Gazeta Wyborcza
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 712
-
- Mikołaju czekam
- Karolina Lijklema
- (towar niedostępny)
Beata Kęczkowska 2006-12-15
Zupełny debiut na naszych półkach. Mamy oto od niedawna nową oficynę, która czerpie z holenderskich wzorców. "Mikołaju, czekam!" to wdzięczna książeczka z przepięknymi ilustracjami o oczekiwaniu na przyjście Mikołaja. -
- Felietony na jeden głos - książka audio na 4 CD
- Joanna Szczepkowska
- (towar niedostępny)
Tomasz 2006-04-25
Recenzja - Gazeta Wyborcza (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Lubię felietony Joanny Szczepkowskiej. Może dlatego, że dzieją się w świecie zwyczajnych słów, prostych sytuacji i ludzi, którzy wydają mi się prawdziwi. Nie ma w nich zgiełku, który dziś ogłusza całą Polskę. Nie zbawiają świata, nie dają recept na wszystko. Ale to zgiełk przeminie, a receptom upłynie data ważności. Proste sytuacje i zwyczajne słowa zostaną. -
- Życie jak w Madrycie
- Arturo Perez-Reverte
- (towar niedostępny)
Łukasz Grzymisławski 2005-08-09
Recenzja-Gazeta Wyborcza (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Gdyby statystyczny Hiszpan musiał wybrać do przeczytania tylko jeden prasowy tekst w tygodniu, byłby to felieton Artura Perez-Reverte'a. Na czym polega magia najpoczytniejszego pisarza tego kraju? Można się tego dowiedzieć, czytając wybór jego felietonów po polsku.
Arturo Perez-Reverte jest człowiekiem, który właściwie w pojedynkę odrestaurował powieść przygodową. To właśnie niezliczone przekłady jego "Klubu Dumas" są odpowiedzialne za triumfalny pochód tego gatunku przez przełom XX i XXI wieku pod hasłami: "doceńmy potencjał przyzwoitej literatury popularnej" i "seriale tv to nuda w porównaniu z powieścią drukowaną w odcinkach".
Trzeba mu oddać, że przygotował ten renesans z nowoczesnym wyczuciem - nasyca swoje książki erudycją dostatecznie powierzchowną, a do tego zręcznie gra na zawsze skutecznej nostalgii - za czasami z klasą, w których Monte Christo znaczyło hrabia i mściciel, a nie tylko cygaro.
Do tego mało który autor potrafi tak pieczołowicie zadbać o swój wizerunek. Perez-Reverte postanowił dość bezczelnie wykorzystać w tym celu ikonę wyszukanego machismo - Hemingwaya. Najpierw przez z górą 20 lat relacjonował w hiszpańskiej prasie niezliczone konflikty wojenne, od Libanu i Falklandów po Angolę i Bośnię. Teraz mieszka na jachcie, tropi styl bycia dawnych twardych facetów w portowych dokach, utwierdza się w przekonaniu, że kobiet takich jak Rita Hayworth już nie ma, pije dobry alkohol i regularnie zabiera głos polemiczny.
Ależ cięty ten kartageńczyk! Na telewizję, infantylne społeczeństwo, spsienie obyczajów, oportunistyczną prasę, polityków. Zwłaszcza dla nich znajdzie ciepłe słowo przy każdej okazji, bo to przecież ich głupota psuje Hiszpanię.
Oryginalny tytuł zbioru jego małpio zręcznych i dowcipnych felietonów z tygodnika "El Semanal" ("Pragnąc obrazić") lojalnie uprzedza, że będzie bez taryfy ulgowej, choć zarazem poglądy ich autora rzadko bywają naprawdę niepopularne. Ten z pozoru nie całkiem kontrolowany strumień bluzgów stanowi w istocie nad podziw koherentny suplement do literackiej filozofii Perez-Reverte'a, który i w felietonach - formie niełatwej, bo musi zaintrygować w pierwszych trzech wierszach - znalazł sposób na pielęgnowanie mitu złotego wieku.
Widać przy tym jak na dłoni, czemu postaci z jego powieści zawdzięczają swoją wyrazistość; że aż korci go, by swoje słowa włożyć w usta Lucasa Corso, bohatera "Klubu Dumas", albo kapitana Alatriste - ludzi inteligentnych, nieco cynicznych, koneserów obdarzonych sarkastycznym poczuciem humoru, trochę straceńców, a trochę zimnych drani. Perez-Reverte właściwie przez cały czas zastanawia się, dlaczego ten typ homo sapiens wyginął.
Nie wiadomo, jak oceniłby np. obecne rządy socjalistów (zbiór pochodzi sprzed paru lat), bo trudno na podstawie tych krótkich tekstów wyklarować sobie światopogląd ich autora. Jawi się on tu na przemian jako uczulony na hipokryzję, balansujący między paradoksami a banałem antyklerykał, konserwatywny liberał, sceptyk i optymista w jednej osobie. No, ale przecież różne rzeczy bierze się na warsztat, pisząc na trzy szpalty co tydzień.
