dniach" Maja Komorowska odkrywa innego Becketta, przenicowuje jego pesymizm.
    Prześwietlanie tego, co ciemne. Przekraczanie siebie. Oto kapitalny opis tworzenia postaci Różewiczowskiej Starej Kobiety w sławnym przedstawieniu Jerzego Jarockiego z 1969 r.: "Kręciłam się, zmieniałam pozycje. Jakoś tak usiadłam inaczej i nagle weszłam na krzesło. I usłyszałam głos reżysera: nie przerywać, dalej, dalej, gdzie jeszcze pani wejdzie... No to weszłam na stół. Nie przerywać, no, gdzie jeszcze... Już tylko był żyrandol. No i skoczyłam, zawisłam. Po moich słowach "pieść mnie" Edward Lubaszenko lekko mnie popychał, a potem huśtał. Stara Kobieta uczepiona żyrandola fruwała przez całą scenę wahadłowym ruchem. Latała i mówiła: "wszystko jest do kochania, gamoniu, można kochać skórę i kości". A potem zwisała w tych perukach, kapeluszach, spódnicach. I wreszcie spadała na śmieci i już mówiła: "rodzić, słodzić..." I tak, cyrkowym sposobem, wyraziła coś, co na swój użytek nazywała "litanią miłości".
    Szukaj w sobie! - to jedno z przykazań Komorowskiej pedagoga. Ale nie wystarczy umeblować sobie duszy - uczy swoich studentów - najpierw trzeba znaleźć formę. "Szukam twarzy, kostiumu, ruchu... Ciężka praca, jak w kopalni... Lubimy efekt, a tu trzeba mozołu".
  • Kompendium Terminologii Filmowej

    Jacek Szczerba 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza   (12 z 12 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Napisali ją operator Wit Dąbal (m.in. "Wahadełko") i reżyser Piotr Andrejew (m.in. "Klincz"). Składa się z lapidarnych haseł ujętych na modłę słownikową i, co ważne, napisanych zrozumiałym językiem, nawet jeśli dotyczą subtelności natury technicznej.
    O czym jest "Kompendium..."? O warsztacie filmowym, o gwarze filmowej, o historii przemysłu filmowego, o obyczajach filmowych. By łatwiej było rozgryźć niektóre hasła, towarzyszą im rysunki Marii Kanigowskiej, np. gdy mowa jest o rodzajach planów (zbliżenie, amerykański, itd.) albo gdy dowiadujemy się, co to jest oś ujęcia (przy filmowaniu to sprawa pierwszorzędnej wagi).
    Są w tej książce odpowiedzi na rozliczne pytania: dlaczego w oglądanych dziś filmach z początku XX wieku ludzie chodzą jakby w przyspieszonym tempie? czym UFA różni się od DEFY? od czego pochodzi nazwa słynnej firmy produkcyjnej Miramax? do czego służy tzw. szara tablica? co kino światowe zawdzięcza Stefanowi Kudelskiemu?
    Można tu znaleźć wykaz komend na planie - wedle tradycji polskiej i hollywoodzkiej - oraz opisy sprzętu filmowego tak wyczerpujące, że nikt już chyba nie pomyli kamer Arriflex i Konwas.
    Przywołuje się też intrygujące, choć nie wszystkim znane postacie, np. Jacka Foleya (1891-1967), imitatora dźwięków ze studia Universal, który przeszedł ponoć 7,5 tys. km "robiąc kroki" do filmów. Pod hasłem "asystent kierownika produkcji" kryją się anegdoty o legendarnym Henryku Szlachecie, który poproszony przez reżysera o świnię - niezbyt grubą i o wysokich nogach - odpowiedział: "Świnia o wysokich nogach? Widocznie panu chodzi o sarnę".
    Wypatrzyłem w "Kompendium..." parę błędów, ale drobnych: Lester ma na imię Richard, nie David, a Astruc - Alexandre, nie Francois, western "Vera Cruz" nakręcił zaś Robert Aldrich, nie George Cukor. Poza tym Złotego Lwa w Wenecji z Polaków dostał nie tylko Kieślowski (za "Niebieskiego"), ale i Zanussi - którego Dąbal i Andrejew poprosili zresztą o napisanie wstępu do swej książki - w 1984 r., za "Rok spokojnego słońca".
