Rzeczpospolita

Recenzje:

Liczba wszystkich recenzji: 1671

  • Dolina Rospudy - wersja trójjęzyczna: polsko - angielsko - niemiecka

    Krzysztof Kowalski 2007-07-31

      (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Dolina Rospudy to najbardziej nagłośniony region w Europie, zajmują się nim media, politycy z Warszawy i Brukseli, samorządowcy z Augustowa. Ale czy wiedzą, o czym mówią i piszą, czego bronią i co chcą zniszczyć, budując drogę? Jeśli nie, mają szansę to nadrobić, sięgając po album krakowskiej oficyny. Najlepszą rekomendacją dla tego woluminu są jego autorzy. Zdjęcia zrobili Waldemar Bzura i Peter Scherbruk. Ten pierwszy jest rodowitym Mazurem, mieszka we wsi Krutyń koło Rucianego-Nidy, jest leśnikiem, pracuje w Mazurskim Parku Krajobrazowym. Drugi, urodzony w Olsztynie, od 27 lat mieszka w Niemczech, jest wydawcą i naczelnym redaktorem niemieckiego czasopisma fotograficzno-przyrodniczego "Naturblick". Jest jeszcze trzecia osoba - autor tekstu - dr Jerzy Kruszelnicki, od 25 lat mieszkający na Mazurach, botanik i ekolog, główny specjalista ds. ochrony przyrody i krajobrazu w Mazurskim Parku Krajobrazowym. Zdjęcia mówią same za siebie, a tekst przedstawia historię regionu, dzieje geologiczne rzeki i jej doliny, ukazuje przyrodę i architekturę regionu. Ponieważ wokół tego skrawka Polski powstało w ostatnim czasie wiele nieporozumień, dr Kruszelnicki nie omija tego zapalnego punktu, lecz zamiast dolewać oliwy do ognia, studzi emocje, ukazuje argumenty za i przeciw, wreszcie proponuje własne, alternatywne rozwiązania - bowiem może ich być kilka. Natomiast jedno jest pewne, a Kruszelnicki mówi to bez ogródek: "Wybudowanie czegokolwiek przez środek bagiennej doliny Rospudy zawsze będzie wzbudzało kontrowersje i zniszczy jakieś jej walory".
  • Trzynasta opowieść

