Maciej Pinkwart
Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 44
-
- Upadek ślepców
- Gert Hofmann
- cena: 9,9 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Maciej Pinkwart 2006-06-11
Inspirujące upadki (0 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Nie wiemy na pewno, czy kobieta w ciemnej sukni, tajemniczo uśmiechająca się na tle dalekiego pejzażu toskańskiego to jest w stu procentach Lisa, żona pana Giocondo. I czy jej uśmiech ma dwuznaczny charakter wynikający ze szczególnego rodzaju jej związku z mistrzem Leonardo. Nie wiemy, czy pierwszą ofiarą kanibalizmu na tratwie „Meduzy” była młoda kobieta i czy jej oprawca miał na imię Jean. O mrówkach i absyncie w czasie śniadania na trawie Monet się nie wypowiadał... Inspiracje literackie są rozmaite i tym cenniejsze, im bardziej opierają się na wyobraźni pisarza. Niemniej jednak, alianse między rozmaitymi rodzajami sztuk najczęściej przynoszą ciekawe rezultaty. Nie inaczej i w przypadku tej książki. „Upadek ślepców” Gerta Hofmanna to dorobienie fabuły do obrazu Pietera Brueghla starszego "Przypowieść o ślepcach". Narracja - prowadzona w pierwszej osobie - opowiada o dniu, w którym malarz - tu nie wymieniony z nazwiska - ma namalować sześciu wędrujących po kraju w poszukiwaniu jałmużny i tymczasowo przebywających w tej miejscowości ślepców. Narrator - jeden z niewidomych - mówi o sobie w liczbie mnogiej, jakby w jego osobie zawierała się cała społeczność ślepców, choć i inni z wędrujących przez wieś kalek wnoszą coś do opowiadania. Największe wrażenie robi Wyłuskany - ślepiec o najkrótszym stażu, którego decyzją Kościoła skazano na wyłupienie oczu za próbę kradzieży paramentów kościelnych. Ostatnim widokiem, jaki pojawia się przed jego mającymi stracić swą funkcję oczami jest stadko wron, czekających na posiłek, jaki niewątpliwie rzuci im kat po dokonaniu wyłupienia... Tego dnia ślepcy budzą się w jakiejś stodole i potem bądź to prowadzeni przez dobrych lub złośliwych ludzi, bądź to błądząc samemu zupełnie bezradnie, trzymając się jeden drugiego przez cały dzień wędrują przed dom malarza, znajdujący się ledwie kilkadziesiąt metrów od owej stodoły. Gdy wreszcie tam dotrą, malarz najpierw nie chce na nich patrzeć, potem każe im - przez osoby trzecie - odgrywać wciąż w kółko scenę upadku, co ma stanowić temat obrazu. Dzieło powstaje, ślepcy w ten sposób przechodzą do wieczności, ale dzień kończą w tej samej stodole - miejscu izolacji, upodlenia i beznadziei... Kapitalna metafora ludzkiego życia, w którym błądzimy pozornie szukając czegoś istotnego, chcąc - czy musząc - przejść do historii przez powtarzające się upadki, by wreszcie zatoczywszy koło po ziemskim widnokręgu naszej globalnej wioski znaleźć się z powrotem tam, skąd wyszliśmy - bez wiary, że uczyliśmy słusznie, bez nadziei że nasz los zdoła się odmienić, bez miłości w świecie, w którym możemy liczyć co najwyżej na litość tych, od których jesteśmy zależni. Wrony, chcące pożywić się tym, co dla nas najcenniejsze i co, jeśli to stracimy, stracimy bezpowrotnie, słyszymy kraczące nad nami, a Wielki Malarz Życia z niejakim obrzydzeniem, za pośrednictwem swoich sług i przyjaciół zabawia się nami dla swych malarskich celów, by wreszcie porzucić nas bez cienia żalu, dając nam z łaski możliwość przeżycia tego dnia - i przejścia do nieśmiertelności, za cenę upodlenia, drwiny z naszej niedoskonałości, biedy i upadku. Ale i dzieło Breugla miało swoją - tym razem literacką - inspirację: są nia słowa Chrustusa z przypowieści o upadających ślepcach, którzy musza upaść, jeśli ślepy prowadzi ślepego... Pomysł kapitalny, ale dobrze, żeby nie był powielany w nieskończoność. Po „Upadku ślepców” (niemieckie pierwsze wydanie w 1985 r.) mieliśmy wszak „Dziewczynę z perłą” według Veermera, a można się spodziewać literackiej egzegezy i innych dzieł. Mimo wszystko jednak wolę, żeby w przyszłości literaci nie tłumaczyli nam „co artysta miał na myśli” i pozostawili niejakie pole dla naszej własnej wyobraźni. -
- Harry Potter i Książę Półkrwi
- Joanne K. Rowling
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2006-02-05
Czas śmierciożerców (21 z 26 uznało tę recenzję za pomocną.)
