Rzeczpospolita
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 1671
-
- Ścieżki śródziemnomorskie
- Inga Grześczak
- (towar niedostępny)
Tomasz Stańczyk 2003-02-24
Recenzja-Rzeczpospolita - Smakuj dzień
Habent sua fata libelli! Ileż razy czytaliśmy to powiedzenie, używane powszechnie w znaczeniu: książki (tytuły) mają swoje losy. A jednak ta łacińska sentencja znajduje się w całkiem innym kontekście. Rzymianin Terentian Maur pisał bowiem w swym traktacie o odmiennym postrzeganiu treści tej samej książki przez różnych ludzi: "Książki mają swoje losy zależne od pojętności czytelnika". Każdy rozdział "Ścieżek śródziemnomorskich" Ingi Grześczak rozpoczyna się od łacińskiej lub greckiej maksymy, która jest punktem wyjścia do opowieści o dziejach pojęć, zwyczajach i poglądach Greków i Rzymian. Autorka nie zamyka się jednak w kręgu starożytności. Jej ścieżki prowadzą ku czasom późniejszym i nam współczesnym. W związku z pisarzami starożytnymi (oraz wybranymi maksymami) przywoływani są więc m.in. Szymborska, Tabucchi, Kawafis, Pawlikowska-Jasnorzewska, Eco. Maksyma "Edimus, ut vivamus, non vivimus, ut edamus" zestawiona jest ze zdaniem Brillat-Savarina: "Ci, co się obżerają i upijają, nie umieją ani jeść, ani pić". "Carpe diem" tłumaczymy jako "chwytaj dzień". Jednak Inga Grześczak zwraca uwagę, że, "carpere" oznacza skubać lub zrywać - wybieranie tego, co najlepsze, a więc nie łapczywe pochłanianie. "Varium et mutabile semper femina - ten cytat z "Eneidy" i jego późniejsze odmiany skłaniają autorkę do refleksji nad mizoginizmem i trudnymi do pogodzenia oczekiwaniami obu płci wobec siebie. Inne sentencje są punktem wyjścia do opowieści o ślubach i małżeństwach, winach, ucztach, wróżbach, sposobach mierzenia czasu, imionach, listach, przyjaźni i strojach. -
- Najdłuższa podróż
- Józef Baran
- (towar niedostępny)
Janusz Drzewucki 2003-02-24
Recenzja-Rzeczpospolita - Na koniec świata i dalej (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Najdłuższa podróż" nie jest kolejnym tomem wierszy w dorobku jednego z najoryginalniejszych poetów polskich średniego pokolenia, lecz zbiorem reportaży z podróży do Szwecji, Australii, USA oraz na Cypr i Ukrainę. Znajdziemy tu ponadto obszerne fragmenty dziennika pisarza z lat 1998 - 2002. Całość wieńczy narracja "Szpitalna spowiedź" oraz sprzężony z nią poemat, lub może raczej cykl, zatytułowany właśnie "Najdłuższa podróż". Z antypodów poeta wrócił do Krakowa, żeby odbyć jeszcze jedną podróż: z pozoru tylko do szpitala w Nowej Hucie, w rzeczywistości - na granicę życia i śmierci. "Rak to temat tabu" - powiada Józef Baran i jego konfesja niewątpliwie jest próbą przełamania tabu. O tajemniczej chorobie nicującej jego ciało, o strachu przez nią wywołanym pisze wprost, ale powściągliwie, w sposób maksymalnie wyważony. Nie ulega jednak wątpliwości, że pod tym cyzelowanym ze zdania na zdanie chłodem kryje się niepewność jutra. Właśnie niezaznany dotychczas lęk o życie, a także o najbliższych powoduje, że bohater Barana dokonuje radykalnego przewartościowania swojej prywatnej filozofii. Gdy wraca do zdrowia, a tym samym do świata i ludzi, przepełnia go niewysłowiona wręcz radość, którą najdoskonalej obrazuje dziecięcy wilczy apetyt na życie, o którym mowa w lirycznej modlitwie: "Bóg zapłać Ci Panie Boże". Do najefektowniejszych rozdziałów książki należy też sprawozdanie z wizyty w domu ciężko chorego, wybitnego szwedzkiego poety Tomasa Transtr?mera w V?sters, podczas której rozmawiano o sensie sztuki