    Krzysztof Masłoń 2006-11-08

    Słowa biorące w niewolę Recenzja Rzeczypospolitej - Wydawnictwo Amber   (41 z 55 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Debiutancki bestseller "Trzynasta opowieść" Diane Setterfield to kolejny dowód na to, że literatura się odradza, porzucając idiotyczne eksperymenty i postmodernistyczny bełkot. [...] "Trzynasta opowieść" szturmem zdobyła pierwsze miejsce na listach bestsellerów w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych, gdzie ostatnim tak poczytnym pisarzem rodem z Anglii był dziesięć lat temu Nicholas Evans z "Zaklinaczem koni", który zresztą podbił Amerykę dopiero po ekranizacji Roberta Redforda. Tym większą uwagę zwraca sukces powieści Dianę Setterfield, już wydanej bądź przygotowywanej do wydania w 32 krajach. „Trzynasta opowieść" jest głębokim ukłonem w stronę literatury klasycznej, tradycyjnej powieści XIX-wiecznej z jej obroną trwałych wartości, z lekka staroświeckim humanitaryzmem, a przede wszystkim - z cudowną narracją: tyleż pasjonującą, ile piękną. Dawni autorzy świadomi byli bowiem tego, że kluczem do powieściopisarskiego powodzenia jest umiejętność snucia opowieści. "Jest coś takiego w słowach - powiada narratorka »Trzynastej opowieści«. - We wprawnych rękach, zręcznie pokierowane, biorą cię w niewolę. Owijają się jak pajęczyna wokół członków, a kiedy już cię tak spętają, że nie możesz się ruszyć, przebiją ci skórę, wnikają w krew, paraliżują myśli. W tobie odprawiają swoje czary". Takie czarodziejskie talenty miała Vida Winter, największa powieściopisarka swoich czasów, nazywana Dickensem naszego wieku, autorka 56 książek, z których 19 zostało sfilmowanych. O wywiady z nią zabiegały wszystkie liczące się agencje prasowe i najważniejsze pisma. Pisarka rozmawiała z dziennikarzami, za każdym razem opowiadając inną historię swojego życia: zbiegłej córki paryskiej kurtyzany, sieroty wychowywanej w klasztorze w Szwajcarii, dziecka ulicy z East Endu czy odłączonej od rodziców dziewczynki, która w egzotycznym Bombaju zarabia na chleb jako bajarka. Pewnego razu odwiedzi ją jednak młody człowiek i poprosi o jedno: "Niech mi pani powie prawdę". Nie spełni jego życzenia, zmyślając kolejną historyjkę, ale po latach, już u schyłku życia, wybierze sobie osobę, której - jak się jej wydaje - mogłaby zwierzyć się z tego, co do tej pory skrywała przed światem. I tak Margaret Lea, córka antykwariusza z Cambridge, żyjąca w świecie literatury i bardziej kochająca książki niż ludzi, staje się biografką najsławniejszej pisarki współczesnej. W ten sposób zawiązuje się akcja "Trzynastej opowieści" i rozpoczyna żmudne dochodzenie do prawdy: strasznej i fascynującej, a w ostatecznym rozrachunku zbawiennej dla wszystkich zainteresowanych. Powieść Dianę Setterfield przypomina proste prawdy: że dobre książki powinny mieć swój początek, środek - z rozwinięciem fabuły - i zakończenie; że dla literatury nie ma tematów tabu, a o najtrudniejszych, najbardziej nawet drastycznych sprawach może mówić bez brutalizmów, wręcz językiem salonu; że to, co nas kształtuje, tkwi w dzieciństwie, nieraz najwcześniejszym, a cała reszta to - jak pisał Słowacki - "Ludzie... Mrówki, robaki, kamienie...", które mijamy na naszej drodze życia. Motto powieści Setterfield rozpoczyna się od pytań: "Chcesz kogoś poznać? Jego serce, umysł i duszę? To poproś go, żeby ci opowiedział, jak to było, kiedy się urodził. To, co usłyszysz, nie będzie prawdą, będzie opowieścią. A nic nie jest tak wymowne, jak opowieść". "Trzynasta opowieść" to jeszcze jeden bestseller - po m.in. powieściach Pereza-Reverte i Zafona - dziejący się wśród książek. Angielska pisarka przywołuje powieści sióstr Bronte, odwołuje się do Dickensa, do "Kobiety w bieli" Williama W. Collinsa, ostatecznie do "Rebeki" Daphne du Maurier. "Trzynasta opowieść" jest też hymnem na cześć literatury widzianej jako sztuka opowiadania, odwołującego się przede wszystkim do czytelniczych emocji. Diane Setterfield zapytana o swą ulubioną książkę, wskazała na "Serce to samotny myśliwy" Carson McCullers. Nieprzypadkowo.
  • Monika Rogozińska 2006-05-19

