Maciej Pinkwart
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 44
-
- Hańba
- John Maxwell Coetzee
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2003-12-26
Hańba hańbiącym
Od pewnego czasu literackie nagrody Nobla dostają pisarze stosunkowo mało znani poza własnymi krajami, uprawiający literaturę, by tak rzec, lokalną. Wieczorem po uroczystym ogłoszeniu werdyktu Szwedzkiej Królewskiej Akademii Nauk wydawcy w panice grzebią w zakurzonych archiwach, a wielkie redakcje, które na co dzień zajmują się literaturą tylko wtedy, kiedy jakiś pisarz zostaje napadnięty przez bandytów - wyszukują na uniwersytetach wąsko wyspecjalizowanych literaturoznawców. Potem światełka na kamerach gasną, na szpalty wielkich dzienników powraca codzienna mieszanka polityki, zbrodni, seksu i głupoty, a nobliści, jeśli ich nie wykupiono w pierwszych tygodniach po namaszczeniu w Sztokholmie, pokrywają się znów kurzem na półkach księgarń. Tak było w przypadku Dario Fo, Gao Xingjiana, Vidiadhara Surjaprasada Naipaula, Imre Kertesza, pewno nie inaczej będzie teraz, kiedy w blasku Noblowskiej sławy świeci gwiazda południowoafrykańskiego pisarza J.M. Coetzee, którego nazwiska nie sposób przeczytać od pierwszego razu bez błędu, a którego imion (John Maxwell) nie rozszyfrował na okładce nawet wydawca polskiego tłumaczenia jego czołowej powieści - "Hańba". Proza afrykańskiego pisarza spełnia wszystkie cechy doskonałej literatury. Jednakże dla europejskiego czytelnika jest "Hańba" książką niełatwą, bowiem rozgrywa się w mało u nas znanej scenerii społecznej i geograficznej RPA, z jej współczesnymi realiami, gdzie choćby określenie języka, jakim opisywana osoba się posługuje w domu, jednoznacznie sytuuje ją rasowo i kulturowo - dla Afrykańczyków, bo podejrzewam, że nam termin afrikaans, zulu, sotho czy xhosa dość słabo się kojarzy... A kojarzymy różnicę między Afrykanami, Afrykańczykami i Afrykanerami? Po latach apartheidu RPA została gorąco powitana w społeczności międzynarodowej - i dopiero wtedy zaczęły się kłopoty na wielką skalę. Nieludzki system rasistowski, choć w rozumieniu wielu był jedynym sposobem na rządzenie takim krajem, był hańbą współczesnego świata. Gdy przeminął, zakorzenione poczucie krzywdy wywołuje hańbiące zachowanie czarnych obywateli. Wypadki takie, charakteryzujące się nieusprawiedliwioną niczym agresją wobec białych farmerów, znamy z RPA, Namibii, Rodezji, Angoli. Hańba hańbiącym i hańbionym... Jak więc teraz żyć? Coetzee nie odpowiada na to pytanie. Tytułowa hańba spotyka - niejako na własne życzenie - szanowanego profesora akademickiego, który w Kapsztadzie naucza literatury romantycznej. Wdaje się w romans z jedną ze studentek, dziewczyna oskarża go o molestowanie przed władzami uczelni, a profesor Lurie, przyznając się do winy, nie wykazuje nawet fałszywej skruchy, więc musi odejść z uczelni. Ląduje kilkaset kilometrów na północ na farmie córki -lesbijki, ledwo przeżywa napad czarnych bandytów, pracuje jako palacz psich zwłok i podejmuje cały szereg hańbiących czynności, pokutując najwidoczniej nie tylko za niepoważny i nie mający żadnych konsekwencji incydent na uczelni, lecz za wiele pokoleń białych, gwałcących zasady współżycia społecznego w RPA. Czy hańbiący zbiorowy gwałt na jego córce, jakiego dopuścili się czarni bandyci, wynikła z niego ciąża i oferta, jaką jej potem składa jej czarny sąsiad, ewidentnie współdziałający z bandytami, by została jego trzecią żoną (pierwsze dwie są Murzynkami) - nie są zbyt naciąganymi karami, jakie profesor Lurie otrzymuje za zbrodnie białych przodków? Trochę to zbyt symetryczne, jak na mój gust, choć trzeba przyznać, że opisane sytuacje są dość uniwersalne i zapewne dziesiątkami zdarzały się i w powojennej Europie... Coetzee to pisarz wielki, z pewnością wart najwyższych literackich laurów. Szkoda, że dostał Nobla za dzieła opisujące RPA w chwili, gdy już w swoim kraju nie mógł wytrzymać i wyemigrował do Australii. Czy sytuacja, w której największy pisarz kraju nie może w tym kraju żyć, także nie zasługuje na miano hańby? -
- Autoportret reportera
- Ryszard Kapuściński
- cena: 27,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Maciej Pinkwart 2003-12-21
Nieopisany świat (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Niewysoki, szczupły blondyn zawsze uśmiechnięty z lekkim zakłopotaniem, jakby fakt, że znajdujemy się po przeciwnych stronach katedry trochę go żenował. Uczył nas zarazem pokory i otwartości wobec otaczającego świata. Opowiadał, nie uczył – przeglądam indeks studiów dziennikarskich i widzę, że w spisie oficjalnych wykładowców go nie ma. Publicystyki międzynarodowej uczył mnie Ryszard Frelek, a reportażu Krzysztof Kąkolewski. Ryszard Kapuściński przychodził do nas na Forum Publicystyczne i mówił nam, jak jest na świecie, który wówczas był zamknięty dla nas na cztery spusty. On był korespondentem zagranicznym Polskiej Agencji Prasowej i widział rzeczy, o których u nas mówiono mało, a pisano prawie tylko w BS-ach – biuletynach specjalnych, wydawanych przez Agencję tylko dla członków najwyższych władz po to, by orientowali się w