Dość długa jest lista powodów, dla których te felietony, choć nierówne, mogą się podobać. To m.in. maniera formułowania sądów bezkompromisowo ("jak wyglądałaby Hiszpania teraz, gdyby w swoim czasie przyszła nam do głowy światła myśl o zgilotynowaniu Karola IV?"), trzeźwy stosunek do politycznej poprawności ("czemu by nie zamienić ulic Rekonkwisty na ulice Braci Arabów Poległych z Rąk Średniowiecznego Faszyzmu?"), wcale nie drobne złośliwości ("turyści typu gringo z Arkansas, którzy w knajpie w Montevideo głośno objawiają radość, że wreszcie mogą na żywo obejrzeć flamenco").
Przede wszystkim jednak znajomy skądinąd, złożony stosunek do swojego kraju. Niechęć do nijakiej Hiszpanii współczesnej, radykalna opinia o błędach elit oraz piętnowanie przywar narodowych i ignorancji łączy on po pierwsze z czułością dla hiszpańskiej sztuki, literatury i oręża oraz skrzętnym odnotowywaniem ich wkładu w cywilizację światową, a po drugie z delikatną uszczypliwością wobec innych nacji.
Nic zatem dziwnego, że najbardziej wkurzają go separatystyczne postulaty Basków i Katalończyków. Jeśli Hiszpania kiedyś się rozpadnie, Perez-Reverte będzie piewcą jej chlubnej historii i siły tkwiącej w różnorodności. Jak Kusturica ze swoim prywatnym mitem Jugosławii -
- Szlachetne zdrowie
- Janusz Szajewski
- (towar niedostępny)
Sławomir Zagórski 2005-08-09
Recenzja-Gazeta Wyborcza
Autor tej niewielkiej, acz wielce pouczającej książeczki ma wielką wiedzę, wyjątkowe poczucie humoru, a do tego duszę społecznika. I to zapewne owa dusza społecznika zdecydowała o przelaniu na papier "porad starego doktora". Bo kto inny jak nie stary doktor może cierpliwie wytłumaczyć pewne pozornie oczywiste prawdy o zdrowiu i chorobie, wbić do głowy kilka naprawdę ważnych przestróg czy też rozwiać niektóre mity. Wychowałem dwoje dzieci, coś niecoś wiem o medycynie, ale dopiero z książki dr. Szajewskiego dowiedziałem się, że połknięcie przez dziecko rtęci z termometru jest zupełnie nieszkodliwe. Przez lata żyłem w przekonaniu, że jest inaczej. Zresztą okazuje się, że jest więcej substancji, których połknięcie jest nieszkodliwe lub ich szkodliwość jest nieistotna i nie wymaga interwencji lekarza (naturalnie pod warunkiem, że nie zjedzono lub nie wypito ich w nadmiernej ilości):
- kosmetyki do makijażu, do oczu, szminki, kremy ochronne do opalania się i samoopalacze, szampony do włosów i ciała, płyny do kąpieli, wody toaletowe, kolońskie i po goleniu, kremy do rąk, dezodoranty, pasta do zębów (również zawierająca fluor), lakier do paznokci, pasta do butów;
- detergenty do zmywania naczyń i do prania bielizny, mydło, krochmal, proszki ścierne do czyszczenia (np. Ajax);
- kreda, gips, glina, kit, farby do wnętrz (lateksowe i akrylowe);
- olej do smarownia maszyn, olej silnikowy, gliceryna, parafina;
- atrament niebieski i czarny, kredki do rysowania (oznaczone AP, CP, CS-140), grafit z ołówka, plastelina, gumki do wycierania, kapiszony, zapałki (do 30 sztuk), świeczki, papieros (1 sztuka), fotografie, tynk, rdza, węgiel drzewny, popiół ze spalonego drewna i z papierosów, wspomniana rtęć z termometru (uwaga na odłamki szkła, to one mogą być niebezpieczne!);
- pokarm dla zwierząt, odchody zwierząt. Powtórzę za autorem - radzę tę listę wyciąć i włożyć do domowej apteczki. -
- Jak czytać malarstwo. Rozwiązywanie zagadek, rozumienie i smakowanie dzieł dawnych mistrzów (mały format)
- Patrick Rynck, de
- (towar niedostępny)
prof. Maria Poprzęcka - dyrektor Instytutu Historii Sztuki UW, autorka wielu książek o historii sztuki 2005-08-09
Recenzja-Gazeta Wyborcza (14 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)
Jak czytać obrazy? Co ujawnia "obraz w obrazie", widoczny w "Liście miłosnym" Vermeera? Dlaczego cytryny były tak popularne w martwych naturach epoki renesansu?Takimi pytaniami wydawca książki "Jak czytać malarstwo" zachęca lektury, obiecując rozwiązywanie zagadek, rozumienie i smakowanie dzieł dawnych mistrzów. Książka w sumie warta polecenia, choć z zastrzeżeniami.