    Recenzja "Rzeczpospolitej" - 19 maja 2006 Z pytonem pod podłogą   (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Australijka Kathy Golski z czwórką dzieci spędziła dwa lata w dżungli Papui Nowej Gwinei. Kiedy wyruszała, najstarsze miało 13 lat, najmłodsze sześć tygodni. Ta przygoda nauczyła ich, jak ważna jest w ekstremalnych warunkach rodzina, ale także otwarcie na innych, obcych. <br> Na podstawie pamiętnika pod koniec lat 90. napisała książkę "Pod opieką przodków", którą w Australii ogłoszono bestsellerem, polecanym przez uczelnie kulturoznawcom i... kobietom. Właśnie wydano ją u nas. Z tej okazji Kathy Golski odwiedziła wraz z córką Polskę. Swego pierwszego męża spotkała na przystanku autobusowym przed szpitalem w Sydney. - Studiowaliśmy na tym samym uniwersytecie, ja sztuki piękne, on medycynę. Kiedy w 1958 r. przyjechał z Krakowa do Australii bez znajomości angielskiego, musiał powtórzyć studia - opowiada Kathy Golski. - Właśnie otrzymał dyplom. Stał przystojny, w białej marynarce. Uśmiechnął się do mnie. Patrzyliśmy na siebie, kiedy odjeżdżałam autobusem... Tydzień później spotkałam go na przyjęciu. Od razu się rozpoznaliśmy. Moi rodzice zaakceptowali Olka Golskiego. Był lekarzem, tak jak mój ojciec. Co wiedziała wcześniej o Polsce? - Miałam na uniwersytecie dwie przyjaciółki, Rosjankę i Polkę Irenę. Dzięki nim pokochałam rosyjską muzykę, polską kapustę, bigos, barszcz, pierogi. W mojej dużej rodzinie nie przelewało się. W domu Ireny wrażenie robił stół. Gromadził, był wyrazem wzajemnej miłości. Po ślubie z Olkiem mieszkała w Londynie, gdzie szykował doktorat, w Melbourne, w Canberze. Urodziła mu Nadię, Jana i Miszkę. Zajmowała się domem i dziećmi. Malowała. Była szczęśliwa. Aż nadeszła tragiczna noc majowa 1978 r. Dwóch mężów z Polski Olek jechał po ciemku rowerem ze szpitala do domu. Spieszył się. Miał dyżur, a chciał z rodziną i przyjaciółmi obejrzeć ceremonię otwarcia mistrzostw świata w piłce nożnej. Grała polska drużyna. Zabił go samochód prowadzony przez pijanego kierowcę. Kolega Olka, Wojciech Dąbrowski, był wtedy u nich z wizytą. Polski antropolog zamierzał robić doktorat na uniwersytecie w Canberze. Otoczył opieką wdowę i dzieci. -Wojtek potrafił współodczuwać. Wiedział, co znaczy utrata bliskich -mówi Kathy. -W krótkim czasie stracił matkę, ojca, dziadka... Bardzo mi pomagał. Narodziło się przywiązanie, miłość. W obydwu mężczyznach z intrygującej ją Polski Australijka odnalazła wiele wspólnego. - Byli szalenie interesującymi ludźmi, obdarzonymi wewnętrzną siłą, wielkim sercem i jeszcze większą fantazją. Romantycy, choć niezbyt łatwi w codziennym życiu. Ale czy może doprowadzać do prawdziwej furii kobietę ktoś, kto rozbudza w niej poezję? Po dwóch latach Kathy i Wojtek wzięli ślub. I wtedy rząd australijski przyznał antropologowi stypendium na badania terenowe. Miałopisać wpływ misji katolickiej na społeczności pierwotne. Jako miejsce swoich badań wybrał Papuę Nową Gwineę, a ściślej - misję katolicką Rulna w dolinie rzeki Jimi w samym środku górzystej dżungli. Prowadził ją polski zakonnik werbista. Właśnie ta misja była dla tubylców jedynym łącznikiem z zachodnią cywilizacją. Tereny, które rozciągały się wokół, oznaczono na mapach białym kolorem i napisem "obszar niezbadany".
  • Wniebowzięci, czyli jak to się robi hydrozagadkę