Za oknem mróz tężał w miarę zapadającego zmroku, ale od kaloryfera płynęła fala ciepła. Zamknięty w świetle niewielkiej lampki, odgrodzony kręgiem jasności od grozy, otaczającego świata, czekałem na atak śmierciożerców. Gdy przyszli - jak zwykle nie byłem gotowy. Mogłem tylko patrzeć, jak z lasu stron i gąszczu liter wyłania się przerażająca armia Mistrza Nienawiści, by dokonywać spustoszenia na rozkaz Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Wskazówki zegara połączyły się na liczbie dwanaście, gdy odwróciłem ostatnią stronę, odłożyłem książkę i zrobiło się strasznie. Joanno R., dlaczego to zrobiłaś... Nowy wykładowca, który jak co roku przybywa do szkoły, tym razem nie obejmuje stanowiska nauczyciela obrony przed czarną magią, lecz będzie nauczał eliksirów. Bowiem dotychczasowy wykładowca tego przedmiotu, profesor Severus Snape, realizuje swoje marzenie - pozostawia kociołki i wyciągi z rozmaitych ohydztw, by zająć się czarną magią. To znaczy, ehem, obroną przed czarną magią... Harry staje się gwiazdą w dziedzinie eliksirów. Ekspertem pomaga mu zostać stary podręcznik dawnego ucznia Hogwartu, który na jego okładce podpisał się jako Książę Półkrwi. Nowością szóstego roku nauki w Hogwarcie jest i to, że Harry zostaje kapitanem drużyny quidditcha i będzie miał poważny problem ze skompletowaniem i pokierowaniem ekipą, reprezentującą Gryffindor. No i poważny problem będzie z Ginny... W ogóle, sprawy „męsko-damskie” zajmują w Księciu Półkrwi znaczące miejsce, co jest dość oczywiste wobec faktu, że wraz ze zbliżaniem się do siedemnastych urodzin (który to wiek oznacza w świecie czarodziejów dojście do pełnoletniości) pojawiają się nie tylko pryszcze na twarzach, ale i burze hormonalne, a nawet złamane serca... Naturalnie, pewne sprawy można regulować w sposób właściwy dla tego środowiska, na przykład stosownym eliksirem, ale kto zaręczy, że nadziewane nim czekoladki nie trafią przypadkiem do niewłaściwego adresata i to on zakocha się w nadawcy? Więc może zostawić sprawy ich naturalnemu biegowi, licząc na to, że prawdziwa miłość zawsze zwycięży i będzie podążać do właściwego celu? Ładne zdanie wygłasza piękna Fleur Delacour, narzeczona najstarszego brata Rona - Billa Weasleya. Otóż gdy Bill, wskutek pewnych dramatycznych zdarzeń ponosi niejaki szwank na urodzie, a pani Weasley wątpi, czy w tej sytuacji Fleur zechce go poślubić - Francuzka z oburzeniem mówi: „A co mi tam jak on wygląda! Ja wyglądam tak dobrze, że starczy na oboje!” Ale ogólnie nie jest dobrze. Lord Voldemort powrócił i co gorsza, odbudował swoją mafię. Śmierciożercy, nieco tylko przetrzebieni przez działalność Ministerstwa Magii i jego aurorów, odbudowują swoją moc i tworzą nowe kadry, sięgając do coraz młodszych roczników. Administracja oficjalna nie daje sobie rady z żołnierzami Czarnego Pana, tym bardziej, że ostateczna broń w walce z ciemną stroną mocy - nieludzcy dementorzy - co do jednego przeszli na stronę Sami-Wiecie-Kogo i wraz z najgorszymi oprychami uciekli z Azkabanu. Przemykają teraz ciemnymi uliczkami Londynu i innych okolic Anglii, czyniąc nieopisane zło. „Prorok codzienny” zamienił swoją pierwszą stronę na rubrykę nekrologów. Hogwart, strzeżony najsilniejszymi zaklęciami, powinien być w zasadzie bezpieczny, ale Harry podejrzewa z uzasadnionych przyczyn, że może być już za późno - że zło jest już intra muros... Konstrukcja książki jest tym razem niesłychanie zwarta, a jej przesłanie jasne i klarowne jak w westernie. Naturalnie, są tu również elementy „czarnego kryminału”, przy czym rolę detektywa pełni Harry, który wyjątkowo w tym tomie nie jest zwierzyną łowną, choć polowanie śmierciożerców ogarnie i jego. Jedna ze scen finałowych to akcja, będąca odpowiednikiem finałowych strzelanin w każdym z amerykańskich filmów akcji, ale zamiast karabinów i rewolwerów obie strony grzeją zaklęciami z różdżek, aż tynk leci od rykoszetów. Już wyobrażam sobie to w filmie... -
- Jadąc do Babadag
- Andrzej Stasiuk
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-12-30
Podróż bez czasu i bez przestrzeni (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Im jesteśmy starsi, tym nam trudniej ruszyć się z domu. Poza niezbędnym opędzeniem codzienności – praca, zakupy, urzędy, lekarze, niekiedy wymuszony na sobie i bliskich ruch „dla zdrowia” po najbliższej, dobrze znanej okolicy - w zasadzie najchętniej siedzielibyśmy we własnych czterech ścianach. Bo taniej. Bo bezpieczniej. Bo bez zbytecznego wysiłku. Bo wszystko dobrze znane i oswojone. Jeśli już od wielkiego dzwonu wyruszamy trochę dalej, to zwykle są to podróże po trasach konwencjonalnych, wyprawy do miejsc, do których prowadzi nas renoma – świetne zabytki, wielkie dzieła sztuki, doskonały klimat, wygodny hotel, dobre jedzenie. Andrzej Stasiuk jednak wybiera tylko boczne drogi i nieznane cele. Jego najnowsza książka Jadąc do Babadag to opis podróży, podejmowanych z prowincji do prowincji, ze starannym omijaniem jakichkolwiek centrów o skali porównywalnej z Europą. Wędrowanie po zadupiu naszego kontynentu obejmuje wycieczki z beskidzkiej Koniecznej, gdzie autor mieszka na stałe przez wschodnie i południowe regiony Słowacji, przez Węgry dalekie od Budapesztu, zapyziałymi wioseczkami Ukrainy, Mołdawii, Naddniestrza, Rumunii, aż po Słowenię i Albanię. Słowem – wędrówki po ugorach, przez miejsca, gdzie duchy „demokracji