poetyckiej, z tym że w imieniu owładniętego paraliżem pisarza mówili jego żona Monika oraz tłumacz Leonard Neuger. Sam poeta czasami coś rysował na kartce, niekiedy grał jedną ręką na fortepianie, uśmiechał się znacząco, starał się mówić oczami. Oczywiście, "Najdłuższa podróż" jest również rozprawą o poezji, nad wyraz osobistą, by nie powiedzieć intymną. Baran jest poetą nie tylko wtedy, gdy formułuje swój program twórczy zatytułowany "Mój dekalog poetycki na 2001", ale także wówczas, gdy w Saravezza w Toskanii dochodzi do całkiem dowcipnego wniosku: "Włoski wpada w ucho dźwięcznie i lekko. Tu nawet książka telefoniczna brzmi jak poemat". -
- Odczytanie Listy
- Anna Grupińska
- cena: 36,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Krzysztof Masłoń 2003-02-24
Recenzja-Rzeczpospolita - Rekonstruowanie armii (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie mogło ich być mniej niż dwustu dwudziestu i nie więcej niż czterystu. O nich, żołnierzach Żydowskiej Organizacji Bojowej, opowiada Anka Grupińska w swoim "Odczytaniu Listy". Próbuje tym samym - powiada - zrekonstruować armię, która nigdy nie została zapisana. Trudna jest taka rekonstrukcja, mozolna, powstająca z ułomków wspomnień, z zapisków, cudzych opowieści i rozmów z tymi, którzy jeszcze pamiętają. Ale cóż począć z faktem, że powstanie w getcie warszawskim według Marka Edelmana skończyło się 8 lub 10 maja, według Antka Cukiermana - 23 lub 24 kwietnia, a zdaniem Kazika Ratajzera stało się to 28 kwietnia? Uzupełnia Anka Grupińska listę poległych w obronie getta, przesłaną przez ocalałych przywódców ŻOB do Londynu w 1943 r. Uzupełnia i poprawia ją. O niektórych bohaterach tej książki wiadomo stosunkowo dużo, o innych prawie nic. Zapamiętano tylko ich imiona: Icuś, Jechiel, Salka, Szlomo... Ale natrafiamy też na nazwiska historyczne, choćby przywódcy powstania Mordechaja Anielewicza, którego Marek Edelman zapamiętał jako "jedynego spośród nas, który mówił o honorze narodu". Popełnił samobójstwo, gdy 8 maja 1943 r. Niemcy zaatakowali bunkier przy ulicy Miłej 18. Tam też zastrzeliła koleżankę, a potem strzeliła do siebie Rywke Pasamonik. Nie chciała dostać się w ręce Niemców. Miała 21 lat, urodziła się na Czerniakowie, w rodzinie biednego mleczarza. Najmłodszym powstańcem był 13-letni Lusiek Błones. Znajdował się wraz z siostrą i chorym bratem w grupie, która wyszła kanałami z getta, a następnie przewieziono ją ciężarówką do Łomianek. Mieli się przyłączyć do partyzantów w lasach wyszkowskich. Nie zdążyli. Wydał ich Niemcom chłop z Płud, który obiecał im schronienie. Podobno skarżył się potem we wsi, że dostał za małą nagrodę za zadenuncjowanych Żydów. "Getto warszawskie nie ma cmentarza" - pisze w krótkiej przedmowie Marek Edelman. Anka Grupińska tworzy taki cmentarz Żydowskiej Organizacji Bojowej. "A ten cmentarz - cytuję Edelmana - nie z zieleni, kwiatów, nie z kamieni. To cmentarz z liter, cmentarz ze słów o tamtych ludziach. I będzie taki cmentarz stał na półkach, i każdego dnia przypomni nam tych, którzy kamiennych grobów nie mają". -
- Świat. Fotografie dzieci z Jasionki i Krzywej
- (towar niedostępny)
Tomasz Stańczyk 2003-02-24
Recenzja-Rzeczpospolita - Świat Krzywej i Jasionki