sprawach niecodziennych. Rzadko czytali, orientowali się jeszcze rzadziej. Nasz dziekan, Kazimierz Kąkol, był członkiem najwyższych władz. Udostępniał studentom swój BS, byśmy się orientowali. Czytaliśmy. Najczęściej Kapuścińskiego. Zaczynał wtedy swoją wielką karierę, która doprowadziła go do pozycji niekwestionowanie największego polskiego dziennikarza wszechczasów. Jednego z największych na świecie. W dziedzinie reportażu międzynarodowego na pewno największego na świecie. Najbardziej pracowitego, największego pod względem tak literackim, jak i poznawczym. I najbardziej skromnego. - Mniej przymiotników.... A już w ogóle nie stosować tych wartościujących. Niech czytelnik to sobie sam wymyśli na podstawie obiektywnego opisu - mawiał wtedy. Trzyma się tej zasady do dziś. I dlatego ze zdziwieniem znalazłem w zapowiedziach wydawniczych książkę Ryszarda Kapuścińskiego "Autoportret reportera". Wydawało mi się to zupełnie nie pasować do człowieka tak zapracowanego, nie mogącego opędzić się od zamówień na poważne reportaże książkowe, przy czym tak nadzwyczajnie skromnego. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić największego czynnego zawodowo dziennikarza, który spędza czas przy kominku, budując samemu sobie książkowy pomnik. I rzeczywiście: tej książki nie napisał Ryszard Kapuściński. Powstała jako montaż, czy może raczej kolaż z wywiadów, jakich pisarz udzielił innym dziennikarzom. Książka, opracowana przez Krystynę Strączek, autoryzowana przez Kapuścińskiego i wydana niejako z jego inicjatywy, odsłania nieco faktów z jego życia i pokazuje jego pogląd na sprawy zawodu dziennikarskiego. Kapuściński nie wydaje wyroków uniwersalnych, choć traktuje swoje pisanie nie jak sposób życia czy sposób zarabiania pieniędzy, ale jak misję. Nie wstydzi się wielkich słów, chce zmienić świat na lepszy, ale nie uważa się za „czwartą władzę”, jak to w Polsce (i nie tylko) często myśli o sobie byle gryzipiórek, a częściej – „gryzimikrofonik”... On pisze, z nadzieją, że przeczytają to i zastanowią się nad tym ci, do których należą decyzje. Och, jak brakuje tego profesjonalizmu u dzisiejszych dziennikarzy! Chciałbym, żeby w następnym wydaniu tego dzieła Krystyna Strączek uzupełniła je choćby o króciutką biografię pisarza i spis jego prac książkowych. A w tekście pomieściła choć kilka cytatów z najwybitniejszych reportaży. Można opisać świat i Ryszard Kapuściński to czyni. Ale nie można opisać Ryszarda Kapuścińskiego. Któżby był na tyle odważny! Więc czekam na kolejne przybliżenie, bowiem poznawanie tak wspaniałego człowieka i nas – zwykłych zjadaczy chleba – uczyni lepszymi. Choćby przez uświadomienie sobie naszej małości. Stąd mam nadzieję, że tę książkę „Znaku” przeczytają współcześni pajace (jak brzmiałby od tego słowa urobiony rodzaj żeński?) polskiego dziennikarstwa i choć na chwilę zamilkną, by wyrazić szacunek dla kogoś, kto w tym zawodzie doszedł tam, dokąd nigdy nie uda się trafić nadętym bufonom i wszystkowiedzącym kibicom i komentatorom. Ornitolog nie powinien próbować fruwać lepiej niż ptaki, które opisuje. -
- Kariera Nikosia Dyzmy
- Jacek Bromski
- cena: 9,9 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Maciej Pinkwart 2003-12-15
Chamstwo, klamstwo i polska rzeczywistość (0 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Niewykształcony prostak, pracujący w zakładzie pogrzebowym, dostaje się się na coraz to wyższe stanowiska polityczne tylko dzięki umiejętności wplatania, cudzych, przypadkowo usłyszanych zwrotów między własne wypowiedzi. Oprócz tych umiejętności grabarz ma także trochę wrodzonej inteligencji oraz odznacza się ponadprzeciętnym refleksem i dużą ilością cwaniactwa, używanego na co dzień, jak odzież wierzchnia. Gdzieś to już słyszałam... Tak, to znany motyw - w końcu mieszkam w Polsce. „Kariera Nikosia Dyzmy” nie jest niczym innym, niż lustrzanym odbiciem biografii polskich posłów, senatorów, ministrów i całej reszty korupcyjnych superbohaterów, rodem z pierwszych stron gazet. Przygody Nikosia Dyzmy, to film, pokazujący polską rzeczywistosć z punktu widzenia szarego społeczeństwa, a przede wszystkim, z pozycji tylko pozornie kontrastujących z nim, dobrze usytuowanych materialnie polityków. Podczas oglądania widz nie jest pewien, kto tak naprawdę ma kompromitująco niski iloraz inteligencji - społeczeństwo, wierzące w każdą bajeczkę wciskaną „na dobranoc” przez polityków o conajmniej nieekonomicznym podejściu do życia, czy może sami politycy, dający się zwodzić głupkowatemu Nikosiowi. Świadczy to niewątpliwie o nas samych, ponieważ bądź co bądź polscy politycy wywodzą się z polskich miast i polskich wsi, są więc Polakami, takimi samymi, jak my... Czyżby „dobre, bo polskie”? Nie można, co prawda w ten sposób powiedzieć o partii trzymającej władzę, natomiast słowa te mogłyby być całkiem trafnym określeniem filmu Jacka Bromskiego, gdyby nie kilka małych szczegółów czy niedociągnięć. „Nikosia” ogląda się przyjemnie, ze względu na szybką, wciągającą fabułę oraz humor. Scenariusz jest taki, jaki zazwyczaj dano nam poznawać w filmach z Cezarym Pazurą w rolach głównych: dużo „brzydkich” słówek, trochę seksu, trochę strzelania i wybuchów, a na deser śmieszny, choć nie nadzwyczajnie błyskotliwy humor słowny. Wracając do „brzydkich” słów - cytować nie będę, jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, o jakich tajemniczych wyrażeniach mowa, wystarczy, że uda się na spacer po własnym mieście, czy też odwiedzi pierwsze lepsze miejsce publiczne. Przekleństwa są wynikiem niekompetencji twórców filmu - nie sądzę, aby wspaniałość humoru słownego polegała na szpikowaniu dialogów filmowych ostrą dawką chamstwa. Taki chwyt kiedyś rzeczywiście nadawał się do rozbawiania widza, jednak wszystko ma swoje granice, tak więc, po obejrzeniu Killerów, Fuksa i niepłaczących chłopaków, wulgaryzm w filmach przestaje śmieszyć - staje się on zdecydowanie nudny. Jest czymś, w stylu odgrzewanego po raz setny kurczaka - przejedzona i niesmaczna potrawa... Jak już wspomniałam, film ogląda się przyjemnie. Mówię „przyjemnie”, bo nie jest on genialny czy niesamowity, tylko po prostu przyjemny. Nie zamierzam się nad nim zachwycać. „Kariera Nikosia Dyzmy” to pozycja lekka i pomimo niedociągnięć w miarę zabawna, nadająca się w sam raz do obejrzenia w zimowe popołudnie. Wniosek nasuwający się po obejrzeniu Nikosia Dyzmy i jego kariery od podstaw, jest taki, że owej karierze brakuje właśnie podstaw i to nie tylko w przypadku Nikosia, bowiem podstawy - (zarówno moralne, jak i naukowe) przydałyby się także realnym bohaterom naszej polskiej, sejmowej tragikomedii. Nie jestem pewna, czy w wypożyczalni Nikoś ze swoją karierą powinni znaleźć się na półce z napisem KOMEDIA czy może DRAMAT? Film, pomimo wszystko pokazuje prawdę. Pokazuje, jak łatwo manipulować ludźmi, którzy są przeciętnymi obywatelami i zarazem malutkimi piłeczkami golfowymi w przyjacielskiej rozgrywce wyższych sfer. Tak więc (jak powiedziałby tytułowy bohater, uwielbiający cytować Biblię) - niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto wie, czy oglądając „Karierę Nikosia Dyzmy” należy się śmiać, czy płakać! -
- Templariusze. Mity i rzeczywistość
- Martin Bauer
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2003-12-11
Mit zwycięży
Historia średniowiecza nie od dziś jest moim konikiem. Dlatego też sprowadziłem z „Merlina” tę publikację. I trochę żałuję, że to zrobiłem. Nie dlatego, że jest to zła książka. Przeciwnie – jest doskonała, wciągająca, świetnie napisana i doskonale „się czytająca”. Nie. Bauer z zimną cierpliwością księgowego indeksuje to, co wiemy o faktach, wylicza konkrety, ale potem – żeby nikt go nie posądził o wybiórczość w doborze materiału – indeksuje także mity, legendy, błędy i fantasmagorie. Nie polemizuje jednak z nimi – ocenę tak przedstawionego materiału pozostawia czytelnikom. Nie tyle odziera templariuszy z ich legendy, ile układa rzeczy na właściwych półkach. Po jednej stronie fakt, po drugiej – mity. A w literaturze pięknej tak wszystko pięknie było razem wymieszane! W dziejach templariuszy jednakże sprawdzonych faktów nie jest zbyt wiele. Jest sporo spraw „niemal pewnych” (czy nie brzmi to trochę jak „być trochę w ciąży”?) i wiele spekulacji. Dlatego Martin Bauer swój raport zamyka w zaledwie 180 stronach. Układ książki, jak przystało na dzieło historyczne – chronologiczny, w pierwszej części prezentuje naszą wiedzę o powstaniu Zakonu Ubogich Braci (niewątpliwie najbogatszego zakonu w historii...) – na tle dziejów pierwszej krucjaty oraz kształtowanie się reguły i zasad działania zakonu, w następnej prezentuje organizację i życie codzienne rycerzy w białych płaszczach z czerwonym krzyżem, dalej – wkład templariuszy w walki o zdobycie i utrzymanie Ziemi Świętej i budowanie imperium zakonu w Europie Zachodniej, wreszcie to, co znamy najlepiej – upadek, proces templariusz, rozwiązanie zakonu i eksterminację jego władz. W ostatniej części autor prezentuje sporo hipotez i dywagacji na temat tego, co z zakonem i jego członkami działo się po spaleniu Wielkiego Mistrza, Jakuba z Molay. To, co zostało nam z templariuszy jest wysoce niematerialne. Nawet jeśli dotyczy spraw materialnych – jak system bankowy, wynalazek czeków czy transfer idei z Bliskiego Wschodu do Europy. I w pewien sposób symboliczne jest to, że najciekawsze pomysły na „wykorzystanie” templariuszy mieli literaci i mitomani w wiele lat po śmierci ostatniego Wielkiego Mistrza. Czy ostatniego? Ba! Oto jest pytanie! Z paryskiego Nowego Mostu, spinającego oba brzegi Sekwany z wyspą Cité, żelaznymi schodami koło pomnika Henryka IV schodzi się na zarośnięty kasztanami cypel wyspy, gdzie znajduje się Square du Vert Galant (Skwer Jarego Zalotnika), co jest aluzją do wesołego trybu życia budowniczego mostu, króla Henryka IV, którego pomnik wznosi się nad wyspą. Na przęśle mostu skromna metalowa tablica upamiętnia miejsce, w którym 19 marca 1314 roku wzniesiono stos, na którym spłonął mistrz Jakub z Molay, wraz ze swym towarzyszem Gotfrydem z Charnay, jednym z najwyższych po mistrzu dostojników zakonu. Wszystko zgodnie z regułą templariuszy, w myśl której rycerze musieli podróżować wszędzie w co najmniej dwuosobowych zespołach. Na tamten