Książka przedstawia 180 ważnych i znanych dzieł malarstwa europejskiego wraz z wyjaśnieniem ich tematyki, podaniem jej literackich źródeł, rozwiązaniem jawnych i ukrytych symboli, wskazaniem na "wymowne" szczegóły.
Otwiera ją "Madonna" XIV-wiecznego malarza florenckiego Duccio di Buoninsegna, a zamyka - "Rozstrzelanie powstańców madryckich" Francisca Goi z 1814 r. Mamy zatem przegląd nowożytnego malarstwa europejskiego od zarania renesansu po początek romantyzmu.
Jedną z podstawowych teoretycznych zasad dawnego malarstwa była maksyma ut pictura poesis, czyli "obraz powinien być jak poemat". Nie chodzi o to, że miał być "poetyczny" w potocznym rozumieniu tego słowa. Miał jak poemat opowiadać jakąś historię - biblijną, ewangeliczną, mitologiczną, wziętą z literatury lub poezji czy wreszcie z codziennego życia. Owe malowane opowieści miały pouczać i nauczać, wzruszać i przekonywać, moralizować i dostarczać rozrywki, kształcić umysł i podniecać zmysły. Zatem malarstwo - nieme i nieruchome - na różne sposoby usiłowało opowiadać, dawać obrazom "mowę". Przede wszystkim jednak odwoływało się do znajomości tekstów i utrwalonych tradycją obrazowych konwencji.
Nie trzeba było szczególnej uczoności, aby rozróżniać sceny Zwiastowania i Nawiedzenia, Wniebowzięcia i Wniebowstąpienia, Pokłonu pasterzy i Pokłonu Trzech Króli. Jako tako wykształcony widz wiedział, że naga kobieta to zapewne bogini Wenus, a towarzyszący jej uskrzydlony dzieciak to jej syn, bożek miłości Kupidyn, że kobieta z zawiązanymi oczyma i wagą w ręce to personifikacja Sprawiedliwości, zaś instrumenty muzyczne, gasnące świece i więdnące kwiaty mają przypominać o znikomości życia. A obrazy o niezwykle czasem zawikłanej symbolice były przeznaczone do elitarnych kręgów odbiorców i dla nich zrozumiałe.
Ten język, jakim mówiły niegdyś obrazy, dawno gdzieś się zagubił. Ma rację autor książki, że miłośnicy sztuki dawnej zwykle nie mają już wiedzy z zakresu chrześcijańskiej ikonografii, nie znają antycznej mitologii ani literatury, która pozwalałaby im "czytać" dawne wyobrażenia. I ofiarowuje coś w rodzaju tematycznego przewodnika po obrazach.
Na szczęście nie ogranicza się do samego rozpoznania tematu. Naprowadza wzrok widza na istotne szczegóły, nierzadko umykające uwadze, niedostrzegane, czasem zmyślnie ukryte, przeznaczone dla wybranych. Przybliża je i powiększa w kadrowanych fragmentach.
I tak odkrywamy prawie niewidoczny, ukryty za kotarą krucyfiks w "Ambasadorach" Hansa Holbeina, oglądamy zniszczoną bosą stopę "Syna marnotrawnego" Rembrandta, możemy przeczytać treść zakrwawionego pisma, które trzyma w ręku zamordowany "Marat" Davida. Nawet dostrzec, że podołek niebieskiej sukni pani Andrews na znanym portrecie Gainsborough pozostał niezamalowany i nie wiadomo, co młoda dama miała trzymać na kolanach. Książkę? Pieska? Owa zachęta do uważnego, niespiesznego spojrzenia na malarstwo jest tu bodaj najcenniejsza. Chcesz wiedzieć, o co tu chodzi? To dobrze popatrz. No i poczytaj.
Lektura to na pewno pożyteczna, choć sporządzona stylem ciężkawym (w czym udział może mieć też tłumaczenie). No, ale przyjmijmy, że jest to praktyczny przewodnik, a nie pięknopisarski esej o sztuce. Dydaktycznego znaczenia podobnej książki nie sposób negować. Jest godna polecenia. Z jednym zastrzeżeniem.
Zanik tradycyjnej humanistycznej kultury, która stanowiła naturalne zaplecze dawnego malarstwa i była gwarancją jego czytelności, rzeczywiście sprawia, że coraz częściej widzowie stoją bezradni wobec wyobrażeń, na których najwyraźniej coś się dzieje, ale nie wiadomo co.
Podobne objaśnienia dają zatem tak pożądane i miłe poczucie "zrozumienia" obrazu. A to przecież niezrozumiałość budzi niechęć czy w najlepszym wypadku muzealną nudę i skutecznie zniechęca do kontaktu ze sztuką.