    Podczas lektury częściej jednak czułem się niedokształcony niż przemądrzały. Moje ulubione hasło z "Kompendium" to "martni shot" - w branży anglojęzycznej oznacza ostatnie ujęcie podczas kręcenia filmu, bo czuć już smak martini. U nas powinno się pewnie mówić o "ujęciu żytnim", albo "czystym".
  • Contra Bush
    • Contra Bush
    • Carlos Fuentes
    • cena: 32,99 zł
    • (wysyłamy w ciągu 24 godz.)

    Artur Domosławski 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Pisarze w Ameryce Łacińskiej zawsze lubili zabierać głos w sprawach publicznych. Długowieczny brak demokracji i słabość społeczeństwa obywatelskiego sprawiały, że ludzie pióra stawali się jednoosobowymi komitetami obrony ludzkiej godności, praw człowieka, demaskatorami niesprawiedliwości, samozwańczymi - też jednoosobowymi - partiami, których jedynym mandatem była osobista przyzwoitość i odwaga.
    Sporo z tej tradycji zostało do dziś. Najwięksi pisarze boomu literatury iberoamerykańskiej są do dziś namiętnymi komentatorami spraw dalece pozaliterackich.
    Mario Vargas Llosa, niegdyś lewicowy radykał, z podobnym zapałem, z jakim kiedyś wystawiał pomniki Fidelowi Castro, broni dziś kapitalizmu w wersji neoliberalnej, polityki USA przed jej krytykami, a na kubańskim dyktatorze nie zostawia suchej nitki.
    Gabriel Garc~a Márquez pozostaje wierny wyborom z młodości i mimo katastrofy ekonomicznej i politycznej, jaką zakończył się karaibski komunizm, trwa niewzruszenie przy brodaczu z Hawany, a gdy trzeba - broni go piórem.
    Postawa Carlosa Fuentesa jako komentatora wydarzeń na świecie wydaje mi się na tle jego kolegów epoki boomu najbardziej koherentna. Za młodu po stronie trzecioświatowych ruchów wyzwoleńczych i rewolucyjnych, co w Ameryce Łacińskiej było równoznaczne z przyzwoitością (po drugiej stronie były krwawe dyktatury wojskowe) poddał rewizji młodzieńczą wiarę w rewolucję - podobnie jak Llosa i inaczej niż Garc~a Márquez, ale zarazem nie wyrzucił na śmietnik wartości - inaczej niż Llosa i podobnie jak Garc~a Márquez, których bronić warto i należy niezależnie od czasów: równości szans, sprawiedliwości, solidarności ze słabszymi, przegranymi, upokorzonymi.

    Fuentes jest namiętnym krytykiem Busha i jego ekipy, nie dlatego iżby nie zgadzał się jedynie z jakimiś pojedynczymi decyzjami dzisiejszych sterników polityki Waszyngtonu. Chodzi o coś więcej - o to, że przywódcy Stanów Zjednoczonych nie liczą się z resztą świata, o dyktat najsilniejszego, któremu nikt w militarnych zapasach nikt nie jest w stanie stawić czoła, wreszcie - o lekceważenie drogich pisarzowi wartości.
    Nie chodzi tylko o najazd na Irak - Fuentes nie ma cienia sympatii dla Saddama - a raczej o strategię wykraczającą daleko poza jedną, choćby najbardziej opłakaną decyzję. Częścią tej strategii są takie decyzje jak sprzeciw USA wobec Międzynarodowego Trybunału Karnego, niepodpisanie protokołów z Kioto (nakładającego ograniczenia dotyczące emisji gazów), sprzeciw wobec protokołów zakazujących rozprzestrzeniania broni biologicznej, eksperymentów z bronią atomową i stosowania min przeciwpiechotnych; z innej strony - opowiedzenie się za subsydiami dla rodzimego rolnictwa, które uderzają w kraje Południa niezdolne przez to do konkurowania na rynku amerykańskim (od tych samych krajów USA domagają się zniesienia subsydiów).