świat, jak widać, także. Fakty i towarzyszące im legendy to niekiedy zupełnie różne sprawy. Dzieje zakonu templariuszy to w zasadzie drobny epizod w historii krucjat do Ziemi Świętej. A i one same niewiele znaczą dla historii ludzkości, w dziedzinie faktów, rzecz jasna. Ta barwna plansza w dziejach średniowiecza zdaniem specjalistów konkretnie znaczy niewiele... Jak pisze cytowany przez Bauera mediewista Jacques Le Goff – jedyna korzyść, jaką Europa odniosła z wypraw krzyżowych, to sprowadzenie ze wschodu sadzonek moreli... A o ileż nasza kultura byłaby uboższa bez historii krzyżowców! Nawet Robin Hooda by nie było. Negliż legendy templariuszy, dokonany na łamach dzieła Martina Bauera, to indeks mitów i faktów, spis pytań i odpowiedzi. Pytań, na szczęście, jest znacznie więcej. Dzięki temu literatura na temat templariuszy będzie istnieć dalej. I będę miał co czytać. -
- Zachód słońca w Milanówku
- Jarosław Marek Rymkiewicz
- cena: 24,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Maciej Pinkwart 2003-11-09
Szukać poezji w wierszach (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
O, jeżu... Tegoroczna nagroda „Nike”, przyznana Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi zaszokowała nieco obserwatorów tego dziwnego rankingu, w którym od kilku już lat zapadają decyzje, kreujące na najlepsze książki roku te pozycje, które nikomu poza jurorami nie przyszłyby do głowy. Nagroda „Nike” to wyścig, w którym uparcie wygrywają czarne konie... Tomik jest niewielki – liczy niespełna 80 stron i mieści ledwie 37 wierszy. Wszystkie są rymowane i wszystkie prawie w jakimś stopniu odnoszą się do Milanówka. Już samo to usposabia mnie do tej publikacji nieco schizofrenicznie: kocham Milanówek, bo tam się urodziłem i wychowałem, więc wszystko, co się publikuje dobrego o tym mieście mnie cieszy, ale zarazem do wszystkiego odnoszę się podejrzliwie, jak zazdrosny kochanek. Pierwsze co się zauważa, to te nieszczęsne rymy. Gdyby tak skonstruowany wiersz przyniósł na lekcje uczestnik warsztatów literackich, wyleciałby z klasy razem ze swoim dziełem i zaleceniem, żeby pozbył się kagańca, bo w tym urządzeniu nigdy nie zaśpiewa... Rymy Rymkiewicza (sorry, tak wyszło...) w większości wypadków wyją sztucznością i sprawiają wrażenie, że użyte w nich słowa dobrano tylko po to, by się rymowało, nie zwracając specjalnie uwagi na sens. W dodatku autor w większości wypadków stara się stosować klasyczną średniówkę, w związku z czym gimnastykuje siebie i nas przy użyciu zbytecznych słów, wstawianych w wersy z trudem jak kliny pod chwiejącą się szafę czy inwersyjnych konstrukcji, wykoślawiających szyk zdania. "...Tu istnienie jak obierki jest w kompoście Głupie koty to są moi tutaj goście idą za nim jeże szambo i derenie Już totalne tu panuje – ogłupienie Tu istnienie ma dwa mózgi jak dwie szpady a ja stoję między nimi – bardzo blady" (Ogród w Milanówku – Koty styczniowe) No, ale jako się rzekło, rymy w poezji to sprawa drugorzędna. Zmusiłem się, by przeczytać te wiersze tak, jakby ich nie było i w miarę lektury – zaczynałem się coraz skuteczniej doszukiwać w tych wierszach poezji. I odnalazłem jej bardzo dużo. Ubrana w nieco sowizdrzalski kostium, przebiła się przez pancerz mojej niechęci i szczerze wzruszyła. Jak choćby w wierszu, który nadał tytuł całemu tomikowi: "Zachodziło słoneczko za Grodzisk Jaktorów Chmury były jak duchy tych odwiecznych borów Tych borów których nie ma ale które były Tam gdzie lisów sikorek jeszcze są mogiły Tam gdzie swoją kochankę lisy pogrzebały A ja tu teraz stoję – świat jest bardzo mały..." (Zachód słońca w Milanówku 13 listopada 2001 roku) Jednak Jarosław Marek Rymkiewicz prezentuje nam nie pojedyncze wiersze, ale zestaw – można sądzić – nie wybrany przypadkowo. Czemu więc w nim tyle powtórzeń, takich samych konstrukcji, takich samych scenografii, tych samych bohaterów? Koty, lisy, trzynoga żaba, a nade wszystko jeże, przeważnie nieżywe – tym zaludnia Rymkiewicz niemal każdy wiersz. 31 sztuk jeży maszeruje w 37 wierszach. Różne rzeczy są nieżywe lub – chętniej – półżywe, poza jeżami termin ten dotyczy kotów, dereni, dębów, grusz. Nie jestem jednak pewien, czy milanowskie wiersze Jarosława Marka Rymkiewicza to nie pastisz po prostu, ironiczne podśmiewanie się z takich sentymentalistów jak ja, dla których miasteczko delikatnego jedwabiu, słodkich krówek i Doroty z długimi nogami w zielonych rajstopach to kotwica czasów młodości, która jak półżywy jeż kłuje sfatygowane serce. Czy kluczem do nagrodzonego tomiku poezji nie jest ta oto fraza? "Prosto w nicość – co za odlot odlotowy (Nic innego nie przychodzi mi do głowy) Co za odlot – w super dobro w super trwanie Bóg jest dobry – ja to piszę na kolanie..." (Kosz na śmieci przy stacji kolejki WKD w Milanówku po Warszawą) Mam jednak nadzieję, że poetyckim symbolem mojego miasta pozostaną jednak truskawki w Milanówku Wojciecha Młynarskiego, a nie zdychające jeże Jarosława Marka Rymkiewicza. -
- Pieśń o Troi
- Colleen McCullough
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2003-10-30
Żywi bardziej niż ludzie - Piękne piersi Heleny.
