Carlos696

Recenzje:
Liczba wszystkich recenzji: 140
-
- Melancholia
- Lars von Trier
- cena: 45,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Carlos696 2011-11-04
Poetycko o zupełnie niepoetyckiej chorobie (3 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Melancholia" to film bardzo subtelny, jak na twórcę "Antychrysta". I - wbrew pozorm - bardzo kameralny i wyciszony. Fani widowiskowego kina katastroficznego nie mają tutaj czego szukać, gdyż katastrofy jest w filmie niewiele, i jest ona potraktowana raczej metaforycznie niż dosłownie. O czym zatem jest "Melancholia"? O depresji, mówiąc krótko. Przy czym von Trier nie tyle prezentuje najbardziej charakterystyczne objawy tej choroby, ile hipnotyzuje widza wykreowaną atmosferą, i nakazuje mu na własnej skórze odczuć, co czuje osoba cierpiąca na depresję. I chociaż oglądanie "Melancholii" w jesioenno-zimowe długie wieczory zakrawa o masochizm, jednak nie sposób nie stwierdzić, że oglądamy jeden z oryginalniejszych i piękniejszych obrazów duńskiego twórcy. Jedno, co wydaje mi się chybione to tytuł - nie mylmy depresji z melancholią. -
- Lulu
- Metallica, Lou Reed
- cena: 56,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Carlos696 2011-10-29
Dygoty starszych panów (8 z 9 uznało tę recenzję za pomocną.)
Powiedzieć o "Lulu", że to płyta słaba, to nic nie powiedzieć. Nie wiem, jakie motywacje przyświecały twórcom, nie wiem, czy to Lou Reed chciał się na siłę odmłodzić, czy też Metallica zapragnęła na stare lata spróbować swych sił na polu bardziej intelektualnej muzyki, wiem natomiast, że efekt finalny autentycznie poraża. Twórcy "Master of Puppets" nawet nie silą się na jakąkolwiek oryginalność, serwując tym samym thrash metal, który brzmi, jakby muzycy jakiś miesiąc temu kupili instrumenty i dopiero co uczyli się na nich grać. Serio - nawet najgelnialniejszy riff wałkowany przez 16 minut, po jakichś ośmiu robi się nieznośny. A trzeba dodać uczuciwie, że riffy na "Lulu" genialnymi nie są. Słowem - jawna autoparodia i bezczeszczenie własnego dorobku. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co wyczynia Lou Reed. Genialny twórca "Berlina" przez większą część płyty melorecytuje różne plugastwa, co jeszcze można przełknąć, gorzej gdy próbuje "śpiewać" do kompozycji Hammetta i spółki. Wtedy brzmi, jakby właśnie umierał, a jego agonalne bulgoty miały być neutralizowane przez tandetną sieczkę,serwowaną przez mistrzów thrash metalu. Wiem, że prawdziwa sztuka musi przekraczać granice, wiem, że Lou Reed nie takie rzeczy tworzył, wreszcie wiem - że oryginalne rzeczy powstają tylko wtedy, gdy twórcy nie chcą za wszelka cenę schlebiać potencjalnym odbiorcom. Co nie zmienia faktu, że puszczenie "Lulu" do sklepów to jawne przyznanie się do całkowitego braku autokrytycyzmu. Twórcy chwalą się, że album powstał w 10 dni. Cóż - wierzę im. Wierzę zarówno jako sympatyk Metalliki, jak i oddany fan Lou Reeda. -
- Projekt Grechuta
- Plateau
- cena: 39,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Carlos696 2011-04-12
Plateau GreVoota (3 z 3 uznało tę recenzję za pomocną.)