    Grzegorz Sowula 2004-09-06

    Recenzja-Rzeczpospolita - Ziemskie sprawy podniebnego duetu   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Tytuł książki Macieja Łuczaka zdradza, iż rzecz jest o trzech filmach, których łączą postacie reżysera, scenarzystów, przede wszystkim zaś aktorów - Zdzisława Maklakiewicza i Jana Himilsbacha. Niezapomnianą dwójkę bohaterów kilku obrazów i setek opowieści, dowcipów i dykteryjek otacza coraz bogatsza legenda. "Co roku rosną rzesze wielbicieli oraz przyjaciół, którzy pili z Maklakiewiczem w Spatifie albo wpadali na Himilsbacha w bramie", pokpiwa autor. Nic w tym jednak dziwnego, obaj autentycznie "wprowadzali element baśniowy do szarej rzeczywistości". To poetyckie określenie Himilsbacha, które zapożyczył od Hłaski, miało także drugie, bardziej prozaiczne znaczenie: picie alkoholu. A tego było w życiu obu kompanów sporo, "byli nierozłączni, jak pijaństwo i kac", charakteryzuje ich autor. Nie jest to jednak książka o alkoholowych ekscesach, a o kilku kultowych dziś filmach i środowisku filmowym, w którego centrum byli ich bohaterowie. "Wniebowzięci", opowieść o samolotowej wyprawie za wygraną w totolotka; "Hydrozagadka", ekranowy pastisz komiksów z pozytywnym bohaterem, oraz "Jak to się robi?", czyli komedia o niespełnionych filmowcach, były najbardziej znanymi (poza "Rejsem") obrazami z udziałem Maklakiewicza i Himilsbacha. Łuczak pisze interesująco, w swoją narrację wplata masę szczegółów (nawet przeliczenie prawdziwej wartości loteryjnej wygranej), przerywa ją wypowiedziami przyjaciół z planu i twórców tych filmów (ich reżyserem był Andrzej Kondratiuk). Poznajemy dzięki temu dokładnie obu aktorów. Byli genialnymi naturszczykami, idealnie wcielającymi się w postacie facetów staroświecko charakternych, obdarzonych zdrowym chłopskim rozumem, subtelnie parodiujących inteligentów. Nie przychodziło im to łatwo. Maklakiewicz fenomenalnie improwizował, grał a vista; powtórzenia wychodziły słabo, niewiele przypominały zakulisowe wybuchy talentu. Himilsbachowi przeszkadzał alkohol, niemal zawsze potrafił wydostać spod ziemi jakąś flaszkę (Kondratiuk przykuwał go nawet kajdankami do łóżka, by gdzieś nie przepadł). A poza tym, w co trudno może uwierzyć, zazdrościli sobie wzajemnie dobrze powiedzianej kwestii czy brawurowo zagranej roli. Pod koniec lat 70. filmowi decydenci zaczęli ich sekować, zbyt mocno bowiem ośmieszali rzeczywistość. Nie zrobili wielkiej kariery jako kinowa para, słusznie jednak pisze autor, że dzięki temu "do dzisiaj żyje wielki mit niespełnionego duetu. (É) Ich legenda jest o wiele ciekawsza od tego, co osiągnęli jako artyści".
  • Krzysztof Masłoń 2004-08-27

    Recenzja - Rzeczpospolita - Bursztynowy fast food

    Zgodnie z przewidywaniami największy bestseller ostatnich lat - "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna i u nas bije rekordy popularności. Choćby z tego powodu warto sięgnąć do "Tajemnic kodu" Dana Bursteina, będących przewodnikiem po sekretach powieści, która zawładnęła wyobraźnią milionów czytelników na całym świecie. Niezależnie od tego, czy uważamy "Kod Leonarda da Vinci" za dzieło odkrywcze, odważnie poszukujące prawdy o początkach chrześcijaństwa, świętym Graalu i o tajnych stowarzyszeniach w rodzaju Zakonu Syjonu, czy też za obliczoną wyłącznie na finansowe powodzenie piramidalną bzdurę, do tego ostentacyjnie antykatolicką.

    Dlaczego Burstein, dotąd specjalizujący się w ekonomii, nagle zajął się tajemniczymi kodami wpisanymi w obrazy Leonarda, "żeńską świętością" Marii Magdaleny i współczesną działalnością Opus Dei? Podobno dlatego, że nie mógł oderwać się od lektury. Przepraszam, że wątpię. Nie ukrywam też, że rozśmiesza mnie Bursteinowe przekonanie, że Brown w swej powieści wzniósł "olbrzymi gmach idei, pełen fascynujących szczegółów i fragmentów intrygujących myśli". "Przedstawiciele naszej kultury pragną - wywodzi Dan Burstein - by ich zbiorowy umysł nakarmiono wreszcie czymś innym niż intelektualny fast food". A zatem historia o małżeństwie Jezusa z Marią Magdaleną, ich dziecku, z którego wywodziła się dynastia Merowingów, Kościele, któremu przewodzić miała kobieta itd., itp., jest odtrutką na New Age, postmodernizm i wszystkie inne "izmy", tak skutecznie deformujące literaturę ostatniego ćwierćwiecza? Pogratulować!