Zabawne, że w czasie, kiedy toczą się zaciekłe spory o preambułę konstytucji Unii Europejskiej, w której Zachód chce umieścić odniesienie do cywilizacji Greckiej i Rzymskiej jako podwalin Europy, zaś Wschód walczy o wpisanie tam zasad chrześcijaństwa – moja myśl biegnie do miasta nad Skamandrem, którego do dziś stanowią jedną z atrakcji turystycznych Turcji. Może ktoś się zdziwić, czemu wojna o azjatyckie miasto Troję ma być ważną składową cywilizacji europejskiej... A chrześcijaństwo to gdzie powstało? W Watykanie? „Pieśń o Troi” to fascynujący opis ludzkich charakterów, pasji i fobii, wzniosłych uczuć i przyziemnych interesów. Bowiem to takie właśnie sprawy głównie kierowały bohaterami walk nad Hellespontem. Cóż można nowego powiedzieć o historii, której dzieci na całym świecie uczą się w szkołach, która w rodzinach ludzi „klasycznie wykształconych”, znana była niemal na pamięć, której bohaterowie mają tysiące odniesień i tworzą stereotypy w kulturze światowej cywilizacji? Okazuje się, że można. Colleen McCullough oddaje głos Trojanom i Achajom i to oni sami opowiadają o przyczynach, przygotowaniach i przebiegu wojny trojańskiej. Narratorami poszczególnych opowieści, zapisanych w porządku chronologicznym, są bohaterowie pierwszoplanowi: Priam, Hektor, Parys, Eneasz, Agamemnon, Achilles, Odyseusz, no i oczywiście piękna Helena – ale także postacie drugoplanowe: centaur Chiron, symbol powagi i rozwagi – Nestor, macho Diomedes, kochanek Heleny i... Odyseusza, Patrokles – kuzyn i przyjaciel Achillesa, woźnica Automedon… Narracja jest wartka, a splot wydarzeń, mimo że wiedzie do znanego końca, zatrzymuje czytelnika przy lekturze jak najlepszy kryminał. Ale też i nie lada mistrzyni prowadzi nas nad Skamander. Colleen McCullough-Robinson to pisarka wielkiej klasy, choć do mistrzostwa w literaturze doszła dość okrężną drogą. Urodzona w 1937 r. w Nowej Zelandii, studiowała w Australii neurologię, a następnie pracowała w szpitalach w Sydney i w Anglii, skąd przeniosła się do Ameryki i przez 10 lat prowadziła badania naukowe i wykładała na Wydziale Neurologii Wyższej Szkoły Medycznej w Yale. Zarabiała mało i miała... alergię na mydło, więc koniec końców wróciła do swych szkolnych pasji – literatury i historii. W 1970 roku osiadła wraz z mężem na wyspie Norfolk i wkrótce potem zaczęła publikować opowiadania i powieści. Wielkie powodzenie przyniosła jej powieść „Ptaki ciernistych krzewów” (1977), na podstawie której nakręcono serial telewizyjny z Richardem Chamberlainem, a przygody kochliwego księdza obejrzały miliony widzów na całym świecie. Wkrótce potem zaczęła specjalizować się w tematyce historycznej, a jej sławę ugruntowały książki z serii „Władcy Rzymu”, których znakomita wartość naukowa i literacka przyniosła jej doktorat literatury na Uniwersytecie Macquarie w 1993 r. Wszyscy lubią plotki o sławnych ludziach. A czyż postacie z greckiej mitologii nie są mieszkańcami masowej wyobraźni w znacznie większym stopniu niż gwiazdy kina czy estrady? Czyż nie powinniśmy wiedzieć, że Odyseusz miał grube i krzywe nogi i rudą czuprynę? Że Menelaos się jąkał? Że Helenę Tezeusz uwiódł, jak miała 12 lat, ale zachowała dziewictwo aż do 14 roku życia, kiedy to wydaną ją za mąż za Menelausa? Że malowała sutki na złoty kolor i chodziła prawie zawsze w stroju topless, bo miała fantastyczne piersi? Wspaniali, kłótliwi, podstępni i spontaniczni Grecy, ich bogowie, herosi, królowie i żołnierze to jakże piękny i jakże istotny element naszej kultury i cywilizacji. Troja istniała, to pewne. Czy była wojna trojańska? A, to już mniej pewne. Czy żył Agamemnon, Parys, Helena? Nieważne! Od czasów Homera żyją bardziej, niż gdyby byli naszymi sąsiadami przez ulicę. Po opublikowaniu „Pieśni o Troi” Colleen McCullough bohaterowie wojny trojańskiej żyją wśród nas jak wielkie gwiazdy historii. Nieważne, czy prawdziwej. -
- Herezja doskonała
- Stephen O′Shea
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2003-10-20
Jedna z najlepszych ksiażek historycznych
Kiedy Bóg rozpozna swoich? Książki historyczne mają swój urok i szerokie rzesze wielbicieli. Któż z nas nie jest ciekaw, gdzie król Jagiełło chodził na Wawelu tam, gdzie król piechotą chodzi? Jak delikatna i święta królowa Jadwiga w wieku 12 lat poślubiwszy 35-letniego jurnego poganina Jagiełłę spędziła z nim noc poślubną? I dlaczego nikt wtedy nie mówił o pedofilii? Ileż luk w dokumentacji historycznej już wypełnili powieściopisarze i na ile rozmaitych, często sprzecznych z sobą sposobów... Herezja doskonała to książka poświęcona katarom i dziejom antykatarskiej krucjaty, wymuszonej z jednej strony przez Kościół Katolicki i ówczesnego papieża, Innocentego III, a z drugiej – przez baronów północnej Francji, dążących do podporządkowania sobie majątków i ziem niepokornego Południa, ciążącego ku Katalonii i Aragonii. Stephen