ludowej” zamieszkały na stałe i są nieodłącznym elementem zbiorowej wyobraźni, jak duch Drakuli w Transylwanii, też zresztą leżącej na szlakach tych podróży poza szlakami. Bo Stasiuk opisuje miejsca niby egzotyczne, ale dobrze mu znane, odwiedzane wielokrotnie w ostatnich kilkunastu latach, gdzie rozpoznaje się te same knajpki, tych samych ludzi, te same sytuacje. Swojskość sytuacji i krajobrazów to także poniekąd wspólne doświadczenia historyczne, niezbyt zróżnicowana geografia i pokrewne obyczaje; na dobrą sprawę nie musielibyśmy wcale ruszać się z domu, żeby doświadczyć podobnych wrażeń, jesteśmy częścią tego zadupia i jest ono nam dziwnie bliskie i czujemy się w nim jak u siebie. Ale z drugiej strony wędrując kolekcjonujemy napotykane różnice jak bilon niewymienialnych walut, jak stare bilety i zdjęcia nieznanych ludzi i miejsc, bo o to wszystko stajemy się po każdej podróży bogatsi. Stasiuk jadąc samochodem omija starannie szerokopasmowe autostrady, nie nocuje w czterogwiazdkowych hotelach i nie stołuje się w McDonaldach. Podróżuje zatłoczonymi do niemożliwości autobusami, o których nigdy nie wiadomo, czy w ogóle odjadą i dojadą - i to jest oferta przygody egzystencjalnej, jaką ma dla nas Rumunia. Mołdowa czy Ukraina. Wędruje pieszo i autostopem, licząc na pomoc – i doświadczając jej – ze strony osób, których języka nie zna i nawet niekiedy nie wie, jaki on jest. Wojażuje jednowagonowymi pociągami, w których obserwuje najważniejszy element ekonomiczny pogranicza – przemyt. W swej drodze do położonego w Delcie Dunaju rumuńskiego kurortu Babadag wraca, kołuje, nie zważa na czas ani na przestrzeń, na jednej karcie książki jest tu i teraz, na innej – tam i kiedy indziej, fascynują go literaci prowincjonalni i, przede wszystkim, Cyganie. Naród bez państwa, bez granic, bez historii i bez polityki... Czy taki naród może przetrwać? W myśl historiografów i polityków – nie, a przecież Cyganie trwają i mają się dobrze, wciąż zachowując swoją odrębność nawet wtedy, gdy los czy przepisy pozbawią ich tego oddechu swobody, którym się kierowali przez tysiąclecia... Naród bez własnej sztuki i literatury, obiekt dokumentacji etnografów, ludzie którzy ze stoickim spokojem patrzą na zabieganie świata, jednocześnie umiejąc z niego brać to, co im pasuje. Te echa dalekich, a przecież bliskich podróży opisane są lekko, z ironią, doskonałym językiem. Część tekstów wchodzących w skład książki była już publikowana wcześniej w tygodnikach jako reportaże i ta reporterska lekkość przydaje książce swoistego uroku. Jadąc do Babadag przyniosło Stasiukowi tegoroczną nagrodę „Nike” i po raz pierwszy od kilku lat werdykt jury nie budzi mojej dezaprobaty. -
- Życie jak w Madrycie
- Arturo Perez-Reverte
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-09-13
Sumienie z jajami (5 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Niedługo każdy parkingowy będzie mógł sobie wynająć własnego profesora, a jak parking większy to i dwóch, własnego kompozytora i ze trzech aktorów. Kultura wysoka rozkwitnie, a nasz rząd nie będzie już na nią tracił pieniędzy, które będzie mógł wydać na tysiąc pomników Sami-Wiecie-Kogo i na następnych tysiąc odcinków serialu „M jak Miłość”, „D jak Dupa” i „Ch jak Poseł”. No i wszyscy będziemy statystami serialu na Wspólnej. I tak dojdziemy do wspólnego raju, w naszym pięknym kraju, a kogo to nie cieszy, to niech się pospieszy, jedzie do Brukseli i tam się weseli, albo nowe życie rozpocznie w Madrycie, oj, dana... No, niestety... Madryt odpada. Arturo Pérez-Reverte w cotygodniowych felietonach w madryckim „El Semanal” kreśli nam taki obraz Hiszpanii, że robi nam się lżej na duszy. Ale u nich pederasta nie występuje publicznie przeciw pederastom, więc może u nas śmieszniej? U nas publicyści nie piszą, że prezes klubu piłkarskiego i minister kultury cechują się równą głupotą, choć z drugiej strony „Wisła” znów się nie dostała do Ligi Mistrzów, a u nich „Barcelona”, „Real” Madryt i „Villareal”... A ile nas łączy: głupole z telefonami komórkowymi i bez, talk-show jako prezentacja wzorców osobowych, brzydota osobowa i osobowościowa... Warto to wszystko uświadomić sobie, biorąc do ręki kapitalny tom felietonów Reverte z lat 1998-2001. Jeśli ktoś po serii powieści tego autora, nie uwierzył że Arturo Pérez-Reverte to jeden z największych pisarzy współczesnego świata, to po tych felietonach niezawodnie się o tym przekona: trzeba być absolutnie wielkim tą wielkością, która gwarantuje niezależność, by móc sobie pozwolić na taką dezynwolturę, z jaką Reverte rozstawia po kątach największe postacie hiszpańskiej i ogólnoświatowej kultury, polityki, sportu czy religii, z papieżem (poprzednim!) na czele. Wyobraźcie sobie – ja wiem? – Jerzego Pilcha, który przykłada Polsce, nazywając ją na łamach „Polityki” – krajem imbecyli? Który wiesza psy na polityce wewnętrznej, zdominowanej przez kretynów i złodziei, sterowanych przez bezczelny, niekompetentny i fanatyczny kler i na polityce zagranicznej, robionej za nas przez parszywych gringos i ich angielskie psy? Który bez cienia poprawności politycznej miesza z błotem wszystkie ikony masowej popkultury tylko dlatego, że mu się – jemu osobiście – nie podobają i ma w nosie gust publiczki? I to w dodatku często-gęsto posługując się tzw. publicznym słowem, co wszakże ani szokujące, ani chamskie nie jest, tylko jak najbardziej