Pomysł był prosty - pisze we wstępie do albumu - inicjator przedsięwzięcia, fotoreporter Piotr Janowski z "Gazety Wyborczej", wcześniej pracujący w "Rzeczpospolitej". Rozdał on kilkunastolatkom w dwóch wsiach Beskidu Niskiego, Krzywej i Jasionce, proste aparaty fotograficzne i filmy, "bez żadnych niepotrzebnych wskazówek". Tak powstał album zatytułowany "Świat". To, co pokazuje - rodzinę, przyjaciół, zwierzęta, zabawy i zabawki, pracę, wnętrza domów - jest niemal całym światem dla ich autorów. Patrzymy na ten świat nie oczyma przybysza z zewnątrz, który zapewne ujrzałby inne rzeczy i sytuacje, lecz jego mieszkańca. Poznajemy wieś istniejącą poza głównym nurtem czasu, który tak szybko zmienia dziś rzeczywistość. Jedynymi samochodami na zdjęciach są polskie Fiaty 126p. Na ścianach wiszą makatki z jeleniem, oleodrukowa Święta Rodzina, pokolorowane zdjęcia portretowe. A obok plakaty z wizerunkami światowych gwiazd filmu, muzyki pop oraz samochodami. Na ławce siedzi mężczyzna z harmonią. Do wsi przyjeżdża autobus-sklep. Kopnięta piłka zawisła na wysokości drutów telefonicznych. Ktoś skacze do rzeki. Ktoś kosi. Ktoś jedzie na traktorze. Ktoś inny trzyma konia za uzdę. Kobieta trzyma ziemniaki w rękach. Mężczyźni piją piwo przed sklepem. Te fotografie nie mówią jednak wszystkiego o tym, z jaką rzeczywistością mamy do czynienia. Opowiada o niej Andrzej Stasiuk w tekście poprzedzającym zdjęcia. Krzywa i Jasionka są wsiami popegeerowskimi, skazanymi z braku pracy na bezczynność i zniknięcie. "Nikt nie wychodzi, ponieważ pada deszcz, ponieważ nie ma żadnych spraw, ponieważ nie są nikomu potrzebni, ponieważ nikt nie zjawia się, jak niegdyś, by powiedzieć, co zrobić z nadchodzącym dniem". Na swój sposób sielskie zdjęcia zestawione z tekstem Stasiuka nabierają dramatyzmu. Jedna z fotografii pokazuje zamyślonego chłopaka siedzącego na stosie rozłupanych pniaków. Jaka będzie przyszłość młodzieży z Jasionki i Krzywej? "No tak, zapomniałem o tej drodze - pisze Stasiuk - to jest dość nowa rzecz. Wybudowano ją dwa albo trzy lata temu. Być może jako ostatni znak, że czas najwyższy stąd uciekać". -
- Tekstylia. O "rocznikach siedemdziesiątych"
- Piotr Marecki, Igor Stokfiszewski, Michał Witkowski
- (towar niedostępny)
Jarosław Klejnocki 2003-02-03
Recenzja-Rzeczpospolita - Młodzi i starsi w natarciu
"Tekstylia", imponującą (głównie objętością) antologię tekstów dwudziestoletnich prozaików, poetów i krytyków literatury, uznano przede wszystkim (dosadnie zrobiła tak na przykład Kinga Dunin w tekście "Małolepsi", "Res Publica Nowa" 12/2002) za gest autopromocyjny, pierwszy tak wyrazisty od czasów marketingowych zabiegów twórców z tzw. pokolenia "bruLionu" (m.in. Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło, Marcin Baran, Krzysztof Koehler) z początku lat dziewięćdziesiątych. Zapewne patronuje tej antologii chęć zaprezentowania dorobku "roczników siedemdziesiątych" szerszej publiczności, a żeby taka prezentacja była choć odrobinę skuteczna, trzeba dokonać jej przez przedstawienie całej grupy jako całości. Zweryfikujmy więc od razu: wśród młodych dwudziestoletnich pisarzy próżno szukać jakichś wyrazistych środowisk artystycznych, które dysponują klarownym programem twórczym. "Tekstylia" to raczej panorama osobliwości; pisarze, najogólniej mówiąc dziwaczni, sąsiadują z interesującymi talentami, na przykład Dorotą Masłowską - laureatką Paszportu Polityki 2002, Wojciechem Kuczokiem, nominowanym do Nike 2001, czy, niestety zmarłą tragicznie, Dominiką Kiwerską, niegdyś laureatką konkursu literackiego "Machiny". A wierszom czy fragmentom prozy ambitnej i intrygującej towarzyszą kuriozalne wypociny. Jednym słowem, "Tekstylia" - jak każda zresztą antologia - to książka nierówna. Niemniej jest to jedyna tak zwarta prezentacja naprawdę