    Fuentes uważa, że prowadząc taka politykę, USA mogą wygrać coś na chwilę, załatwić dwa, trzy interesy, ale w dłuższej perspektywie przegrają batalię o świat, o swoją pozycję w nim i atrakcyjność amerykańskiego mitu.
    Książka Fuentesa traktuje o Bushu i jego administracji, ale jest też osobistą kroniką i komentarzem na temat wydarzeń i zjawisk w świecie ostatnich czterech lat. Uświadamia czytelnikowi z Północy, że hierarchia dramatów, o jakich dowiadujemy się z telewizji, może wyglądać zupełnie inaczej niż - właśnie - w codziennych doniesieniach telewizyjnych dzienników.
    Ileż to razy każdy z nas widział w telewizji samoloty wbijające się w wieże WTC (dla Fuentesa był to symboliczny, brutalny początek XXI wieku)? A ileż razy pokazuje się w telewizji ludzi niemających dostępu do wody pitnej albo cierpiących na uleczalne na Północy choroby, albo dzieci prostytuujące się za parę centów i kawałek strawy, albo współczesnych niewolników, albo ludzi żyjących na peryferiach wielkich metropolii - ludzkich wysypiskach śmieci, albo
    Terroryzm, który dotknął Amerykę, jest straszny, ale niemniej straszne są - w opinii Fuentesa - inne terroryzmy: brak respektu dla ludzi różnych ras i orientacji seksualnych, lekceważenie prawa każdego dziecka do uczenia się, negowanie praw kobiet, brak ochrony starców - i wiele innych. Nie chodzi o licytacje cierpień, jedne nie unieważniają innych, ale proporcje nie są tu nieważne; one kształtują obraz świata, jaki mamy.
    Fuentes należy do tej grupy komentatorów współczesności, którzy sądzą, że zwalczyć terroryzm można jedynie sięgając do źródeł, z których wypływa bieda, zacofanie, upokorzenie, niesprawiedliwość i próbować zaradzać tym dramatom. Nie ma złudzeń, że można to zrobić szybko i łatwo. Ale próbować trzeba.
    Ten niuans, że nawet wbrew wszelkim niesprzyjającym okolicznościom - George W. Bush jest jedną z nich - trzeba próbować zmieniać na lepsze nasz świat, sprawia, że książkę Fuentesa zapisałbym do nieformalnego ruchu niepokoju przeciwko konserwatywnej rezygnacji z prób naprawiania świata pomieszanej z beztroską i cynizmem "złotej dekady" lat 90.
    W tym intelektualnym ruchu są ludzie "z bardzo różnych parafii". Są w nim, mimo wszystkich różnic, i umiarkowani alterglobaliści, i ekonomiści tzw. głównego nurtu jak Joseph Stiglitz, a ostatnio nawet Jeffrey Sachs, są myśliciele tacy jak Zygmunt Bauman i Benjamin Barber, politycy - prezydent Brazylii Lula, zmarły niedawno Jacek Kuroń, pisarze - Jose Saramago i właśnie Fuentes - choć pewnie nie wszyscy lubiliby, żeby wrzucać ich do jednego worka.
    Jest coś, co ich łączy: nie wolno machnąć ręką na przegranych, rozbitków współczesności; jedni akcentowaliby bardziej, że to niebezpieczne (bo tam, gdzie więcej rozbitków, rozwija się rak terroryzmu); inni - że to niemoralne (bo powinniśmy być solidarni tylko dlatego, że wszyscy jesteśmy ludźmi, żadne dodatkowe argumenty nie są potrzebne).
    Bush jako Bush i Bush jako symbol pewnej postawy wobec świata znajduje się na antypodach takiego myślenia. Ale to Bush dziś pociąga za sznurki. Jedyne co może zrobić pisarz - obywatel rodzącego się globalnego społeczeństwa obywatelskiego - to wykrzyczeć swój protest i gniew. Choćby miał to być jedynie daremny gniew Don Kichota, którego giermkami są - jak powiedział kiedyś Fuentes - wszyscy pisarze języka hiszpańskiego.