na miejscu? I nikt go jakoś za jego wypowiedzi nie ciąga po sądach, bo to jest Hiszpania z czasów po inkwizycji, i bo to jest naprawdę wielki pisarz, z tych, o których dawno, dawno temu i na naszych literackich terenach mówiono, że są sumieniem narodu. Cóż, my jesteśmy narodem bez sumienia. A Reverte jest facet z jajami i może być sumieniem naszego narodu, póki co. W końcu – jesteśmy w tej samej Unii Europejskiej i możemy sobie pożyczyć trochę sumienia od Hiszpanów. Zwłaszcza, że większość felietonów z „El Semanal”, gdyby przetłumaczyć z uwzględnieniem naszych realiów, można by wydrukować śmiało w Polsce i też by pasowało. Tylko kto by się to u nas ośmielił wydrukować? Nawet „Nie” załamałoby się pod ciężarem finansowych odszkodowań, których od autora żądaliby – skutecznie z pewnością! – w polskich sądach wszyscy – od serialowej cipcidupci po Ligę Polskich Rodzin i Związek Hodowców Kanarków. A jeśli ktoś ma wątpliwości, że Hiszpania i Polska mają wiele wspólnego, niech sobie przeczyta felieton Zrób coś, Marias albo Wieczór z Carmen... Pasuje jak ulał. Niestety, bardzo zdecydowanie różni nas klimat. Elementem tej różnicy jest to, że Artura Péreza Reverte Hiszpanii możemy tylko pozazdrościć. Bo fajnie jest mieć w narodzie sumienie, choćby tylko w cotygodniowym felietonie. -
- Terytorium Komanczów
- Arturo Perez-Reverte
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-09-04
Wojna jest zawsze naszą wojną (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Największy może współczesny pisarz hiszpański, Arturo Pérez-Reverte pokazuje wojnę codzienną, tę, z którą my – po tej stronie telewizorów – już się oswoiliśmy, a z którą nigdy nie oswoją się ani jej uczestnicy, ani obserwatorzy z mediów, którzy także w niej uczestniczą. Nabojowi z moździerza wystrzelonego przez Bośniaków, Serbów, Albańczyków, Chorwatów, Irakijczyków, Amerykanów, członków plemienia Hutu, Izraelczyków czy sandinistów jest wszystko jedno, kto ginie od jego wybuchu - czy przeciwnik, czy dziennikarz... Tytułowe „Terytorium Komanczów” określa w zawodowym slangu reporterów wojennych obszar najwyższego ryzyka, na którym najłatwiej jest zginąć i który dlatego z dziennikarskiego punktu widzenia jest najciekawszy. W tej książce kilkadziesiąt minut akcji rozgrywa się na brzegu Neretvy, w miejscowości Bijelo Polje w Bośni, gdzie dwóch dziennikarzy – operator i reporter – czeka na wysadzenie mostu przez chorwackich saperów, starających się nie dopuścić do zajęcia miasta przez siły serbskie. W opis sytuacji wokół mostu wplecione są dygresje na temat działalności, pracy i umierania dziennikarzy w czasie wojen bałkańskich, a także wielu innych „konfliktów” na całym świecie. Reverte pokazuje wojnę dziejącą się teraz, tuż obok nas. Opisuje ją brutalnie, cynicznie i z wisielczym humorem, pokazując sytuacje z obu stron kamery. Język świetny, narracja wartka, może gdzieś zakorzeniona w języku Haska, ale nie do śmiechu nam, gdy orientujemy się, że powieść napisana i wydana została w 1994 roku, a więc jeszcze w zasadzie na początku największych konfliktów bałkańskich, przed Kosowem, Czeczenią i Irakiem... A konsultantem polskiego wydania książki był Waldemar Milewicz... Arturo Pérez-Reverte pokazuje się nam jako pisarz zupełnie inny zupełnie inny niż w erudycyjnych historycznych kryminałach, z jakich znaliśmy go do tej pory. Mimo, iż opowiada nam o tym, o czym niby dobrze wiemy – ma nam do powiedzenia wiele nowego. Kto widział jedną wojnę – widział wszystkie wojny, ale przecież nam, obserwatorom, nie chodzi o prawdę historyczną, no nie? Chodzi nam o detale i technologię: wygląd piersi Amazonek pod Troją, kształt kamienia, wystrzelonego do Goliata przez Dawida, pyski psów, jedzących trupy na Psim Polu, czerwoną od krwi hugenotów Sekwanę w Noc Świętego Bartłomieja, tony okularów w Oświęcimiu, wymarłe z głodu lub zjedzone przez własne matki dzieci na Ukrainie, płonący napalm we włosach dzieci w My-Lai, ulice brukowane czaszkami w Kambodży, symfonie krzyków gwałconych na rozkaz kobiet w Vukovarze... Albańczycy rozstrzeliwani przez Serbów; Serbowie zabijani przez Chorwatów; Chorwaci, zabijani przez bośniackich muzułmanów; muzułmanie, zabijani przez katolików; katolicy, zabijani przez prawosławnych; prawosławni, zabijani przez ateistów... Na pewnym etapie rozwoju ludzkości ilość zadawanych śmierci przechodzi w jakość... W dziennikach telewizyjnych krew, wypływająca z zabijanych dzieci dozwolona jest bez ograniczeń wieku, co najwyżej spiker delikatnie nas uprzedzi, że materiał jest drastyczny. W filmach po dzienniku, gdy bohaterowie idą do łóżka poczynać z miłości nowe dzieci, czerwony kwadrat uprzedzi nas, że widok ten jest dla dzieci zabroniony. Nic dziwnego, że w abisyńskiej armii 8-letnie dzieci zabijają swoich rówieśników z armii erytrejskiej. Dorosłym sprzedawcom broni jest wszystko jedno, kto i z jakiego powodu będzie zabijał z kupionego od niego karabinu... Po przeczytaniu książki Péreza-Reverte ani jedna kula nie zawróci, by ugodzić tego, kto ją wystrzelił. Ale my, czytelnicy, zobaczymy bliżej strzelające karabiny i czołgi. Bo naprawdę są one tuż, tuż... Za ostatnim nie wysadzonym jeszcze mostem. Jutro mogą wjechać na nasze Białe Pole... -
- Zwodniczy punkt
- Dan Brown
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-08-03
Bestseller profesjonalny (10 z 11 uznało tę recenzję za pomocną.)