Ludzie lubią rozwiązywanie zagadek, szarad, rebusów, zwłaszcza gdy ktoś im rozwiązanie podpowiada. Tak - obrazy kryją zagadki, ale nie są tylko malowanymi zagadkami. Są obrazami. Czasem ich rozszyfrowywanie może przypominać odgadywanie rebusu. Ale na tym ich znaczenie się nie kończy. Są sztuką. Tymczasem w podobnym "odczytywaniu" obrazów różnica między rebusem a obrazem Giorgiona czy Vermeera się zaciera. O tym, co przedstawiono na obrazie, możemy dowiedzieć się wiele. O sztuce raczej mało. -
- Zazi w metrze
- Raymond Queneau
- (towar niedostępny)
Beata Kęczkowska 2005-08-09
Recenzja-Gazeta Wyborcza (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
Wreszcie po polsku najgłośniejszej powieści Raymonda Queneau "Zazi w metrze", opowieści o kilku dniach z życia małej dziewczynki w Paryżu. Queneau jak nikt inny potrafi uwieść czytelnika: jest zabawny, finezyjny i niedościgniony. Mamy tu Zazi - przemądrzałą (nieznośną?) dziewczynkę, którą matka oddaje na kilka dni pod opiekę wuja. Zazi marzy o przejażdżce paryskim metrem, które strajkuje, a pytania i uwagi dorosłych kwituje stwierdzeniem: "Mam to gdzieś". Dziewczynką opiekuje się wuj Gabriel - człek miły, który wieczorami wychodzi do pracy w charakterze tancerki. Wuj ma licznych przyjaciół, jest wśród nich Karol taksówkarz, Gridoux szewc, prowadzący bar Piwnica Turandot, w jego lokalu kelnerką jest Mado Mała Stópka, która bardzo chce wyjść za mąż. Jest też oddająca się miłostkom wdowa Mouaque oraz demoniczny i tajemniczy Trouscaillona. Trochę tę plejadę charakterów i osobowości łagodzi obecność słodkiej i cichej ciotki Marceliny, nielubiącej wychodzić z domu. Jednak jakby dla przywrócenia proponowanej przez autora swoistej równowagi w stworzonym przez niego świecie czytelnik niemal co stronę napotyka papugę Zieleninę powtarzającą tylko jedno, ale za to jakże wymowne zdanie: "Gadasz i gadasz, to wszystko, co potrafisz". Takich typów przecież nie sposób nie lubić.
Raymond Queneau napisał "Zazi..." w 1959 r. I właśnie taki Paryż, lat 50., poznaje nasza bohaterka - wymyka się na samotny spacer, chodzi po nim razem z wujem, odwiedza z nim wspólnie kawiarnie i bary. Gdy po kilku dniach odbierze ją matka, Zazi zapytana, co robiła, odpowie: "Zestarzałam się".
I tak jest w pewnym sensie, bo to powieść o dojrzewaniu, wejściu w świat dorosłych, ale i o spotkaniu tych dorosłych z rozkapryszoną, niepokojącą (a dla niektórych zapewne rozwydrzoną) młodością. Dochodzi tu też do zmierzenia się niewinnej i świeżej prowincji, z której przybywa Zazi, z chaosem i zepsuciem wielkiego świata uosabianego przez Paryż.
Zmarły w 1976 r. Queneau to jeden z największych pisarzy minionego stulecia. Głęboko zasłuchany w paryski argot. Bawił się nim, przeplatając go fonetycznym zapisem słów (to wielkie wyzwanie dla tłumaczy), próbując w ten sposób zreformować język pisany, zasilając go ortografią mowy potocznej. Mieszał gatunki i style, eksperymentował. Ma w swoim dorobku powieści, eseje, dramaty, poezje. Piosenki do jego słów śpiewała Juliette Greco. W młodości zafascynowany surrealizmem odrzucił go na rzecz reguł porządku. Nic dziwnego - jako miłośnik matematyki to na jej prawach opierał budowę swoich utworów. W słynnych "Exercices de style" ("Ćwiczeniach stylistycznych") tę samą anegdotę opowiedział 99 razy, wykorzystując 99 różnych gatunków literackich i stylów mówienia.
W 1960 r. założył grupę literacką Oulipo - Ouvroir de Litterature Potentielle (czyli Warsztat Literatury Potencjalnej) zajmującą się przetwarzaniem istniejących już tekstów literackich według reguł matematycznych. Członkiem Oulipo zostawało się "na wieczność", a byli nimi Georges Perec, Marcel Duchamp i Italo Calvino.
Ale to nie tylko wielki eksperymentator - był członkiem Akademii Goncourtów i lektorem wydawnictwa Gallimard, zainicjował też serię "Encyclopédie de la Pléiade" - edycji klasyków literatury francuskiej, którą kierował przez 30 lat.