    Kiedy zaś czytam postulat, by społeczeństwo wreszcie doceniło, "w znacznie większym niż dotychczas stopniu artyzm autorów horrorów, thrillerów szpiegowskich i powieści sensacyjno-przygodowych" - jestem w domu. Ni mniej, ni więcej, przed Danem Brownem rysuje się perspektywa Nagrody Nobla.

    Niewątpliwie, jest Brown pisarzem wielce utalentowanym. Ale jego ulubionym autorem był Robert Ludlum, co widać, słychać i czuć. I nie miałoby sensu rozwodzenie się nad jeszcze jedną, zgrabnie skonstruowaną powieścią sensacyjną, jaką w istocie jest "Kod Leonarda da Vinci", gdyby nie to, że już na samym początku swego bestsellera Brown deklaruje prawdziwość opisywanych faktów, a przynajmniej zdarzeń i miejsc. Tymczasem w "Kodzie..." od błędów, równie wielkich co nieprzypadkowych, aż się roi.

    Nie trzeba zresztą eksperta, by postukać się w czoło po przeczytaniu u Browna, że boskości Jezusa o mało nie zakwestionował sobór nicejski. Rzeczywiście, stosunek głosów był wówczas 316 do 2. O mały włos... Jako "specjalista" w publikacji Bursteina występuje Timothy Freke, współautor książki "The Jesus Mysteries: Was The "Original JesusÇ a Pagan God", który w ogóle kwestionuje istnienie Chrystusa, a jedyny - jak uważa - dowód, że ktoś taki żył, uznaje za fałszerstwo. Co z tego, że na ten temat napisano dziesiątki tysięcy dzieł... Freke wie lepiej.

    Na szczęście w zredagowanej przez Dana Bursteina książce znajdziemy teksty zdroworozsądkowe, jak m.in. przypomnienie przez Deirdre Good z seminarium teologicznego nowojorskiego Kościoła episkopalnego, że historycy sztuki na podstawie szkiców Leonarda dawno temu już ustalili, iż na słynnym malowidle po prawicy Jezusa siedzi Jan, a nie jakakolwiek kobieta. Wprost też odrzuca tę sugestię Diane Apostolos-Cappadona z Georgetown University, "choć ta interpretacja doskonale pasuje do feministycznej teologii... a może do teologii ery postfeministycznej? Ale nie zmieni w prawdę czegoś, co nie jest prawdą"...

  • Herbata dla wielbłąda

    G. S. 2004-07-15

    Recenzja-Rzeczpospolita <BR> Powieść do płaczu i śmiechu

    Jarosław Mikołajewski, dziennikarz, poeta i tłumacz literatury włoskiej, nieoczekiwanie spróbował sił jako autor powieści kryminalnej. Bohaterem "Herbaty dla wielbłąda", mrocznego kryminału złożonego z odrębnych opowieści, jest prywatny łaps i uparty pijak McCoy. Walcząc z sektami, zabójstwami i tajemnicami, wreszcie złem wcielonym; szukając rozwiązań, próbuje również odnaleźć utraconą miłość. Wedle samego autora jest to powieść "zarówno błaha, jak i ważna, lektura dająca radochę i głębsze przeżycia"...
  • Pamięci, przemów. Autobiografia raz jeszcze