Są autorzy, którzy mają pecha do szczęścia. Odnoszą sukces, a potem jakieś fatum zamienia ten sukces w klęskę. Dalej są wspaniałymi, powszechnie czytanymi autorami, ale mówi się o ich dziełach: no, co prawda to nieźle napisana książka, ale... I tu zazwyczaj następują argumenty z dziedziny pozaliterackiej. Często polityczne lub ideologiczne. Niekiedy naukowe. Bywa, że po prostu inwektywy... Zanim Dan Brown napisał przebojowy „Kod Leonarda”, słynął już w Ameryce jako autor popularnych powieści sensacyjnych, których akcja dzieje się na styku nauki i polityki. Nie inaczej jest w ostatnio wydanej u nas książce Browna o fatalnym tytule „Zwodniczy punkt” (w oryginale „Deception point”, czyli jakby „istota oszustwa”, też nie najlepiej...). W głębokich warstwach arktycznego lodowca naukowcy NASA odnajdują wielki meteoryt, zawierający skamieliny stawonogów. Dowód na istnienie życia poza ziemią pojawia się w najwłaściwszym momencie - kiedy autorytet agencji kosmicznej i popierającego ją prezydenta, walczącego o reelekcję jest poważnie zagrożony. Kilkoro niezależnych naukowców dopatruje się jednak paru wątpliwości, które podważają autentyczność znaleziska. Rozpoczyna się wyścig ze śmiercią, bowiem wkracza do akcji tajna rządowa agencja, dysponująca znakomitymi fachowcami i świetnym sprzętem do zabijania. I co z tego, że opisany już na pierwszych stronach latający robot-zwiadowca wielkości komara z kamerą na grzbiecie, w razie potrzeby potrafiący zabijać, budzi uśmiech tak samo, jak wynalazki słynnego „Q” z filmów o Jamesie Bondzie? I co z tego, że wydobywanie skamienielin z dna liczącego 11 kilometrów głębokości Rowu Mariańskiego wydaje się mniej prawdopodobne, niż rzeczywiste odkrycie półmetrowych krewetek w pasie planetoid? To przecież powieść, a nie podręcznik walki dla agentów specjalnych! Inna rzecz, że gdy Jules Verne opisywał podwodny świat odkrywany przez „Nautilusa” lub podróż w pocisku na Księżyc, także wystawiano mu kiepskie oceny z fizyki i biologii. Wszystko zależy od punktu odniesienia naszego rozumowania, a ten bywa niekiedy mocno zwodniczy. Brown przekonująco sugeruje, że to, co wiemy o technice wojskowej, stanowi wersję o kilkanaście lat starszą od rzeczywistości... Na wszelki wypadek więc strzeżmy się komarów, na które nie działa "Offf"... Brown skonstruował powieść zgodnie z wszystkimi regułami sztuki pisania bestsellerów: niezwykle wartka akcja, wyraziste postacie bohaterów, zarówno ze świata polityki, jak i ze świata nauki (naukowcy w zasadzie stoją moralnie wyżej od polityków, ale na szczęście nic nie jest aż tak jednoznaczne, jak by mogło być...), aż dwie piękne kobiety (obie przeżywają mimo niesprzyjających okoliczności), dwie brzydkie kobiety (obie giną, ale ich specjalnie nie żałujemy), akcja toczy się w plenerach znanych zarówno z pierwszych stron gazet (Biały Dom), jak i z telewizyjnych programów popularno-naukowych, w ucieczce przed Kostuchą pojawia się zarys romansu, w dodatku rozwiązanie - choć w zasadzie przez uważnych czytelników przewidywane mniej więcej od połowy powieści - jednak mimo wszystko zaskakuje. Nie brakuje momentów dramatycznych, czy wręcz strasznych, ale i humor - szczególnie w dialogach - pojawia się też często. Konflikt polityczny zostaje rozwiązany ironicznie, romans zaś jest zwieńczony ładną sceną łóżkową w Sypialni Lincolna w Białym Domu (nie, nie prezydent ze stażystką...). Konstrukcja poprowadzona jest przez symultaniczne pokazywanie akcji z trzech perspektyw, niejako przez trzy wątki, które dopiero pod koniec powieści się spotykają, wreszcie - krótkie, dynamicznie zaprezentowane rozdziały, przypominające poetykę ośmiosekundowych videoklipów MTV - czynią ze „Zwodniczego punktu” kapitalną lekturę na letni dzień (może nawet na letnią, krótką noc) i oczywiście świetny materiał na scenariusz filmowy. Tylko może niech Tom Hanks nie gra głównego bohatera. Chyba, że negatywnego. -
- Córka dyrektora cyrku
- Jostein Gaarder
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-07-06
Książka jak atrakcyjna kobieta
Ta książka jest jak atrakcyjna kobieta: przyciąga urodą i figurą, zachwyca intelektem i erudycją, budzi uznanie elegancją, kokietuje zmiennością nastrojów i przywiązuje do siebie obietnicami coraz nowych doznań. Norweski pisarz Jostein Gaarder na świecie najbardziej znany jest z kultowej powieści „Świat Zofii”, ale proponuję już zapomnieć o nim jako o przynudzającym nieco wykładowcy historii filozofii dla dorastających panienek. Od tamtego bestsellera po blisko 15 latach pracy odszedł już daleko i z pewnością we właściwą stronę – w kierunku pełnej fantazji i pomysłów literatury. Współcześnie szerzy się zaraza powieści, opisujących nasze życie codzienne, bez pomysłu, ciekawej fabuły, bez żadnego celu poza – w najlepszym wypadku – utrwaleniem na kartach obrazu, otaczającej nas rzeczywistości. Fantazja poszła się paść, a czytelnicy usypiają nad książkami, w których mogą odnaleźć siebie, swojego psa i panią Józię z sąsiedniej klatki tego samego bloku. A kto utożsami się z tryskającym pomysłami literackimi norweskim playboyem po maturze, którego jedynym stałym towarzyszem życiowym jest metrowy krasnolud, w dodatku całkowicie niewidoczny dla nikogo poza bohaterem? W dobrej powieści najważniejsze