O’Shea, Irlandczyk z pochodzenia, mieszkający długo w Paryżu, dziennikarz, historyk i tłumacz opisał dzieje katarów i rozgromienie ich religii z prawdziwą pasją i wielką znajomością rzeczy. Prezentuje założenia religii katarów i dzieje wymierzonej w nich i ich zwolenników krucjaty. Ujawnia też, że choć przyświecały jej założenia religijne, to jednak głównym celem nie było wytępienie katarów, lecz zniszczenie ducha tolerancji, jaki rozpanoszył się w Langwedocji; odszczepieńców religijnych, którzy nawoływali do czystości, ubóstwa, nietroszczenia się o dobra doczesne i nieoddawania kultu relikwiom, a pieniędzy Kościołowi – było może kilkuset, może kilka tysięcy. Tych, którzy pozwalali im swobodnie żyć i pracować, a także głosić swoje prawdy, których nawet sami nie popierali – setki tysięcy. - Zabijcie ich wszystkich, Bóg rozpozna swoich – słowa przypisywane papieskiemu legatowi w Langwedocji, zakonnikowi ze zgromadzenia cystersów, Arnoldowi Amaury’emu – rozpoczęły ostatnią fazę bitwy o śródziemnomorskie miasto Béziers. 22 lipca 1209 roku rozpoczęła się straszliwa rzeź, w wyniku której wycięto w pień 20.000 mieszkańców miasta. Wszystkich. W tym tylko 222 katarskich „doskonałych” i może kilkuset wyznawców katarskiej herezji. Reszta – byli to pobożni katolicy (przeszło 1000 z nich katoliccy krzyżowcy wymordowali we wnętrzu katolickiej katedry) – zginęła dlatego, że byli po drugiej stronie muru. Amaury po bitwie pisał do Innocentego III, zachwycając się zbożnym dziełem: Niemal 20 tysięcy obywateli poszło pod miecz, bez względu na wiek czy płeć. Dzieło boskiej zemsty było zachwycające. Stephen O’Shea w dramatyczny, choć w całości udokumentowany sposób opisuje krucjatę przeciw katarom, a następnie ukazuje, jak – by dokończyć dzieła – powołano Świętą Inkwizycję. To wszystko działo się 800 lat temu. Doprawdy, pora byłaby, żeby Bóg nareszcie rozpoznał swoich. Dawny spór toczył się między tymi, którzy na „tak” mowili „oc” a tymi, którzy na „tak” mówili „oui”, między tymi, co na sztandarach mieli wypisane „Roma”, a tymi, którzy jako hasło mieli pojęcie „Amor”, między północą a południem, tak jak dziś między lewicą a prawicą. Ostatnio w ramach poszukiwania głosów wyborców już nawet radykalna lewica nie zapomina o przejmowaniu terminologii i celów prawicy i galimatias się z tym zrobił okropny. Jednak, gdy obecny lewicowy rząd i takiż prezydent będą polerować zbroje, ostrzyć kopie i ruszać na krucjatę w imię wprowadzenia do europejskiej konstytucji Invocatio Dei i odwołania do chrześcijańskiej tradycji Europy – niechże mają w pamięci, że korzenie tej tradycji sięgają także do Béziers. I że mimo rozmaitych kamuflaży, Bóg z pewnością rozpozna swoich. -
- Przygoda fryzjera damskiego
- Eduardo Mendoza
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2003-09-23
Ostrzyc czy ufarbować?
Ktoś powie, że to żadna sztuka komplementować dzieła, które mimo krótkiego funkcjonowania na rynku, już dorobiły się statusu utworów kultowych. Pewnie tak, ale jednocześnie trzeba pokonać w sobie tendencję do poruszania się pod prąd, do przeciwstawienia się popularnym opiniom. Próbowałem. Nijak nie mogę. Przygoda fryzjera damskiego Eduardo Mendozy podoba mi się i już. Powiedziałbym nawet, że bardzo mi się podoba. Że jest jedną z najlepszych powieści, jakie ostatnio czytałem. Mendoza pisze lekko, ładnie i barwnie, ma coś do powiedzenia i robi to po mistrzowsku. Ale pod tym kostiumem ukrywa się sporo gorzkich prawd, a ogólna wymowa dzieła, gdyby patrzeć nań przez pryzmat spraw społecznych jest więcej niż przykra. Na szczęście, opisywane tam problemy dotyczą odległych realiów Hiszpanii. Konkretnie – Barcelony. Aliści już za momencik będziemy we wspólnej Europie – więc może i nędza bytowania lumpów, oszustwa biznesmenów, korupcja polityków, sprzedajność wymiaru sprawiedliwości, nierzetelność handlowców, prostytucja fizyczna i moralna, mafijne panoszenie się bezprawia – może to wszystko już niebawem, nie daj Boże, stanie u naszych bram? Na szczęście, jeszcze możemy spać spokojnie... Opisane przez Mendozę dewiacje dotyczą dalekiej Barcelony, a nie Łodzi. To tam, w Katalonii, prezydent miasta jest niezrównoważonym kretynem, firmy kryją swoje ciemne interesy i powiązania z władzami przez kalkulowane upadłości, to tam w stosunkach z kolorowymi dominuje tylko lekko kamuflowany rasizm, a zakłady karne, szpitale i domy starców są opanowane przez bezkarnych sadystów. No i to tam największe przejawy patriotyzmu, rozumianego jako solidarność narodowa wywołują mecze piłkarskie. Jakie szczęście, że to wszystko nas nie dotyczy... Barça! Barça! Autor określa swoją prozę jako „post-postmodernistyczną”, co jest określeniem przewrotnym i wieloznacznym, podobnie jak cała „Przygoda fryzjera damskiego”. Świetna narracja, lekki język i bardzo strawny rodzaj dowcipu, w którym dominuje kontrast między niemal