"Zazi w metrze" sfilmował już w 1960 r. Louis Malle (twórca m.in. "Windą na szafot" i "Kochanków"), w rolach głównych zagrali Catherine Demongeot (jako Zazi) i Phillipe Noiret (wuj Gabriel). Malle stworzył film, o którym mówi wszystko reklamujący go plakat ze szczerzącą się w przekornym uśmiechu nastolatką w krótkiej, nieco rozwichrzonej fryzurze - zabawny, przesycony absurdalnym humorem, bardzo francuski. Mam nadzieję, że któryś z kanałów telewizyjnych przypomni nam teraz ten tytuł.
"Zazi..." to trzecia wydana u nas nakładem PIW-u książka Queneau: trzy lata lat temu ukazała się ludyczna epopeja "Pierrot mon ami", w 2003 r. ta sama oficyna wydała "Dzieła zebrane Sally Mary" (jej bohaterka Sally Mara to swoisty prototyp późniejszej Zazi). W listopadzie czeka kolejny prezent od Queneau - w Świecie Literackim ukażą się jego "Exercices de style" w przekładzie Jana Gondowicza. -
- Wygnaniec. Opowieść Piasków - tom 1
- Krzysztof Piskorski
- (towar niedostępny)
Konrad Godlewski 2005-08-08
Recenzja - Gazeta Wyborcza (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Fundamentaliści, dżiny i asasyni zaludniają świetną książkę Krzysztofa Piskorskiego Bliski Wschód, jego mitologia i religia - to dotąd były nieużytki polskiej fantasy. Tymczasem dżiny, sezamy, hurysy i alchemicy aż proszą się o miejsce w jakiejś epopei, która byłaby nie tylko odświeżającą przerwą od wszechobecnych posttolkienowskich elfów, ogrów i krasnoludów, ale także sympatycznym pretekstem do - będącej dziś na czasie - refleksji nad współistnieniem Zachodu i Wschodu. Duch "Tysiąca i jednej nocy" doczekał się swojego medium w osobie Krzysztofa Piskorskiego, autora debiutanckiego "Wygnańca", autora opowiadań drukowanych w fantastycznej prasie. Jego przygodowa powieść to pierwszy tom cyklu o Kashimie Al'Shannaggu, wojowniku obdarzonym inteligencją i zręcznością, a także magiczną mocą i talentem do wplątywania się w rozmaite afery. Kashim chce pomóc przyjacielowi w śledztwie, które zatacza coraz szersze kręgi. "Wygnaniec" wyróżnia się ciekawą kreacją świata, który mógłby być spełnieniem snów irańskich ajatollahów. Z genesis na początku książki dowiadujemy się, że po nadejściu proroka wszyscy prozelici ukryli się w grotach, a bóg spuścił na ziemię rzekę ognia, która przekształciła ją w pustynię i spaliła niewiernych. Mieszkańcy wybudowanego nad grotami miasta Tel'Halik żywią więc przekonanie, że na świecie są jedynymi ludźmi, jeśli nie liczyć buńczucznych górali, których podporządkowali sobie siłą. Piskorski bardzo sprawnie pokazuje zderzenie obu kultur, wprowadza też ciekawe elementy fantastyczne, takie jak saury - czyli jaszczury pod wierzch. Mając takie rumaki, bohaterowie będą musieli czekać całe ranki, aż ciepło słońca rozejdzie się po żyłach zimnokrwistych zwierząt. Ale co zrobią, jeśli przyjdzie im brać nogi za pas? W trakcie gdy Kashim angażuje się w śledztwo, obecny prorok żywcem wstępuje do nieba (opisy święta "wniebowstąpienia" przypominają trochę narodowe rekolekcje po śmierci Jana Pawła II). Schedę i rząd dusz obejmuje po nim reprezentant frakcji fundamentalistyczej, toteż Tel'Halik podziela los Afganistanu pod rządami Talibów. "Wygnaniec" jest bardzo sprawnie napisany. Poprzez krótkie scenki z udziałem kupców czy garncarzy autor kreśli szeroką, społeczną panoramę wydarzeń, a tajemnice dawkuje z wyczuciem zawodowca. Po pierwszym tomie książki na kolejne mam apetyt taki, jak po pierwszej "Achai" Andrzeja Ziemiańskiego, która również ciekawie się zapowiadała, ale z tomu na tom rozczarowywała. Ziemiański chyba nazbyt się spieszył, dlatego Krzysztofowi Piskorskiemu (rocznik 1982) życzę, żeby nie przejmował się ponagleniami wydawcy i czytelników. Jeśli utrzyma właściwe tempo pisania, może zajść równie daleko jak jego bohater z Tel'Halik. -
- Irak. Piekło w raju
- Paweł Smoleński
- (towar niedostępny)
not. czar 2005-06-13
Recenzja-Gazeta Wyborcza (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
O czym i jaka jest ta książka? Opowiada znakomity pisarz Ryszard Kapuściński.