są pomysły, wysnute z fantazji autora. Niestety, we współczesnej literaturze pomysłów w nadmiarze nie ma, więc pisarze, chcąc się utrzymać na rynku opisują tylko to, co widzą lub sfrustrowani snują się po kawiarniach, czekając na natchnienie. Ale Petter, na skutek pewnego incydentu z dzieciństwa cierpiący na niechęć do publikowania pod własnym nazwiskiem, pomysłów literackich ma aż za dużo. Już w szkole zaczął je sprzedawać kolegom, potem zakłada prywatne przedsiębiorstwo pomocy literackiej... Powieść ma niemal muzyczną konstrukcję, co świetnie zgadza się zresztą z pasjami głównego bohatera: ogólnie ma formę ronda sonatowego, z kilkoma wariacyjnie powracającymi tematami. Zaczyna się – co niezbyt oryginalne – od końca, potem następuje retrospekcja, by doprowadzić nas mniej więcej chronologicznie do finału, który nie daje nam jednoznacznego rozstrzygnięcia całej intrygi. Spośród kilku tematów, największe znaczenie ma oczywiście na pół baśniowy, tytułowy motyw córki dyrektora cyrku – małej dziewczynki, która na skutek nieszczęśliwych okoliczności (za każdym razem nieco innych) rozstaje się z rodziną, zapomina o niej, a potem powraca do domu i rozpoznaje ojca w chwili dramatycznego upadku z trapezu. I nie tylko... Drugim – motyw pająka, zatopionego w bryłce bursztynu, oglądanego przez bohatera w dzieciństwie, podczas wizyty z ojcem w muzeum. Po latach on sam zostanie nazwany Pająkiem, a córka dyrektora cyrku dzięki naszyjnikowi z pajączkiem w bursztynie zostanie przez ojca rozpoznana. Obydwa motywy splotą się w końcu w harmonijną, choć dramatyczną frazę w końcu opowieści, gdzie dalekie echo wątków z Maxa Frischa jest przewidywalnym – ale koniecznym zakończeniem sonaty... Ta powieść Gaardera trafiła do mnie później niż wcześniej napisana Dziewczyna z pomarańczami, ale to chyba dobra kolejność. Po książkach o sprawach filozofii i sztuki przyszła pora na zajęcia warsztatowe z literatury. Ale jak zawsze, autor mówi przede wszystkim o sensie życia – w Córce dyrektora cyrku bohater ponosi konsekwencje faktu, że sprzedaje swój talent, nie wykorzystując możliwości realizowania się na rachunek własny. Godzi się nawet zostać anonimowym dawcą genów. Akceptuje z ochotą nieprzyznawanie się do ojcostwa - tak wątków powieściowych, jak i własnej córki... Sądzi, że to zapewni mu samorealizację bez odpowiedzialności. Ale nieautoryzowane pomysły, tak jak nieuznane dzieci zawsze do nas wracają... Czy nie o autentyczne przeżywanie samego siebie i wykorzystywanie własnej szansy powinno nam chodzić przede wszystkim w życiu - największym cyrku świata? -
- Cień wiatru
- Carlos Ruiz Zafón
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-04-22
Pieśń o miłości i śmierci (7 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)
Powieść Carlosa Ruiza Zafóna „Cień wiatru”, opublikowana w Barcelonie po raz pierwszy w 2002 r., dotarła do Polski w tym roku, poprzedzona sławą głośnego bestsellera, wydanego w 30 krajach, który w samej tylko Hiszpanii sprzedał się w nakładzie miliona egzemplarzy. Czyli co 40 Hiszpan jest posiadaczem tej książki. W anonsach reklamowych porównywano ją do dzieł Artura Peréza-Reverte i Umberto Eco, a więc rekomendacje na najwyższym literackim szczeblu. Nie muszę dodawać, z jakim dystansem do niej podszedłem... Zaczyna się niemrawo i dość schematycznie – młody chłopak wchodzi w posiadanie tajemniczej książki „Cień wiatru” nieznanego bliżej autora, próbuje się coś o nim więcej dowiedzieć i nagle, jakby wchodził w świat owej książki. Nawet spotyka jednego z jej bohaterów, który w powieści jest... diabłem. „Klub Dumas” jak żywy! Co więcej – autor co i raz daje nam dumny sygnał, że w gruncie rzeczy narrator i główny bohater to alter ego Juliána Caraxa, autora tego pierwszego „Cienia wiatru”: takie same ciągoty pisarskie, takie samo pióro montblanc, takie same romanse, pochodzenie z „nieprawego łoża”, podobieństwo fizyczne, nawet powołanie do wojska... Ale... Ale to duża książka. Gruba. Akcja ma gdzie się rozkręcić. Na przeszło 500 stronach rozwija się coraz żwawiej, pojawiają się coraz nowe postacie i nowe wątki i nagle czujemy, że zostajemy wciągnięci w wir wypadków, których geneza sięga czasów wojny domowej w Hiszpanii, a skutki trwają we frankistowskich latach po II wojnie światowej i ogarniają coraz liczniejsze grono osób, których łączy postać tajemniczego autora zapomnianej powieści. Schemat „książki o książce” rozpada się z czasem i powieść przekształca się w pełnokrwisty (w całym tego słowa znaczeniu) czarny kryminał z licznymi wątkami romansowymi, w powieść jak najbardziej nowoczesną, napisaną współczesnym, barwnym językiem (kapitalny przekład Beaty Fabjańskiej-Potapczuk i Carlosa Marrodána-Casasa), momentami przypominającą autoironiczną prozę Edwardo Mendozy. Dialogi z udziałem pseudoarystokratycznego lumpa Fermína brzmią, jakby toczone były w salonie fryzjera damskiego... Gdzieś daleko majaczy cień Sancho Pansy... Podobnie jak u Mendozy wędrujemy z zapartym tchem po urokliwych, choć niebezpiecznych uliczkach Barcelony i choć w zasadzie nie trudno nam rozwikłać zagadki przeszłości, to jednak do końca pozostajemy w napięciu, zwłaszcza, że skomplikowane romanse momentami przysłaniają sprawy kryminalne. No, bo w gruncie