    KRZYSZTOF MASŁOŃ 2004-07-08

    Recenzja-Rzeczpospolita - Bilet do ojczyzny

    Autobiografia Vladimira Nabokova jest wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze: stanowi klucz do twórczości autora "Lolity", będąc "prafabułą" wielu jego utworów; a po drugie: jest niesłychanie literacka, wysmakowana stylistycznie, kompozycyjnie wyrafinowana. "To ta literackość - pisze w posłowiu Leszek Engelking - pozwala na zbudowanie dystansu, dzięki czemu tekst nie może nigdy osunąć się w sentymentalizm, którego Nabokov nie znosi i którego wystrzega się jak zarazy (...)". "Pamięci, przemów" to najpóźniejsza wersja autobiografii Nabokova, wydanej po angielsku w 1967 roku. Snuje w niej wspomnienia z dzieciństwa i młodości, obejmujące lata 1903 - 1940. Nawiasem mówiąc, właśnie do 1940 r. utwory swoje podpisywał pseudonimem W. Sirin. Wymieniając autorów rosyjskich poznanych na emigracji: Chodasiewicza i Bunina, Ałdanowa i Kuprina, Cwietajewą i Ajchenwalda, przyznaje w autobiografii: "najbardziej interesował mnie oczywiście Sirin. Należał do mojego pokolenia. Pośród młodych pisarzy wyrosłych na wygnaniu był najbardziej samotny i najbardziej nonszalancki". Pisarz zamierzał napisać kolejny tom wspomnień, tym razem z lat 1940 - 1960. Chciał opowiedzieć m.in. o swej przyjaźni z Edmundem Wilsonem i, rzecz jasna, o amerykańskich łowach na motyle (Nabokov przez pewien czas pracował naukowo w Muzeum Zoologii Porównawczej Uniwersytetu Harvarda). "W moich zwojach i tyglach - pisał - wciąż parują pewne substancje ulotne i topią się pewne metale". Do końca jednak metale te się nie stopiły i zapowiedziany tom "Pamięci, mów dalej" nigdy nie powstał. Sztuczki z zapałkami Już niemal na samym początku książki autor wyjaśnia, co jest dla niego w autobiografii najważniejsze. Przypomina epizod z 1904 r., gdy petersburski dom Nabokovów odwiedził przyjaciel rodziny, sławny generał Kuropatkin. Pięcioletni wtedy Vladimir Nabokov zapamiętał, że gość, który tego samego dnia otrzymał rozkaz objęcia naczelnego dowództwa nad armią rosyjską walczącą z Japonią na Dalekim Wschodzie, pokazywał mu sztuczki z zapałkami. Piętnaście lat później ojca autora "Pamięci, przemów", uciekającego z opanowanego przez bolszewików Sankt Petersburga na południe Rosji, zaczepił na moście siwobrody starzec w baraninie. Kuropatkin, bo on był tym starcem, prosił o ogień. Śledzenie wątków, jak ten - z zapałkami, "tropienie takich deseni tematycznych - powiada Nabokov - powinno, moim zdaniem, stanowić prawdziwy cel autobiografii". Zdechły szczur Rodzina Nabokovów, emigrując z Rosji, rozstała się z rajem. Raj ten znajdował się w Petersburgu i w jego okolicach, w wiejskich majątkach: Wyra, Rożdiestwieno, Batowo. Pierwszy należał do matki Vladimira, drugi - do jej brata, Wasilija Rukawisznikowa, w skrócie zwanego Ruką. Nieco, rzekłbym, ekscentrycznego. Ten dyplomata jąkał się i miał kłopoty z wymawianiem spółgłosek wargowych, zmienił więc imię swego stangreta z Piotra na Lwa... Ojciec pisarza - zdeklarowany liberał miał mu to za złe, zarzucając powinowatemu mentalność feudała.
  • Beerholm przedstawia

    Andrzej Masse 2004-04-05

    Recenzja "Rzeczpopspolita"   (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)