    Wynik amerykańskich wyborów - książka powstała przed nimi, m.in. jako głos w kampanii wyborczej i apel do latynoskich wyborców - potwierdza, że jej napisanie było donkiszoterią.
    Jak dobrze, że nasz świat ciągle przemierzają jacyś Don Kichoci.
  • Czy Darwin miał rację? Katolicy a teoria ewolucji

    Wojciech Mikołuszko 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza   (2 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Już pomijam poglądy autora, który, jakoby popierając teorię ewolucji, ale sprzeciwiając się jej wersji w wydaniu darwinowskim, uważa, że "wielkie skoki ewolucyjne, na przykład od gadów do ssaków, nie mogły być rezultatem stopniowej akumulacji genetycznych błędów". Chodzi o nadzwyczajną liczbę błędów, uproszczeń i przeinaczeń. Poczynając od dużych pomyłek w historii nauki (autor pisze np. że Rosjanie nigdy nie przyjęli Darwina, gdy tymczasem jego poglądy były tam ogromnie popularne), przez tendencyjne dobieranie i interpretowanie faktów (np. we fragmentach poświęconych wierze Darwina), pomijanie niewygodnych informacji (jest np. mowa o antydarwinistycznych poglądach Thomasa Morgana, a nie ma nic o późniejszej zmianie jego zapatrywań), uproszczenia (np. w kwestii poglądów ewolucyjnych Jeana Lamarcka) i insynuacje (np. obarczanie darwinizmu odpowiedzialnością za komunistyczne zbrodnie), a na nieznajomości doniesień naukowych z ostatnich kilkunastu lat kończąc (np. o upierzonych dinozaurach czy licznych nowych odkryciach szczątków człowiekowatych). Co gorsza, książka jest napisana chaotycznie, pozbawiona bibliografii i skorowidzu. A przypisy tłumaczki, które z założenia mają rozwiewać wątpliwości, jeszcze je pogłębiają. Np. "Pojęcie gatunku musi być jednak dostatecznie szerokie, by nie traktować konia, zebry i osła (...) jako osobnych gatunków". Konia z rzędem temu, kto zrozumie, czym w takim razie jest gatunek!
    George Sim Johnston, "Czy Darwin miał rację? Katolicy a teoria ewolucji", tłum. Joanna Kaliszczyk, seria "Wiara i nauka", wydawnictwo WAM, Kraków 2005, s. 171
  • Mea Kuba
    • Mea Kuba
    • Guillermo Infante
    • (towar niedostępny)

    Paweł Smoleński 2005-04-12

    Recenzja-Gazeta Wyborcza   (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)


    Żyła sobie na Kubie Haydee Santamaria -kobieta dzielna i ideowa, jedna z dwóch młodych dziewczyn, które w 1953 r. uczestniczyły w samobójczym i dyletancko przygotowanym ataku Fidela Castro i jego towarzyszy na koszary Moncada. Atak nie powiódł się. Kobiety nie zabili żołdacy dyktatora Batisty. Poddano ją za to wymyślnym torturom, które znosiła z godnością. Wytrzymała nawet okrucieństwo niezwykłe - gdy była w więzieniu, podano jej na tacy wydarte oczy brata i wycięte genitalia narzeczonego.
    Haydee Santamaria, święcie wierząc w ideały rewolucji i szczęśliwą gwiazdę Fidela Castro, doczekała czasów, gdy brodaty partyzant przepoczwarzył się w brodatego dyktatora miłującego sowiecki marksizm, cygara i wielogodzinne przemówienia. A jako że była bohaterką rewolucji - satrapa uczynił ją dyrektorem Casa de las Americas, instytucji nadzorującej kubańskie słowo pisane.