Paweł Smoleński jest dojrzałym reporterem o wielkim dorobku. Ma dwa pola zainteresowań. Pierwsze stanowi Polska, o której traktują jego dwie książki. Drugim jest świat, któremu poświęcił dwa tomy reportaży: o Stanach Zjednoczonych oraz Ukrainie i stosunkach polsko-ukraińskich. Jego najnowsza książka traktuje o Iraku, a zarazem jest dziełem o głębokim spojrzeniu na współczesną rzeczywistość.
Istnieją trzy typy dziennikarstwa. Jest dziennikarstwo doraźne, czyli informacyjne, oraz dziennikarstwo będące rodzajem komentarza politycznego na temat tego, co się dzieje w kraju i na świecie. Trzeci typ dziennikarstwa uprawiany jest przez bardzo niewielką grupę ludzi. To literary journalism, czyli reportaż literacki. Książka Pawła Smoleńskiego jest znakomitym przykładem reportażu literackiego i zajmuje godne miejsce w tradycji tego nurtu ostatniego półwiecza, obok takich autorów jak Pruszyński i Wańkowicz.
Jest dziełem rozgrywającym się - jak każda dobra literatura - na różnych planach. Przede wszystkim jest reportażem o Iraku, ale autor nie zatrzymuje się na komentowaniu doraźnych wydarzeń i komunikatów z linii frontu. Stawia sobie zadanie dużo bardziej ambitne - chce zrozumieć społeczeństwo muzułmańskie, jego kulturę, tradycję i sposób myślenia. Obiera drogę, którą reporterzy podążają od czasów Herodota - rozmowy z ludźmi i relacjonowania ich opowieści. Autora interesuje to, co ludzie myślą, jak odczuwają i traktują otoczenie, w którym się znaleźli, jak starają się uporać z sytuacją, w którą rzuciła ich rzeczywistość i historia. Pokazuje niesłychane bogactwo i złożoność irackiego społeczeństwa.
Jeżeli oglądamy telewizję i słuchamy radia, to na ogół wiemy tylko o tym, że w Iraku są terroryści, którzy kogoś porywają albo zabijają. Zapominamy, że jest to kraj liczący 23 mln ludzi, jedno z najbardziej rozwiniętych społeczeństw świata arabskiego o wspaniałej przeszłości, w którym ciągle obecna jest wielka historia. Właśnie do ludzi reprezentujących wielką kulturę Iraku, a nie do terrorystów, autor stara się dotrzeć. I to jest niezwykle cenne - widzimy tu Irak, którego nie ma w mediach. Autor odsłania czytelnikowi zupełnie inny kraj, którego bogactwo, różnorodność kulturowa i cywilizacyjna są uderzające. Pokazuje ogromne zróżnicowanie postaw wewnątrz tego społeczeństwa i wielkie dyskusje toczone przez Irakijczyków. Paweł Smoleński napisał książkę krótko po obaleniu reżimu Saddama Husajna i przede wszystkim stara się odkryć, jak Irakijczycy uporają się z doświadczeniem przeszłości i rolą, jaką w niej odegrali. To jest wrażliwość, na którą może się zdobyć wyłącznie autor z kręgu doświadczenia historycznego i politycznego, które przeżyło podobną sytuację - dyktaturę, cenzurę, ucisk, więzienia, tortury.
Tego rodzaju wyczucia nigdy nie będzie miał dziennikarz zachodni, bo te doświadczenia są mu obce. Polski reporter od razu trafia w istotę problemu. To niezwykle cenna zaleta książki, uniwersalizująca te reportaże, pokazująca, że Irakijczycy przeżywają ten sam problem, który po II wojnie światowej stał się udziałem społeczeństwa niemieckiego, japońskiego, włoskiego i wszystkich tych, których historia ulokowała w fatalnych sytuacjach, gdzie człowiek musiał stanąć wobec problemu wyboru mniejszego zła. I to Paweł Smoleński pokazuje z bardzo wielką uwagą i mądrością, ponieważ nie stara się być w tym sprawiedliwy. I dzięki temu jest sprawiedliwy, pokazuje całą złożoność sytuacji, którą ci ludzie noszą w sobie. Przecież nie wszyscy mieszkańcy Iraku strzelają do żołnierzy czy podkładają bomby, w dużej części kraju życie toczy się normalnie - pracują uniwersytety, szpitale, szkoły, otwarte są meczety. Jemu udaje się tam dotrzeć. Rozmówcy polskiego reportera mówią, że ich najważniejszym problemem jest to, jak żyć z przeszłością, jak siebie ocenić wstecz i znaleźć dla doświadczenia przeszłości jeśli nie usprawiedliwienie, to przynajmniej wytłumaczenie. Ta ambiwalencja, wewnętrzne sprzeczności pojawiające się w rozmowach stanowią o wielkim dramatyzmie książki i jej niesłychanej sile oddziaływania. Bardzo ważną rzeczą są zróżnicowane postacie bohaterów. Widzimy w tym tekście wielki problem, jakim jest dla samego siebie człowiek znajdujący się w warunkach ekstremalnych. Ujawnia się wówczas cała złożoność kondycji ludzkiej natury, kantowska wizja, w której dobro i zło stanowią immanentne cechy natury człowieka, a od okoliczności zależy, czy wydobędą z nas lepszy, czy gorszy pierwiastek. I to jest znakomicie pokazane w tej wielowarstwowej książce -
- W czas posuchy
- Peter Robinson
- (towar niedostępny)
Jacek Szczerba 2005-04-12
Recenzja-Gazeta Wyborcza (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Choć "W czas posuchy" Petera Robinsona to sprawnie napisany kryminał, wskazuje jednak, że formuła tego typu powieści powoli się wyczerpuje.