    Są takie książki, których treści ani formy nie powinno się zdradzać czytelnikowi. Odsłanianie choćby rąbka tajemnicy odbiera nie tylko przyjemność lektury, ale i sprawia, że owa lektura traci sens. Do takich książek należy powieść Daniela Kehlmanna "Beerholm przedstawia". Jak więc ją zaprezentować? Czy wystarczy powiedzieć, że opisane w niej przypadki tytułowego bohatera wiodą do zaskakującego rozwiązania, że prowadzona w pierwszej osobie narracja w czymś przypomina utwór muzyczny, gdzie tematy łączą się w konsekwentną strukturę, a motywy, wcześniej delikatnie i zrazu niezauważalnie antycypowane, z całą mocą wybrzmiewają dopiero w finale? Na koniec dać słowo honoru, że jest naprawdę niezła i warto po nią sięgnąć? "Beerholm przedstawia" przełożył z niemieckiego Jakub Ekier. Zrobił to zapewne dobrze, bo rzecz czyta się gładko, musiał jednak mieć podczas tej pracy niemało kłopotów, skoro zwracał się do specjalistów, aby pewne terminy mu wyjaśnili. Zestawienie dziedzin, w jakich tłumacz czuł się niepewnie, samo w sobie jest intrygujące, chodzi mianowicie o nauki ścisłe i... sztuki iluzjonistyczne. Co też mogą mieć ze sobą wspólnego precyzyjnie definiujące rzeczywistość wzory i wykresy oraz podejrzane zabawy z kartami? Otóż bardzo wiele. Zdradzę tylko tyle, że opis pewnej krzywej matematycznej śledzi się z wypiekami na twarzy, a próba rozwikłania, czym jest znana każdemu ze szkoły liczba pi, przypomina tutaj już nie magię, ale pochylanie się nad zagadką bytu. Właśnie, Kehlmann, z wykształcenia filozof, dotyka w swojej książce problemów ontologicznych, pyta o granice poznania i o naturę Boga. Jego bohater tak kończy opowieść o swoim życiu: "Przyznaję - nawet na tych stronicach odcisnęło się piętno mojej profesji. Zrobił się z nich mały seans iluzjonistyczny; niemal wbrew woli przedstawiam tu pewne efekty, miksowane obrazy, złudne gry świateł". No trudno, nie dało się ukryć, kim jest narrator. Zastanawiające, czy aby autor, podobnie jak bohater, nie jest biegły w "kunsztach złudliwych" i czy jego powieść nie udaje mądrzejszej i głębszej, niż jest w rzeczywistości. Żeby się o tym przekonać, trzeba ją przeczytać. Warto.
  • Bombel
    • Bombel
    • Mirosław Nahacz
    • (towar niedostępny)

    Janusz Drzewucki 2004-04-01

    Recenzja-Rzeczpospolita - Jakbym był trochę nikim   (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)

    O ile narratorem ubiegłorocznej, debiutanckiej prozy Mirosława Nahacza "Osiem cztery" był niejaki Olgiert - rówieśnik dziewiętnastoletniego wówczas pisarza, o tyle narratorem "Bombla" - facet dobijający czterdziestki, żonaty i dzieciaty. Trudno jednak byłoby powiedzieć o nim, że to wzór do naśladowania dla młodzieży. Nie ma co ukrywać, Bombel to pijus, łajdus i obibok, ale niezależnie od tego - a może właśnie dlatego - budzi żywiołową sympatię. Żywiołową, a więc wszystko wybaczającą. Dlaczego? Bo umie opowiadać. Kiedy dochodzi do głosu, milkną rozmowy, wszyscy wzajemnie się uciszają i zamieniają w słuch. O ile językiem "Osiem cztery" był bluzg, jaki znamy z "Z zamku do zamku" Louisa-Ferdinanda C?line'a, o tyle "Bombel" wydaje się być poczęty w duchu prozy Bohumila Hrabala i Wieniedikta Jerofiejewa. Ale nie tylko. Wpisuje się znakomicie w tradycję literatury sowizdrzalskiej. Owszem, bohater "Bombla" to pijus, łajdus i obibok, ale także ktoś, kto swoje wie, kto nie da się nabić w butelkę i w kaszę sobie dmuchać nie pozwoli. Odporny na blichtr współczesnego świata. Otaczającą rzeczywistość ocenia tyleż celnie, co krytycznie, a że widzi więcej i wie więcej niż niejeden specjalista od opinii publicznej, to już inna sprawa. Język tej prozy to język szyderstwa. Nahacz szydzi ze współczesności. Z prasy, radia i telewizji, z agresywnych reklam, z wszechogarniającej kultury masowej. Kpi z miastowych i z wsiowych, chociaż swoją wsiowość podkreśla, pielęgnuje niczym orchideę. Szydzi zatem także z siebie. Ale gdy powiada: "mam nie ten tego z głową" lub "czasami czuję się tak, jakbym trochę był nikim", czytelnik winien mieć się na baczności, bowiem niewykluczone, że za chwilę pisarz będzie szydził również z niego, np. z jego wyobrażeń o tym, czym jest literatura i czym dzieło sztuki literackiej powinno być. Język Nahacza to polszczyzna mówiona, potoczna, konwersacyjna, uwolniona z reguł i prawideł obowiązujących polszczyznę pisaną, uznawaną poniekąd za stricte literacką. Narracja Nahacza to istny żywioł, jest niczym wezbrana rzeka, która przełamie każdą tamę. To zaś, że Bombel posługuje się słownictwem uważanym powszechnie za nieparlamentarne, wydaje się najmniej znaczące, bo w gruncie rzeczy to nie pisarz powoduje językiem, lecz język pisarzem. Żeby zostało wypowiedziane to, co wypowiedziane być musi. Oczywiście pokładamy się ze śmiechu, gdy Bombel relacjonuje swoją awanturniczą peregrynację zagraniczną w brawurowym rozdziale "Słowacja, Cyganie, piękno i okolice", ale gdy snuje przypowieści o klęskach - o potopie i o pożarze - przetaczających się przez jego wieś, a także o pogrzebie, na który poszedł, bo "na pogrzeby chodzą wszyscy", śmiech więźnie nam w gardle, zastyga na ustach.
  • Janusz R. Kowalczyk 2004-03-26