    Rewolucja potrafi pokonać wszelkie przeszkody. Jeśli coś, co rewolucyjnie słuszne, kłóci się z elementarnym poczuciem zdrowego rozsądku i słuszności, zdrowy rozsądek winien skończyć w łagrze. Nie dziwmy się więc, że Santamaria, osoba dzielna, lecz mało bystra i kiepsko wyedukowana - przez większość życia była przekonana, tak samo jak Ortega y Gasset, że Marks i Engels to jedna osoba - piastowała stanowisko odpowiedzialne za kubańską kulturę.
    I nagle Haydee Santamaria, kobieta wierząca w rewolucję jak w Boga, więc siłą rzeczy castrobojna, sięga po pistolet i popełnia samobójstwo. Przy czym nie jest jedyną z castrowskiej elity, która od życia w tym tropikalnym wariancie realnego socjalizmu wolała kulę wpakowaną w skroń.
    Dlaczego? To tajemnica rajskiej kiedyś wyspy. A raczej - tajemnica castroizmu.
    Z mieszanymi uczuciami sięgałem po książkę Guillermo Cabrera Infante, kubańskiego pisarza, eseisty i krytyka, który od 1965 r. aż do śmierci przed niespełna dwoma miesiącami mieszkał na emigracji. Bałem się, że po kilku stronach zacznę ziewać - cóż nowego można dowiedzieć się o obcym, ale jednak realnym socjalizmie? Nie sądźcie po pozorach - to książka wybitna.
    Cabrera Infante nie był twórcą byle jakim, choć w Polsce nieznanym. W 1997 r. otrzymał nagrodę Cervantesa, największe wyróżnienie dla pisarzy tworzących po hiszpańsku. Jego książki przełożono na wiele języków. I, mam nadzieję, wpłynęły one na myślenie o Kubie Fidela w krajach, gdzie wolno było wydawać książki Infante.
    Cabrera Infante znał Kubę jak mało kto - jego rodzice byli w Kubańskiej Partii Komunistycznej, on sam zaś przez wiele lat siedział w sercu reżimu. Przejrzał na oczy jak każdy, komu Pan Bóg dał nie tylko sprawne pióro, ale też bystrość obserwacji i odrobinę wrażliwości.
    Wolny jest jednak od łatwych ocen i czarno-białych cenzurek, gdyż zbyt długo żył pod panowaniem reżimu, by nie rozumieć, że czerń i biel dobra jest w grafice, ale nie w ocenianiu ludzkich postaw. Wie również, jak bardzo takie reżimy boją się słów. Pisze o uwolnieniu z więzienia i skazaniu na banicję wielkiego poety Armando Valladaresa: "Proszę zauważyć, że mimo posiadania monopolu na władzę Mr. Castro poczuł się zagrożony ze strony niepełnosprawnego poety. A wszystko to w kraju, który chlubi się tym, że uczy wszystkich czytać - nie wszystkim pozwala jednak pisać".
    Niektóre opinie pisarza są bezlitosne. Dotyczą jednak nie tych, którzy na własnej skórze zaznali dobrodziejstw władzy Fidela Castro, lecz ludzi spoza wyspy, niekiedy na całe życie zarażonych fałszywą magią castroizmu. Cabrera Infante chłoszcze Sartre'a i Gabriela Garcię Marqueza, wytyka zaczadzenie prostackim antyamerykanizmem i łatwizną lewicowej rewolucyjności Carlosowi Fuentesowi czy Jiulio Cortazarowi. Ale też nie oszczędza Amerykanów ani Zachodu Europy.
    Jest uczciwy, więc nie dziwi, że nie dostał politycznego azylu w Hiszpanii generała Franco, która przecież przyjmowała emigrantów z krajów komunistycznych (zresztą generał też zbiera cięgi, i wcale nie za to, że przez niego kubański pisarz musiał szukać ojczyzny w Londynie). Tak samo nie dziwi, że w wywiadzie telewizyjnym wyznał: "Jestem lewicowym reakcjonistą". Dziennikarka się zadziwiła. Niesłusznie - wszak takie postawy to nierzadki produkt uboczny marksistowskich dyktatur.
    Guillermo Cabrera Infante, "Mea Cuba", tłumaczenie Marcin Małkowski, wydawnictwo Philip Wilson, Warszawa

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!