socjologiczno-filozoficznym językiem, jakim z werwą posługują się bohaterowie, a ich pozycją społeczną. Naturalnie, karykatura jest doprowadzona do absurdu: im kto ma wyższą pozycję w społeczeństwie, tym jest większym chamem. Zupełne lumpy zaś są mistrzami smaku i elegancji w wysławianiu się. Nie mogę nie skłonić głowy przed świetna pracą tłumaczki, pani Marzeny Chrobak – sukces „Fryzjera” jest u nas w wielkiej mierze Jej sukcesem. Akcja, której głównym bohaterem i narratorem jest wieloletni przestępca, z powodu całkowitej demencji dyrektora ostatnio zwolniony z zakładu psychiatrycznego, człowiek nigdy nie zarejestrowany przy narodzinach i z zagubionymi dokumentami z więzienia, słowem - Pan Nikt, toczy się początkowo leniwie, na skraju wegetacji, by z czasem nabrać tempa, a pod koniec zaskakiwać nagłymi woltami, zwrotami akcji, wspaniałymi przenośniami i wręcz kabaretowymi prześmiewkami. Ktoś porównywał powieść Mendozy do "Pulp Fiction" Quentina Tarantino. To znacznie więcej, to parodia parodii. Także parodia kryminału amerykańskiego czy powieści akcji, a tytułowy fryzjer to kuglarz-detektyw, który z kompletnego lewusa i pechowego nieudacznika w ostatnich scenach przekształca się jeśli nie w Herkulesa Poirot, to przynajmniej w porucznika Borewicza... Doskonała książka, pięknie napisana i śmieszna tym humorem, który nie wywołuje rechotu, tylko poczucie estetycznej satysfakcji. A że tam przy okazji Mendoza nie zostawia suchej nitki na władzy, sądach, policji, biznesmenach, kobietach mądrych, brzydkich, pięknych i głupich, mężczyznach silnych i słabych – no, to już premia dodatkowa. Zwłaszcza, że jak powiedzieliśmy we wstępie, opisane i wyśmiane wady dotyczą Hiszpanii. Konkretnie Barcelony. Żadnego prezydenta w Polsce to strzyżenie nie dotyczy. Nawet prezydenta Łodzi. -
- Mulholland Drive
- David Lynch
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2003-07-21
Wielkie dzieło sztuki (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Asemantyka Lyncha Film, podobnie jak inne sztuki semantyczne, ma trojakiego rodzaju relacje z rzeczywistością: odtwarza ją, deformuje, lub kreuje własną. Quartum, w zasadzie, non datur... We współczesnej kinematografii relacja pierwsza walczy o prymat z trzecią i reprezentowane są one obficie i, by tak rzec, zależnie od długości geograficznej: kino polskie, wciąż rozliczające się z przeszłością albo też stanowiące element w przekształcaniu teraźniejszości, w znacznej mierze zdominowane jest przez reportaże, niekiedy tylko z lekkim makijażem fantazji. Kinematografia czy beletrystyka Zachodu znacznie mniej interesuje się opisywactwem, wprzęgając w rydwan twórczości magię. Interesującymi propozycjami pośrednimi są na przykład filmy Almodovara czy właśnie Dawida Lyncha. Ale Mulholland Drive idzie jeszcze krok dalej. Transformacja rzeczywistości w kierunku nierzeczywistości i z powrotem wydaje się być głównym celem artystycznym autora, który niejako na marginesie tej zabawy tworzy świetne dzieło filmowe. Wypadek samochodowy, do którego dochodzi na moment przed próbą zamordowania pięknej brunetki, pozbawia ją pamięci i przypadkowo wiąże z inną piękną dziewczyną, blondynką. Równolegle obserwujemy działania hollywoodzkiego reżysera, który zmuszony jest do kręcenia kaszanów przez mafię, działania samej mafii, po ekranie pęta się zawodowy morderca, no i jest pięknie pokazany wątek miłości i zazdrości dwóch kochających się pięknie pięknych kobiet... Reżyseria (nominacja do Oskara dla Lyncha) jest oczywiście znakomita, trzyma cały czas w napięciu, autor sięga wielokrotnie do środków wyrazu charakterystycznych dla thrillerów i choć od połowy filmu już w zasadzie nie próbujemy śledzić powikłanej intrygi, to pod skórą czujemy niepewność: a może to po prostu my przegapiliśmy gdzieś coś ważnego i dlatego czujemy się w tej hollywoodzkiej dżungli zagubieni? Aktorzy, tak w rolach głównych, jak i epizodach są znakomici. Uroda obydwóch głównych bohaterek (Laura Elena Harring jako Ruth-Camilla i Naomi Watts jako Betty-Diane) wprost powala z nóg, ale i gra aktorska dorównuje urodzie. Nominacje dla Naomi jako najlepszej amerykańskiej aktorki roku 2002 i do nagrody Saturna, mnóstwo innych nagród i nominacji lokalnych, nagroda dla najlepszej latynoamerykańskiej aktorki dla Laury (Harring jest Meksykanką) to, moim zdaniem jeszcze za mało. Dla mnie są obie gwiazdami pierwszej wielkości. Perfekcyjnie obsadzone i zagrane są także postacie drugoplanowe. Przede wszystkim Justine Theroux jako reżyser Adam Kersher, ale także Ann Miller jako niesamowita Catherine 'Coco' Lenoix (rola jakby zacytowana z postaci Minnie Castevet- granej przez Ruth Gordon - z Dziecka Rosemary Polańskiego), oraz wspaniale zagrani gangsterzy - Vincenzo Castigliane (Dan Hedaya) i jego brat Luigi, w której to roli Lynch obsadził autora znakomitej muzyki do filmu, Angelo