Cóż na to poradzę - uwielbiam kulturowy recykling, dlatego też nie mogłem sobie odmówić zapoznania się z przearanżowanymi piosenkami Grechuty, tym bardziej, gdy za owo karkołomne zadanie zabierają się tacy ludzie, jak muzycy z Plateau (jednej z fajniejszych polskich kapel rockowych, której szczególnie należą się brawa za to, że nie wstydzi się śpiewać po polsku, i na dodatek czyni to bardzo mądrze) oraz Wjciech Waglewski, który zasiadł za stołem produkcyjnym, dodatkowo wszystkie piosenki są wykonane w jego aranżacjach, zaś sam śpiewa w finalnym utworze. Jak zatem wypadło połaczenie cudownych grechutek z rockowym instrumentarium? Wyszło dokładnie tak, jak wyjść musiało: soczyście, lekko, z rockowym pazurem,ale też kilkoma niespodziankami aranżacyjnymi. Nawiększym zaskoczeniem z pewnością jest utwór "Gdzieś w nas", gdzie intryująco połączono hip-hopowo katatoniczny rytm z hard rockowym riffem, a takie utwory, jak "Dni, których nie znamy", "Będziesz moją panią", czy "Wiosna, ach to ty" z pewnością byłyby rockandrollowymi koncertowymi killerami na, powiedzmy, Przystanku Woodstock. Podsumowując: panom z Plateau oraz panu Waglewskiemu udała się rzecz trudna, czyli stworzenie z piosenek Grechuty rasowych rockowych utworów, lecz tak zaaranżowanych, że fani twórcy "Korowodu" nie powinni być zniesmaczeni. Z drugiej zaś strony - brakuje mi tu trochę dźwiękowego szaleństwa i większej odwagi aranżacyjnej, znanych choćby z płyt Voo Voo tudzież "Szalonej lokomotywy" samego Marka Grechuty. Lecz na wiosenny czas jest to płyta wymarzona. -
- Puk puk
- Kasia Nosowska
- (towar niedostępny)
Carlos696 2011-03-23
Wielka płyta
Skrajność emocji targających słuchaczem podczas poznawania tej płyty jest olbrzymia: od niesamowitej czułości "Jeszcze jeden o tym" po autentyczną grozę i schzofreniczność "Pani Pasztetowej". Dzieło nowoczesne, odważne, seksowne, czułe, ale też wrogie, chore, przerażające. Może się narażę, ale nie wiem czy kiedykolwiek później Nosowska napisała równie dobre teksty. Odwaga z nich bijąca, ich szczerość i spontaniczność, przy jednoczesnym unikaniu banału i mielizn typowych dla popowych piosenek, budzą do dziś zachwyt. To się chyba Sztuka nazywa. -
- Norwid - gromy i pyłki [Digipack]
- De Press
- cena: 38,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Carlos696 2010-11-24
Norwid w rockowej masce (4 z 5 uznało tę recenzję za pomocną.)
Twórczość Cypriana Kamila Norwida jest szczególną dla polskiego rocka. Nic dziwnego, skoro pierwsze polskie arcydzieło rockowe zostało skomponowane do "Bema pamięci żałobnego rapsodu" przez Czesława Niemena. W późniejszych latach po tę trudną poezję sięgali między innymi Closterkeller, Homo Twist, Apteka, nawiązania zaś do Norwida możemy odnaleźć choćby w przepięknym utworze Budki Suflera "Noc nad Norwidem". Aż wreszcie doczekaliśmy się płyty, która od początku do końca wybrzmiewa Norwidowskimi wersami. De Press, które już wcześniej sięgało po tę poezję, postawiło na rockową (momentami prawie punkową) prostotę, co nadało owym wierszom rebelianckiego i nadal aktualnego posmaku. Mimo tego płyta pozostawia niedosyt, szczególnie u tych odbiorców, którzy już wcześniej zetknęli się z tym twórcą. Prostota i żywiołowość muzyki rockowej, dodaje, co prawda, szczypty przebojowości Norwidowi, lecz ograbia jego twórczość z tak charakterystycznych cech, jak mądra, głęboka ironia, oraz oryginalne