młodych pisarzy, tych, którzy stanowią nadzieję polskiej literatury na przyszłość. I choć Krzysztof Masłoń w artykule omawiającym wszechstronnie (acz krytycznie) antologię na łamach "Rzeczpospolitej" ("Świat o smaku balonówy" - "Plus Minus" nr 52/2002) uznał tę tezę za szczególnie ryzykowną, to książka jednak warta jest przejrzenia, jeśli chcemy - choćby ogólnie - zorientować się, co słychać wśród debiutantów i co z nich może wyrosnąć. Podobna intencja - z jednej strony przypomnienia, a z drugiej prezentacji - patronuje najnowszej inicjatywie edytorskiej oficyny Lampa i Iskra Boża Pawła Dunin-Wąsowicza (wydawcy głośnej i kontrowersyjnej "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" wspomnianej Doroty Masłowskiej). Oto dziesięć lat temu ukazała się słynna w młodoliterackich (i nie tylko) kręgach tzw. fioletowa seria książek poetyckich, którą niegdyś magazyn artystyczny "bruLion" wprowadzał związanych z nim literatów na salony. Z tej rocznicowej okazji Dunin-Wąsowicz wznowił obecnie "Zimne kraje", debiutancki tom poetycki Marcina Świetlickiego, niewątpliwie najgłośniejszego poety z całej "stajni" "bruLionu". W podobnej, fioletowej, szacie graficznej wydał też książki debiutujących poetów, udatnie łącząc dojrzałość z młodością. Spośród nowych, promowanych przez szefa Lampy i Iskry Bożej autorów zwraca uwagę przede wszystkim Michał Kaczyński tomikiem "Warszawa płonie". Ten dwudziestoośmioletni poeta, krytyk sztuki oraz dziennikarz telewizyjnego "Pegaza" pisze wiersze gniewne, emocjonalne, ale też ilustracyjne, portretujące życie miejskie. Jego obrazki Warszawy czy też po prostu wielkiego urbanistycznego organizmu przynoszą dojmująco realistyczny portret miasta, które żyje nerwowo i szybko, które fascynuje i denerwuje jednocześnie. Czyta się je z niewątpliwym zaintrygowaniem, konfrontując rozpoznania autora z własnymi doświadczeniami. Kaczyński tworzy więc poezję nieobojętną, godną uwagi. Oby tylko znalazła swoich czytelników. -
- Ptaki
- Marek Skwarnicki
- cena: 14,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Janusz Drzewucki 2003-02-03
Recenzja-Rzeczpospolita - Na Rynku Głównym w Krakowie, przy Schodach Hiszpańskich w Rzymie
Urodził się w Grodnie, studiował na Uniwersytecie Warszawskim, przez wiele lat pracował w Bibliotece Narodowej, a jednak uchodzi Marek Skwarnicki - nie bez kozery - za jednego z najbardziej krakowskich poetów. Podobnie jak urodzony w Puławach Jerzy Harasymowicz czy urodzony we Lwowie Tadeusz Śliwiak, podobnie jak wywodzący się z Litwy Czesław Miłosz, który Krakowowi poświęcił niejeden ze swoich wierszy czy pochodząca z Wielkopolski Wisława Szymborska, która królewskiemu miastu nie zadedykowała nawet linijki. Akcja liryczna wierszy Skwarnickiego, ogłoszonych w zbiorze "Ptaki", rozgrywa się oczywiście nie tylko w Krakowie, choć tam najczęściej. Oto, składający się z pięciu części, cykl "Muzykanci" o ulicznych grajkach. W części pierwszej jesteśmy na ulicy Reformackiej, gdzie rosyjska emigrantka Tatiana zarabia na życie grą na wiolonczeli, w drugiej w dzielnicy Kazimierz, gdzie słuchamy Żyda z Sankt Petersburga, grającego na flecie. Gdy poeta zasugeruje, że w śródmieściu zarobi więcej, ten odpowie z godnością: "Jeruzalem jest wszędzie". Misza, student z Rosji, gra na skrzypcach u wylotu ulicy Sławkowskiej przy Rynku Głównym, przed domem, na którym wisi tablica, upamiętniająca kilkudniowy pobyt w Krakowie wielkiego niemieckiego poety Johanna Wolfganga Goethego. To w części trzeciej. W czwartej zaś