rzeczy zbrodnia jest sprawą banalnie prostą w porównaniu z miłością... Pewnym zgrzytem, pójściem na łatwiznę jest mocno schematyczne rozwikłanie głównej zagadki w formie listu zza grobu, pisanego przez jedną z bohaterek do narratora. Carlos Ruiz Zafón nadaje też swojej powieści ten sam tytuł, jaki nosi książka, której tajemnicę rozwiązuje bohater, co jest podkreśleniem pointy czerwoną kredką, żeby broń Boże nikt nie przegapił owego zatoczenia koła przez historię... To też wydaje się być działaniem na skróty. Niemniej jednak wszystko to są drobiazgi niewarte uwagi wobec faktu, że mamy oto do czynienia z powieścią, która nie jest bynajmniej echem arcydzieł takich, jak „Klub Dumas” czy „Imię róży”. Jest świetną, doskonale napisaną, współczesną książką, której główne przesłanie trafi z pewnością do kolejnych milionów czytelników: miłości nie da się zamknąć w książkach. Nawet jeśli ją wymyślimy i opiszemy – odnajdzie nas i pomoże nam żyć. No, chyba, że pozbawi nas życia, co jest równie prawdopodobne, ale to jest promocyjna cena ryzyka... -
- Klub Dantego
- Matthew Pearl
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-04-17
Dobrze przyprawiona erudycja (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Od czasu, kiedy Szekspir wymyślił teatr w teatrze, dzieła artystyczne wielokrotnie bywały wykorzystywane przez inne dzieła artystyczne. Na gruncie literatury pierwsza w naszym kręgu kulturowym była powieść Umberto Eco "Imię róży" (1980, 1988), a wkrótce potem kapitalna proza Olgi Tokarczuk "Podróż ludzi księgi", wydana po raz pierwszy w 1993 roku. Najciekawszym dokonaniem w tej dziedzinie wydaje się być ostatnio „Klub Dumas”, autorstwa hiszpańskiego pisarza Arturo Pereza-Reverte (1993, 2004). Ale spośród wymienionych tylko Olga Tokarczuk pisze o księdze dobrze – tylko opisywana przez nią księga ma wpływać na ludzi pozytywnie. Inna rzecz, że nie wpływa, jako że jedyną osobą spośród bohaterów, która dociera do niosącej zbawienie Księgi Boga, jest nie umiejący czytać niemowa... U pozostałych autorów księgi są nosicielami szaleństwa, które skutkuje łamaniem wszystkich przykazań, z piątym na czele... W ten schemat świetnie wpisuje się dzieło, będące ostatnio w czołówkach list bestsellerów: Klub Dantego, autorstwa amerykańskiego pisarza Matthewa Pearla. Czytelników mogą trochę zniechęcać przydługie dywagacje erudycyjne, w których autor stara się „sprzedać” swoją uniwersytecką wiedzę, ale do tego już jesteśmy trochę przyzwyczajeni, od czasów Umberto Eco aż po Dana Browna. Jeśli jednak Brown przynudza w dialogach, co warsztatowo jest fatalne, to Pearl edukuje nas w dygresjach, które znudzony czytelnik może od biedy opuścić. Jak opisy przyrody w Reymontowskich Chłopach... Współczesnego europejskiego czytelnika może zniechęcić coś innego – oto akcja dzieje się w XIX-wiecznym Bostonie, tuż po zakończeniu wojny secesyjnej, której echa wciąż pobrzmiewają z kart książki i która ma ogromny wpływ na psychikę bohaterów. A kto z nas wie coś więcej o tej wojnie? Po wtóre – bohaterami książki – członkami elitarnego „Klubu Dantego”, zajmującego się przygotowywaniem pierwszego amerykańskiego przekładu „Boskiej Komedii” są amerykańscy pisarze – Henry Wadsworth Longfellow, James Russell Lowell, Oliver Wendell Holmes, historyk George Washington Greene, wydawca J.T. Fields, a przez karty powieści przewijają się liczni inni luminarze Uniwersytetu Harvarda i literackiego miesięcznika „The Atlantic Monthly”... Pisarze tak wielcy, że nawet sklepikarze i panienki na ulicach Bostonu rozpoznają ich bez trudu i proszą o autograf – dla nas kompletnie nieznani. No, bo ilu czytelników „Klubu Dantego” znało wcześniej choćby jeden wiersz Lowella czy Longfellowa, i ilu z nich wiedziało, że Holmes miał na imię inaczej niż Sherlock? W Bostonie straszliwą śmiercią zaczynają ginąć znani ludzie, niechętni działalności nieformalnego „Klubu Dantego”, któremu przewodniczy H.W. Longfellow, przygotowujący artystyczne tłumaczenie „Boskiej Komedii”. Receptura owych morderstw zgadza się z naturalistycznymi opisami mąk piekielnych, zaprezentowanymi w dziele Dantego Alighieri. Kto – poza członkami bostońskiej elity intelektualnej – zna Dantego tak dobrze, że może zeń czerpać jak kucharz z przepisów Ćwierciakiewiczowej? Było? Oczywiście, że było... Seryjne morderstwa według receptur to ulubiony temat horrorów. Wystarczy wspomnieć słynne Siedem... Sam tytuł i koncepcja (księga, która zabija...) nawiązują do Klubu Dumas Reverte, ale tylko powierzchownie. W powieści Pearla odnajdziemy nawet dalekie echa mistrza Dana Browna i jego "Aniołów i demonów". Moim zdaniem fakty te bynajmniej nie umniejszają rangi nowego bestselleru. Doszukiwanie się wtórności i zapożyczeń artystycznych w literaturze to zajęcie kompletnie jałowe. Jakież nudne byłoby dzieło, napisane przez kogoś, kto nigdy nie zachwycił się inną książką, filmem czy obrazem! Czy w Polsce literaturoznawca mógłby napisać horror? No pewnie, niejeden już napisał, wiedzą o tym studenci polonistyki... Ale czy mógłby napisać dzieło literackie, będące międzynarodowym przebojem? -
- Rzecz o mych smutnych dziwkach
- Gabriel Garcia Marquez
- (towar niedostępny)
Maciej Pinkwart 2005-04-16
Kwestia czasu (1 z 1 uznało tę recenzję za pomocną.)