Punkt wyjścia jest zachęcający: gdy pod koniec lat 90. opadają wody sztucznego zalewu, wyłania się spod nich dawna wioska. A w niej, w ruinach, leżą kości atrakcyjnej kobiety zamordowanej w latach 40.! Śledztwo w tej wiekowej sprawie poprowadzi inspektor Alan Banks...
"W czas posuchy" (1999) Petera Robinsona to przykład modnego obecnie w Europie kryminału z akcentami społecznymi. Oprócz zagadki kryminalnej dostajemy obrazki ze współczesnego (i minionego) życia - tym razem z okolic Leeds.
Anglik Robinson (ur. 1950, mieszka w Toronto) napisał od 1987 r. 15 książek o Alanie Banksie. Ta jest 11. (ale w Polsce pierwsza). Czytając ją, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że autor powiela motywy i sytuacje (skądinąd sympatyczne) znane z setki podobnych książek. O czym konkretnie myślę? Choćby o rysunku bohatera - i fizycznym ("Nie był otyły ani nawet szczególnie niesprawny. Palił, marnie się żywił i pił za dużo, ale dzięki dobrej przemianie materii zawsze wyglądał szczupło"), i psychicznym ("Obsesją Banksa było złapanie jak największej ilości łobuzów").
Banks, jak większość powieściowych policjantów, ma kłopoty pokoleniowe (syn kiepsko obronił dyplom na architekturze i woli grać na gitarze w zespole rockowym), żona go rzuciła (gdy dostaje do pomocy młodą policjantkę, zastanawiamy się, czy będą mieli romans), kłóci się ze zwierzchnikami (jednego nawet pobił) i kpi sobie, że "na konferencji Stowarzyszenia Starszych Oficerów Policji przyjęto projekty nowych mundurów". Aha, no i jest fanem muzyki (choć country "unika jak zarazy"), dlatego wciąż żongluje nazwami kapel (na s. 128 tłumaczka zrobiła z piosenkarki k.d. lang mężczyznę!) i tytułami płyt...
Czytelnicy są świadomi, że "to już gdzieś było". Robinson też to wie. Jest przecież inteligentny i oczytany - tytuł powieści wziął z ostatniego wersu wiersza T.S. Eliota "Gerontion": "Myśli suchego mózgu w czas posuchy" (tłum. Czesław Miłosz).
Jak więc próbuje się ratować przed tym nieuchronnym schematyzmem? Wprowadzając wielotorową narrację. Mamy tu dochodzenie Banksa i to, jak je widzi jego pomagierka sierżant Cabbot, mamy wspomnienia z lat 40., i obecne dzieje kobiety, która je snuje, czyli eksprzyjaciółki zamordowanej...
To przeplatanie czasów i wątków prowokuje do "piętrowych" zabaw literackich. Otóż dama przywołująca czasy wojny zostaje w latach 90. cenioną autorką serii kryminałów, których bohaterem jest podkomisarz Niven. O tejże pisarce jeden z kumpli Banksa powiada: "Nie ma pojęcia, na jakich zasadach pracujemy, ale bądź co bądź żaden z autorów powieści kryminalnych się na tym nie zna". Zabawny ten Robinson, prawda? A może również autoironiczny?
Gdy wszyscy autorzy kryminałów piszą teraz bliźniacze kawałki, tym, co ich wyróżnia, jest styl. Co da się powiedzieć o stylu Robinsona? To, że jego zdania nie są ani tak uroczo chropawe, jak te Iana Rankina (seria o inspektorze Johnie Rebusie), ani tak łobuzersko przewrotne, jak te Colina Dextera (seria z inspektorem Morsem), żeby pozostać tylko przy dwóch innych Brytyjczykach.