słuchamy, jak pan Machura gra "Credo in unum Deum" na organach w klasztorze Benedyktynów w Tyńcu, natomiast w piątej widzimy małego, może siedmioletniego Cygana, uchodźcę z Rumunii, wygrywającego na zdezelowanym akordeonie sobie tylko znaną melodię: "Ma siedem lat i może umrzeć przypadkiem. / Uratujmy przynajmniej ludzi/ Spod ruin systemu". Podziwiając w wierszu "Widok z krakowskiego okna" pejzaż miasta, w którym osiadł w roku 1957, mając 27 lat, Marek Skwarnicki bynajmniej nie podziwia wyłącznie architektonicznej i urbanistycznej urody miasta, lecz zastanawia się: "Jakie jeszcze kraje/ Podbije flota śródziemnomorska/ Gdy współczesne mocarstwa przeminą". Niewątpliwie również w scenerii Krakowa rozgrywa się "Pasterka 1981", pod kościołem św. Anny lub św. Jacka, koło Franciszkanów lub Bernardynów: "A tu znów śniegiem miota niewolnicza zima. / Dzwony kołyszą się w mroku. Chodźmy do kościoła/ Krocząc wśród aut pancernych do swego Betlejem. / Anioł biały jak orzeł z nieba do nas woła/ Że się Bóg narodził i że moc truchleje". Nie jest przypadkiem, że bohaterem i zarazem podmiotem wiersza "Pouczenia krytyka Jerzego Kwiatkowskiego" jest wybitny krakowski literaturoznawca, autor książek o poezji, takich, jak "Klucze do wyobraźni" czy "Remont Pegazów", mówiący autorowi "Ptaków" ni mniej ni więcej: "Żeś jasno pisać zaczął za to cię pochwalam/ I że chcesz znów melodii przywrócić znaczenie. / Pamiętaj jednak o tym by sylaby liczyć/ I wiedzieć co jest akcentów wiecznym przeznaczeniem". Jak się wcześniej rzekło, akcja wierszy Skwarnickiego rozgrywa się nie tylko w Krakowie, także w Atenach i w Kairze oraz na Manhattanie w Nowym Jorku i w dolinie Teotihuacan w Meksyku, na Malcie i w Damaszku oraz w Rzymie, dokąd poeta - przyjaciel papieża Jana Pawła II, felietonista "Tygodnika Powszechnego" - jeździ często od lat. Podczas jednej z wizyt nad Tybrem w restauracji obok Schodów Hiszpańskich spotkał się ze starym poetą, "ze zmrużonymi oczyma/ Twarzą pooraną bruzdami życia", wobec którego czuł się zawsze "jak uczeń w ławce świata". Tym niewymienionym w utworze z nazwiska twórcą jest zapewne Czesław Miłosz. Wszak to on kryje się za umieszczoną pod tytułem "Spotkanie w Rzymie" dedykacją "C. M. "! Spotkanie jak spotkanie, rozmowa na przypadkowe tematy, trochę wina. -
- Pisarz i los. O twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
- Ewa Bieńkowska
- (towar niedostępny)
Zdzisław Kudelski 2003-02-03
Recenzja-Rzeczpospolita - Historia zestrzelonego w locie
Nowa książka Ewy Bieńkowskiej "Pisarz i los" to osobiste świadectwo obcowania z twórczością Herlinga. Autorka traktuje pisarza jako jednego z najwybitniejszych twórców literatury, nie tylko polskiej. Pisze o nim z podziwem, z erudycją, chwilami z pasją. Czasami wdaje się nawet w polemikę z nieżyjącym pisarzem. Jednak zainteresowany czytelnik, który chciałby podążyć tropem myśli autorki i jej licznych lektur, będzie miał utrudnione zadanie. Poza datami cytowanych zapisów z "Dziennika pisanego nocą" Ewa Bieńkowska nie podaje żadnych odsyłaczy ani do przytaczanych tekstów Herlinga, ani do przywoływanych choćby aluzyjnie wypowiedzi innych autorów. Wprawdzie jest to książka eseistyczna, w której nie muszą się znaleźć tego typu szczegółowe informacje, ale mnie jako czytelnikowi ich brakuje. Szkoda również, że autorka tak oszczędnie przywołuje głosy swoich poprzedników piszących o Grudzińskim. Począwszy od "Przedmowy" Józefa Czapskiego do "Żywych i umarłych" (1945) - teksty o Herlingu stanowią obszerny zestaw