Przeczytałem najnowszą książkę Márqueza i muszę powiedzieć, że trochę się rozczarowałem. Może z uwagi na tytuł – „Rzecz o mych smutnych dziwkach” – który brzmi wręcz rozpaczliwie. I nie pomogą tu żale tłumacza, umieszczone w słowie wstępnym oraz na ostatniej stronie okładki, z których dowiadujemy się, że okrutna polska cenzura redakcyjna zmieniła piękne słowo „kurwy” na „dziwki”, żeby było przyzwoiciej. Pomijając już niewątpliwe marketingowe intencje takiego użalania się, to obawiam się, że wówczas tytuł brzmiałby jeszcze gorzej... Co najgorsze, tytuł w ogóle nie ma się nijak ani do treści, ani do przesłania, którego można się w książce dopatrzyć. Dziwki, owszem, przewijają się przez opowiadanie, ale nie smutne one są, tylko jakby albo za młode, albo za stare... Smutny – choć niewątpliwie romantyczny - bywa bohater – zatem słuszniejszy tytuł powinien odnosić się do smutnego dziwkarza, żeby nie powiedzieć dosadniej. Ale czy w wieku 90 lat ten tytuł jeszcze mu przysługuje? Oto jest pytanie... I na to pytanie, bynajmniej nie żartobliwie, stara się w swej najnowszej powieści odpowiedzieć Márquez. Wkładając w usta jednej z bohaterek kapitalne zdanie: Moralność jest kwestią czasu... - każe nam je interpretować wedle woli. No i czynimy to, zastanawiając się, która z trzech możliwych interpretacji w sytuacji każdego z nas będzie słuszniejsza. Moralność jest kwestią czasu... A zatem wiek zmusi nas z czasem do bycia moralnymi – kiedy już nie będzie innej możliwości. Cóż – przykład nie tylko Márquezowego bohatera zdaje się oddalać słuszność takiej interpretacji. Moralność jest kwestią czasu... Wystarczy poczekać, a czas zrobi swoje i przy sprzyjających okolicznościach dokona erozji moralności tak, że pozostanie ona wspomnieniem równi odległym, jak pierwsze konsumpcyjne zachwyty niemowlęcia nad kobiecą piersią... Moralność jest kwestią czasu... Każdy czas ma swoją moralność i to, co kiedyś wydawało się niemoralne, dziś nie zmusi najbardziej zagorzałego purytanina do odwrócenia głowy... Dla Márqueza czas nie jest czynnikiem istotnym w miłości. Oswajanie czasu raczej dotyczy samej egzystencji, jej fizykalnych objawów niż uczuć. To trochę obsceniczne wyliczanie spraw związanych z dysfunkcjami ciała ma nas, czytelników, a i samego pisarza przyzwyczaić do starości. Do jej ciemnej strony. Ale miłość jest zawsze jasną stroną. Zawsze uskrzydla, jeśli nawet boli. I czas ma dla niej znaczenie wtórne, jeśli w ogóle bezpośrednio na nią wpływa... Różnica wieku między kochającymi się ludźmi ma, według Márqueza, wpływ tylko na kwestie obyczaju, nic więcej. Niekiedy – u Márqueza prawie nigdy – wpływa na niektóre fizyczne aspekty miłości. Ważne, ale w sumie drugorzędne. Dla samego uczucia to nie ma znaczenia. Banał? No, pewnie! Ale jeśli przekonuje nas do tego wielki pisarz, to może warto przez chwilę się nad tym zastanowić? Bo jeśli będziemy a prori odrzucać wszystkie banały i zawsze starać się być oryginalnymi, to może się zdarzyć, że dziecko zostanie wylane wraz z kąpielą: że odrzucimy rzeczywistość, która częściej jest banalna niż oryginalna. A jak żyć bez rzeczywistości? Jeśli odrzucimy takie zwyczajne, Márquezowskie cieszenie się światem, pozostanie nam tylko smutek i sceptycyzm, wyrażany w dawnym porzekadle: Nic mnie już nie bawi, nic mnie już nie nęci, odkąd cioci Mani biust się w magiel wkręcił... A wracając do nieszczęsnego tytułu powieści: ludziom mojego – prawie Márquezowskiego – pokolenia, może się kojarzyć z apaszowską piosenką: Dziwki po udach całowały mnie zmysłowo, Rencistka jedna rwała dla mnie złoty ząb, Mój arogancki śmiech Rozpalał w żyłach krew, Lecz ja nikogo nie potrafię kochać już... No i o to chodzi, żebyśmy jeszcze potrafili. I tego nas uczy Márquez i jego smutne dziwki.





Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)