    Recenzja-Rzeczpospolita - Polskie plotkarki, argentyńscy mitomani

    Ukazała się właśnie książka Krzysztofa Miklaszewskiego "Distancia, Witoldo!". Takim okrzykiem grono pań z kręgu najbliższych argentyńskich znajomych Gombrowicza wymuszało na nim powrót do rzeczywistości, gdy pisarz oddawał się zbyt wyrafinowanym spekulacjom lub niebezpiecznym grom towarzyskim. Miklaszewski robi to samo w swojej książce, obalając wiele mitów o autorze "Ferdydurke". Promocja książki o Gombrowiczu widzianym oczyma jego argentyńskich przyjaciół odbędzie się dziś, o godz. 18.00 w warszawskim Traffic Clubie przy Brackiej 25. Z autorem rozmawiać będzie Katarzyna Merta, redaktor naczelna Wydawnictwa Książkowego Twój Styl. Fragmenty książki przeczytają Anna Dymna i Henryk Talar. Dwa pobyty Krzysztofa Miklaszewskiego w Argentynie z Teatrem Cricot 2 Tadeusza Kantora zaowocowały odbiegającym od utrwalonego portretem pisarza, którego stulecie urodzin właśnie obchodzimy. W tomie, w części "O wdzięcznej pamięci kobiet", znalazły się m.in. rozmowy z przyjaciółkami Gombrowicza: Marią Świeczewską, Alicją Giangrande, Haliną Grodzicką i Zofią Chądzyńską oraz, pod wspólnym tytułem "O niewdzięcznych wypominkach mężczyzn", niepublikowane dotychczas zapisy wywiadów: z Mariano Betelu, Alejandro Russovitchem, Juanem Carlosem Gomezem i Zygmuntem Grocholskim. "Jak pan pewnie słyszał od tych polskich plotkarek i argentyńskich mitomanów, Witold miny studiował, a potem, z nagła je na kimś wypróbowywał" - zdradza Grocholski. Nic dziwnego, że Miklaszewskiego, autora cyklu słynnych aktorskich portretów "Twarze teatru" w TVP, zafrapowało wydobycie spod wielu masek prawdziwego oblicza pisarza. Szukał go wśród osób, które w Argentynie poznały Gombrowicza najlepiej i najbliżej. Zadawał pytania nie zawsze wygodne, czasem na granicy obyczajowego ryzyka. Książka Krzysztofa Miklaszewskiego jest ciekawie ilustrowana. Zawiera reprodukcje wielu niepublikowanych wcześniej listów, dokumentów, rysunków i fotografii. Autor ukazał nie tylko miny, które prowokator Gombrowicz uwielbiał robić, ale także smutną prawdę o egzystencji pisarza w Argentynie, która często ocierała się o granice ubóstwa.
(Stron: 168)

Podziel się swoją opinią i napisz recenzje produktów dostępnych w naszym sklepie. Zbieraj pozytywne oceny, zdobywaj piórka i znajdź się w grupie najlepszych recenzentów Merlin.pl.

Wyślij wiadomość
Napisz do nasZadzwoń do nas
tel. +48 (22) 321 91 91
fax +48 (22) 321 91 92
kontakt z konsultantem
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta
Kontakt z Biurem Obsługi Klienta

Zapowiedzi - zamów już dziś!

Promocje - kupuj i oszczędzaj!