publikacji. W samych latach 90. powstało ponad 400 opracowań, studiów i poważniejszych artykułów. Choćby o niektórych warto pamiętać, np. o rozważaniach Józefa Wittlina o zakorzenieniu Herlinga-Grudzińskiego w Italii, Jerzego Stempowskiego o rodowodzie jego prozy, Konstantego Jeleńskiego o zagadkowości "Dziennika pisanego nocą". Tym bardziej że w żaden sposób nie umniejszyłoby to oryginalności autorki, a można odnieść wrażenie, że przed Ewą Bieńkowską prawie nikt o Herlingu nie pisał. Nie chodzi mi tu o własną osobę, ale o znakomitych eseistów i krytyków na emigracji i w kraju. Jeśli według autorki to było zbędne, powinna o tym czytelnika uprzedzić. Osobowość i los Książka składa się z czterech części: "Wyjście z milczenia", "Syn czasu", "Świat z Pierwszych Elementów", "Słowa-zaklęcia". We wszystkich Bieńkowska krąży wokół najważniejszych problemów pisarstwa Herlinga, wielokrotnie wracając do omawianych wcześniej spraw i uzupełniając je nowymi refleksjami. Skupia się przede wszystkim na dojrzałej twórczości Herlinga, zwłaszcza na "Dzienniku pisanym nocą" i opowiadaniach. "Inny Świat" - dla wielu czytelników najważniejsza książka pisarza - jest stale obecny w tle, ale autorka nie poświęciła mu osobnych rozważań. Zastanawiając się nad źródłami twórczości Herlinga, Ewa Bieńkowska pisze: "Im dłużej go czytam, wchodzę w labirynt jego dzieł, tym bardziej prześladuje mnie pytanie: na czym wyrosła ta niezwykła całość, wydająca tak inny ton? Jakie są elementy ÇzarodkoweČ, z których została wyhodowana, przez długie lata życia, bogatego w perypetie i okresami skupionego na samotnej pracy wewnętrznej? Oczywiście - wyrosła na osobowości i na losie". I zaraz dodaje: "intensywne uczestnictwo w sprawach zbiorowych i pracę nad sobą". -
- Przegrany
- Thomas Bernhard
- (towar niedostępny)
Janusz Drzewucki 2003-02-03
Recenzja-Rzeczpospolita - Być kimś albo nikim (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Czy ma sens uprawianie jakiejkolwiek dziedziny sztuki - muzyki, literatury, malarstwa - skoro jest jasne i oczywiste, że nie osiągnie się szczytu? Bohaterem "Przegranego" Thomasa Bernharda jest i nie jest Glenn Gould, jeden z największych wirtuozów fortepianu XX wieku. Co prawda światowej sławy pianista występuje w książce, tyle tylko że Glenn Gould - bohater powieści, i Glenn Gould - artysta, którego znajdziemy w każdej encyklopedii muzycznej, to niekoniecznie jedna i ta sama osoba. Oto fakty, których nie sposób zignorować. W powieści Bernharda kanadyjski pianista studiuje u Vladimira Horowitza w Mozarteum w Salzburgu, tymczasem Gould nigdy nie studiował ani u Horowitza, ani w Mozarteum. Zmarł nie w wieku 51 lat, lecz mając lat 50. Narrator powieści wspominając rzekome studia w Mozarteum w 1953 r., mówi, że działo się to 28 lat temu. Zatem snuje wspomnienia z perspektywy 1981 r. Co ważne, Glenn Gould już nie żyje. Ale powieściowy Glenn Gould! Bo Glenn Gould, którego nagrania płytowe Bacha i Bartoka podziwiamy do dzisiaj, zmarł w 1982 r. Mistrz, uczeń O czym świadczą te zabiegi Bernharda? Że nie zamierzał wcale pisać powieści biograficznej - to po pierwsze, a po drugie - że bohaterem swej powieści uczynił geniusza fortepianu, którego Gould okazuje się co najwyżej pierwowzorem. Dlatego też wszelkie przeinaczenia i odstępstwa należy traktować jako efekt pisarskiej premedytacji. Glenn Gould nie jest zresztą jedynym bohaterem "Przegranego", lecz jednym z trzech. Nie jest też bohaterem tytułowym. Ważniejsi od niego są przyjaciele z kursu u