Badalamentiego. Świetne zdjęcia, montaż, dyskretnie używana scenografia i efekty techniczne pogłębiają niesamowity nastrój i podkreślają walory filmu. Jeden z bywalców kina zapytał mnie po seansie: - Ty, możesz mi powiedzieć, o co tu chodzi? Mogę. Jakbym się uparł, to nawet potrafiłbym może film streścić i wyjaśnić wszystkie roztrzepane po scenariuszu wątki, które prawie wszystkie układają się pod koniec w dość logiczną całość. Rozrzucenie puzzla było oczywistym i nie od dziś stosowanym w sztuce zabiegiem (wystarczy wspomnieć Pulp Fiction). Można go, powiadam, poskładać, choć może nie całkiem gładko. Tylko po co? Mulholland Drive Dawida Lyncha jest dziełem sztuki i nie koniecznie trzeba je rozumieć. - Nie rozumiem pana obrazów - powiedział ktoś do Picassa. - A śpiew słowika pan rozumie? - odparł malarz. -
- Królowa Południa
- Arturo Perez-Reverte
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2003-06-20
Niemoralna propozycja literacka (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Piękne przestępstwa. Do czytania Królowej Południa Artura Péreza-Reverte wziąłem się też dość nieufnie, znudzony nieco poprzednimi kontaktami z hiszpańskim autorem: "Ostatnią walkę templariusza" recenzowałem tu niedawno, ziewając, a "Fechtmistrza", którego przeczytałem dopiero w początku czerwca doceniłem, ale nie opisałem. "Królowa..." zaś jest inna, niezwykle pociągająca i napisana w stylu, który sprawia, że autor staje się wiarygodny i nie nudzi: jako reportaż. No i czyta się jednym tchem. Może dwoma... Teresa Mendoza z meksykańskiego Culiacán w stanie Sinaloa miała dwadzieścia lat, kiedy z dziewczyny lotnika, pracującego dla mafii narkotykowej zmieniła się w nagle owdowiałą kobietę, uciekającą przed pistoletami zawodowych morderców. Przy pomocy jednego ze wspólników swego zamordowanego mężczyzny dostaje się na drugą stronę Atlantyku i niebawem w Hiszpanii staje się szefową największego narkotycznego biznesu w rejonie Morza Śródziemnego. Po kilkunastu latach błyskotliwej kariery wraca do Meksyku, by współpracując z amerykańską agencją do zwalczania handlu narkotykami zadenuncjować tych, którzy przed laty zabili jej faceta i grozili jej życiu. Po czym znika zgodnie z programem ochrony świadków... Arturo Pérez-Reverte jest zawodowym dziennikarzem i stosuje w tej powieści gatunek wypowiedzi, stojący na pograniczu dziennikarstwa i beletrystyki.. Układ, można powiedzieć - klasyczny: powieść zaczyna się od momentu, w którym Teresa dostaje wiadomość o zabójstwie przemytnika, z którym mieszkała, potem niespodziewanie śledzimy rozmowę autora z bohaterką, odbytą po wielu latach, w momencie gdy Teresie znów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, po czym następuje retrospekcja życia i kariery Królowej Południa, przeplatana wątkami reportażowymi, w których autor opisuje swoje rozmowy z osobami, współdziałającymi z Teresą. Powieść sensacyjna, w nieco egzotycznej, przynajmniej dla polskiego czytelnika scenerii (Meksyk, Maroko, Gibraltar, Hiszpania), ukazująca trochę kuchni narkobiznesu, zabarwiona (elegancko!) elementami erotycznymi - wszystko to sprawia, że czyta się ją znakomicie. W dodatku na kartach Królowej Południa pojawia się miły sercu czytelnika wątek przestępcy eleganckiego, o doskonałych manierach, a przy tym - świetnego fachowca w swojej branży. Nieobce mu są odruchy szlachetne, kieruje się przede wszystkim rozumem, potem - sercem, a dopiero na końcu banalną chęcią zysku. Wstępuje na przestępczą ścieżkę powodowany głównie chęcią dostarczenia organizmowi adrenaliny i rozgrywa ze stróżami prawa grę o klarownych, choć zmieniających się regułach. Ten model bohatera znamy świetnie od czasów Maurice Leblanca i jego Arsene’a Lupina - “dżentelmena - włamywacza”, a najpiękniej zaprezentował się w filmie “Leon Zawodowiec”. U Péreza-Reverte bohaterką, kierującą wielkim przedsiębiorstwem narkotycznym jest w dodatku młoda, piękna kobieta... Jakoś nie oburzamy się specjalnie na jej działalność, a autor ewidentnie sympatyzuje z przestępczynią. Niemoralne? No pewnie! Ale Arturo Pérez-Reverte nie pisze katechizmu, tylko powieść sensacyjną... Wielki pisarz hiszpański z lubością zresztą czyni negatywnymi bohaterami swoich powieści właśnie kobiety, zazwyczaj mądre i piękne: tak było w “Fechtmistrzu”, tak koniec końców okazało się w “Ostatniej bitwie templariusza”. Jakieś negatywne przeżycia osobiste? Niekoniecznie... To po prostu obraz współczesnego, feminizującego się świata, gdzie dążność do równouprawnienia kobiet doprowadziła do sytuacji, w której we wszystkich dziedzinach my, mężczyźni, musimy się posunąć i zrobić miejsce kobietom we wszystkich opanowanych przez nas dotąd dziedzinach. W przestępczości także.






Merlin in English






![Myśliwiecka [Digipack] - Artur Andrus](/Mysliwiecka_Artur-Andrus,images_small,4,MYSTCD188.jpg)