Każdy ma jednak jakieś zalety. Robinson jest spostrzegawczy. Stąd np. jego uwaga, tylko z pozoru banalna, że nie można się samemu połaskotać! -
- Auschwitz. Naziści i "ostateczne rozwiązanie"
- Laurence Rees
- (towar niedostępny)
Waldemar Kumór 2005-04-12
Recenzja-Gazeta Wyborcza (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Rees jest wytrawnym dokumentalistą z BBC. Przez 15 lat przeprowadzał dla potrzeb brytyjskiej telewizji dziesiątki rozmów z ofiarami obozu i esesmanami. Autor dotarł też - dzięki upadkowi komunizmu i otwarciu rosyjskich archiwów - do wielu nieznanych dotąd faktów. Wyszedł z tego fascynujący wielogodzinny telewizyjny dokument oraz książka, która równocześnie ukazała się w Polsce i na całym świecie. Okazją jest 60. rocznica wyzwolenia obozu przez Armię Czerwoną, która przypada 27 stycznia 1945 r. Wtedy właśnie na teren Auschwitz wkroczyli żołnierze I Frontu Białoruskiego.
W Auschwitz zginęło ponad 1,1 miliona osób. Dla ponad miliona z nich jedynym powodem śmierci było to, że urodzili się Żydami.
Pierwsi więźniowie przekroczyli bramy obozu 14 czerwca 1940 r. Trafili tam Polacy, bo początkowo nie planowano w nim mordowania Żydów. Obóz zorganizował ambitny oficer SS Rudolf Höss, zaufany Himmlera. Bez jego ambicji i zdolności przywódczych bezprecedensowe masowe morderstwo ponad miliona niewinnych ludzi nigdy nie doszłoby do skutku.
Höss był antysemitą. Podobnie jak miliony Niemców uważał, że za klęską jego kraju w I wojnie światowej stoją głównie Żydzi i to jest problem Wielkich Niemiec. W latach 20. XX wieku wspierał bojówki Hitlera, trafił też na kilka lat do więzienia. I właśnie doświadczenie zdobyte w więzieniu pozwoliło ludziom pokroju Hössa zorganizować obozy koncentracyjne. Szatańskim wymysłem był m.in. system kapo (więźniowie sami się pilnują) i to, że uwięzieni nie znali daty wyjścia na wolność (a to przecież pozwala utrzymać względną równowagę psychiczną), czy system tortur i kar. Höss był też zwolennikiem morderczego systemu pracy więźniów - stąd na bramie obozu podobnie jak wcześniej w Dachau wisiało złowrogie hasło "Arbeit macht frei". Oczywiście była to cyniczna obietnica - bo owa wolność nie oznaczała uwolnienia z obozu, ale niewolniczą pracę.
Od obozu koncentracyjnego do obozu śmierci, jakim wkrótce stało się Auschwitz, droga daleka. Rees precyzyjnie opisuje, jak do tego doszło, jak ewoluowały pomysły hitlerowców, co zrobić z "problemem żydowskim", jak udoskonalano sposoby zabijania. Początkowo Niemcy bowiem chcieli po prostu wysiedlić wszystkich Żydów z Niemiec, Polski i innych podbitych krajów na Madagaskar. Nie wiadomo, czy rzeczywiście by się tak stało, gdyby Hitlerowi udało się podbić Wielką Brytanię (Madagaskar był jej kolonią). Problem stał się w rozumieniu faszystów jeszcze większy, gdy Hitler zaatakował ZSRR (żyły tam miliony Żydów). Obóz w Auschwitz z roku na rok się rozrastał. Więźniowie niewolniczo pracowali dla potrzeb Niemców. Jednocześnie uwięzieni umierali jeden za drugim - z 20 tys. Polaków ponad połowa nie żyła już na początku 1942 r.
Sytuacja na frontach wojny wciąż się zmieniała. Na zdobytych przez hitlerowców terenach ZSRR masowo rozstrzeliwano Żydów. Himmler w czasie jednej z inspekcji w Mińsku zobaczył te mordy na własne oczy. I zauważył wtedy, że nawet zaprawieni w bojach esesmani nie radzą sobie z zabijaniem. Nakazał więc wynaleźć inny spoosób. Zajęli się tym esesman z Instytutu Technicznego Policji Albert Widmann oraz Arthur Nebe, dowódca jednej z formacji Einsatzgruppe. Nebe opowiedział swoją historię. Pijany wracał samochodem do domu, zasnął za kierownicą, nie wyłączył silnika i o mały włos nie umarł. Inni metodę udoskonalili - stosując cyklon B.
Wiedza o Auchwitz to smutna wiedza o naturze ludzkiej. Mówi jeden z więźniów, który zdołał przeżyć obóz: - Wiele osób mnie pyta czego się tam nauczyłem. Jednej rzeczy mogę być tylko pewnien: nikt nie zna siebie. Człowiek, który zapytany o ulicę jest miły i dobry. Ten sam człowiek w innej sytacji może okazac się najgorszym sadystą. Czasem, gdy ktoś jest dla mnie dobry i miły, przyłapuję się na tym, że myślę: Jaki on byłby w obozie?





Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