Horowitza: Wertheimer, określony przez niego mianem Przegranego, oraz narrator, którego miał kiedyś przewrotnie nazwać Filozofem. Zarówno jeden - wychowanek słynnej Akademii w Wiedniu, jak i drugi - absolwent równie słynnego Mozarteum, zapowiadali się na świetnych pianistów. Prawdopodobnie ich udziałem stałyby się wielkie kariery. Wygrywaliby solistyczne konkursy, jeździliby po świecie z recitalami i koncertami, zdobywali nagrody i sławę. Stało się inaczej. Wszystko - o paradoksie - przez Goulda. Pod koniec kursu, którego przedmiotem były "Wariacje Goldbergowskie" Bacha, stało się jasne, że uczeń gra lepiej od mistrza, jest lepszy od każdego, kto odważy się usiąść przy fortepianie. Gra jak geniusz, nie starając się bynajmniej grać jak geniusz, nie myśląc nawet o tym, że powinien grać jak geniusz. Czy zatem ma sens uprawianie jakiejkolwiek dziedziny sztuki - muzyki, literatury, malarstwa - skoro jest jasne i oczywiste, że nie osiągnie się szczytu? Żeby zadać sobie to pytanie, Wertheimer potrzebował miesięcy, tymczasem ten trzeci, porte parole Bernharda, wyznaje: "Całymi latami uczymy się grać na instrumencie, któryśmy sami sobie wybrali, i naraz okazuje się, po całych tych latach trudu i również chyba przygnębienia, że wystarczy kilka taktów geniusza, a jesteśmy straceni". W mig zorientował się, że nie dorówna genialnemu Kanadyjczykowi, artyście z krwi i kości. Nigdy, przenigdy. Owszem, niewykluczone, że po latach nauki i ćwiczeń znalazłby się w kręgu najlepszych, tyle tylko że to mu nie wystarcza. Musi "być najlepszym albo nikim". W jednej chwili zdał sobie sprawę z własnej przyszłości - jako jednego z wielu, z tych, co to: "Zaczynają z ambicjami wielkich wirtuozów, a potem przez dziesiątki lat pędzą żałosną egzystencję już tylko jako nauczyciele pianina". -
- Orfeusz i Eurydyka
- Czesław Miłosz
- (towar niedostępny)
Elżbieta Sawicka 2003-02-03
Recenzja-Rzeczpospolita - Twarz Eurydyki (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Poemat Czesława Miłosza "Orfeusz i Eurydyka", poświęcony Carol, zmarłej przed kilkoma miesiącami żonie poety, po raz pierwszy wydrukowany był na łamach "Tygodnika Powszechnego" 6 października ubiegłego roku. Teraz wyszedł w pięknym, bibliofilskim wydaniu książkowym nakładem Wydawnictwa Literackiego. Polskiemu oryginałowi towarzyszą cztery przekłady na języki obce. Wersja angielska jest wspólnym dziełem samego Miłosza i Roberta Hassa, poety i tłumacza pochodzącego z Kalifornii, dwukrotnego Poety-Laureata Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych. Na niemiecki przełożyła tekst mieszkająca w Wiedniu Doreen Daume, na rosyjski poeta z Syberii (z zawodu fizyk) Anatol Roitman. Tłumaczenia na język szwedzki dokonał zasłużony dla popularyzacji poezji polskiej Anders Bodegard ze Sztokholmu. Na okładce książki umieszczono fragment obrazu Tycjana "Orfeusz i Eurydyka" ze zbiorów Accademia Carrara w Bergamo. Mit o Orfeuszu, który schodzi do Hadesu w poszukiwaniu swojej zmarłej żony Eurydyki, fascynował twórców od wieków. Odwoływali się do niego poeci, pisarze, muzycy, malarze, rzeźbiarze (w 1949 roku powstała nawet wersja filmowa mitu: rozgrywający się we współczesnym Paryżu "Orfeusz" Jeana Cocteau). Długi i wspaniały korowód - nie sposób wymienić wszystkich, przypomnijmy więc tylko najsłynniejszych: Wergiliusz, Owidiusz, Shelley, Rilke, Liszt, Berlioz, Monteverdi, Gluck, Haydn, Igor Strawiński, Tycjan, Rubens, Tiepolo, Mantegna, Luca Signorelli, Giovanni Bellini, Tintoretto, Giorgione, Delacroix, Antonio Canova, August Rodin. Nie wykluczam, że wśród tego legionu twórców mogli znaleźć się i ci, dla których mit o Orfeuszu i Eurydyce miał wymiar osobisty, dotykał ich prywatnego dramatu. Mógł mieć, ale nie musiał. Dla Czesława Miłosza ma taki wymiar na pewno. -
- Choroba dyplomatyczna
- Daniel Passent
- (towar niedostępny)
Maciej Rybiński 2003-01-30
Recenzja-Rzeczpospolita - Dyplomacja rodzinna
Zamierzałem kupić w księgarni "Szkice sceptyczne" Bertranda Russella, kiedy zauważyłem na okładce napis "Urban poleca". Nie wiem, jak to się dzieje, że Urban poleca Russela, być może dlatego, że filozof przyznał się kiedyś do masturbacji. W każdym razie nie kupiłem. Zamiast Russela nabyłem Daniela Passenta (też dwa s) "Chorobę dyplomatyczną", którą w ostatniej "Polityce" poleca Krzysztof Mroziewicz. Mroziewicz jest wymieniony u Passenta dwa razy, przy czym raz jako kuzyn Roberta Mroziewicza, wymienionego pięć razy. Urban Jerzy wymieniony jest trzy razy, więc powinien polecać także Passenta, a nie Russela, który Urbana nawet nie wspomniał. Mroziewicz, wymieniony dwa razy, porównuje Passenta i jego dzieło z Johnem Kennethem Galbraithem, Octavio Pazem, Carpentierem, Kuśniewiczem, Brezą i Miłoszem, wymienionym trzy razy, o dwa razy więcej niż Gadzinowski i Jimmy Carter, oraz zachęca do lektury prezentacją takich postaci historycznych, jak Pinochet, Honecker i Alicja Grześkowiak, wymieniona aż 15 razy, podczas gdy Gudzowatemu poświęcone są zaledwie dwie wzmianki, a Marlenie Dietrich tylko jedna. W tej książce, która jest opisem walki ambasadora Passenta z niechęcią Warszawy do utrzymywania stosunków dyplomatycznych i gospodarczych z Ameryką Południową w ogóle, a Chile, gdzie pełnił misję, w szczególności, najbardziej pasjonujący jest indeks nazwisk. Wskazuje, że mamy do czynienia z księgą rodzinną i towarzyską. Passent Agata wymieniona jest dziewięć razy, Passent Bernard dwa razy, Passent Izabela (z domu Mic) dwa razy, Passent Marek raz, Passent Marta 33 razy, Jakub Prawin (wuj) jedenaście razy, Prawinowa Anna (wujenka) dwa razy, Dobromirski Łukasz (pasierb autora) sześć razy i Osiecka Agnieszka (była żona) osiem razy. Rodzina Kwaśniewskich wymieniona jest sześć razy, Kwaśniewski Aleksander (bez Jolanty) 41 razy, Kwaśniewska Jolanta (bez Aleksandra) dwanaście razy. Natomiast Kiszczak Czesław jest wymieniony trzy razy, tyle samo, ile prezydent Chile Eduardo Frei Ruiz Tagle, razem z całą rodziną i zdjęciem, albo Ludgarda Buzek solo. Różnica między miejscem poświęconym przez ambasadora Chilijczykom i innym obcokrajowcom a Polakom pokazuje, że albo Passent nigdy naprawdę z Polski nie wyjechał, a jeśli wyjechał, to niepotrzebnie, bo niewiele zaznał, albo że rację ma Mroziewicz, wskazując, iż różnica między dyplomatą a publicystą jest taka, że dyplomata wie wszystko, ale nie wszystko może napisać. Toteż porachunki polityczne w tej książce są domowe, ze świata są opisy przyrody i klimatu, w najmniejszym stopniu nie politycznego. A z Polski jest wszystko. Jest Michnik Adam (dziesięć razy), Łuczywo Helena (trzy razy) i Rywin Lew (jeden raz). O tym ostatnim Daniel Passent pisze: "Jak na polskie życie polityczne (krwawe, jak dodaje mój przyjaciel Lew Rywin) fenomen równowagi i przetrwania." Po tym cytacie Passent powinien być wezwany jako świadek do prokuratury i opowiedzieć raz jeszcze o Alicji Grześkowiak, bo to umie najbarwniej. Mroziewicz (Krzysztof) mógłby mu towarzyszyc jako adwokat.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