użycie przemilczeń oraz pauz, które znaczą w tej poezji czasami więcej niż same słowa. Śpiewanie Norwida wymaga aktorskiej zręczności, i nie wystarczy tu tylko umiejętność prostego serwowania wersów. Dodatkowo dziwi mnie, dlaczego tak wspaniałe utwory, jak „Święty-pokój” oraz „Moja piosenka II” zostały tu przedstawione w nowych aranżacjach, skoro De Press już wcześniej je wykonywało, i to całkiem udanie. Mogą razić także „Marionetki”, zwłaszcza, gdy zna się doskonałą interpretację tego utworu w wykonaniu Niemena, u którego zwyciężyły refleksyjność i stonowane wykorzystanie instrumentów elektronicznych, De Press zaś postawił na punkowy, działający tylko na emocję, przekaz. No, ale dość krytykowania. Wierzę, że pomimo niedociągnięć (które może zauważyć tylko osoba znająca poezję wieszcza), wielu młodych odbiorców (i nie tylko nich)przekona się dzięki tej płycie do owej twórczości, która jest być może najwybitniejszą, jaka wyszła spod ręki polskiego poety. Poza tym - „Norwid. Gromy i pyłki” to rzetelna i przebojowa dawka całkiem niebanalnego rockandrolla, a to się przecież chwali. -
- Incepcja
- Christopher Nolan
- cena: 28,49 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Carlos696 2010-11-04
Plac zabaw dla ludzkiej wyobraźni (16 z 25 uznało tę recenzję za pomocną.)
"Incepcja" to kino skrojone na miarę widza, który dorasta lub już dorósł w towarzystwie Internetu, i wyćwiczył sobie podzielność uwagi podczas buszowania po kilku portalach internetowych na raz. Chrstopher Nolan nie bawi się w przejrzystą ekspozycję, wyraziste szkicowanie bohaterów, lecz na dzień dobry wrzuca nas w sam środek akcji, i nakazuje widzowi samemu "połapać się" w wykreowanym świecie. W efekcie otrzymujemy piekielnie inteligentne kino rozrywkowe, które jednak wymaga nieustannego intelektualnego zaangażowania, a także otwarcia na mnogość psychologicznych i filozoficznych kontekstów w nim zawartych. I to nie w tak infantylny sposób, jak uczyniono to w "Matrixie", lecz dzięki samej konstrukcji dzieła, stawiającej na dynamikę oraz logikę wydarzeń wypływającą bezpośrednio z obrazu, nie dialogów. Dodajmy jeszcze symultaniczne prowadzenie narracji, i otrzymujemy filmową łamigłówkę, wyglądającą niczym połączenie rozmachu filmów Stevena Spielberga z surrealizmem obrazów Davida Lyncha. Podsumowując - świetne kino, przy którym jednak nie wolno sobie pozwolić na roztargnienie. Takie popcornowe kino, które lepiej oglądać bez popcornu. -
- Pornography [Remastered]
- The Cure
- cena: 35,99 zł
- (wysyłamy w ciągu: 7 dni)
Carlos696 2010-10-18
Arcydzieło przepalone chłodem (2 z 2 uznało tę recenzję za pomocną.)
Pewnie się narażę, lecz osobiście uważam „Pornography” za najwybitniejszy album zimnofalowy w historii. Zaznaczam także, że ci, których zachwyciło piękno „Disintegration”, bezpretensjonalność „Boys don’t cry” bądź „Friday I’m love” niewiele znajdą na tej płycie dla siebie. Beznamiętna, niemal plemienna perkusja (aż dziw, że to żywy instrument, a nie automat perkusyjny) wita słuchacza w „One hunred years” i nie opuszcza go aż do schizofrenicznego utworu tytułowego, brzmiącego niczym ścieżka dźwiękowa najmroczniejszych snów Davida Lyncha. Niejednoznaczne teksty Roberta Smitha tylko podsycają tę mroźną, wrogą atmosferę. Zaledwie osiem utworów, lecz starcza w zupełności, by popsuć sobie wieczór. I to nie zarzut. „Pornography” z założenia jest albumem wrogim, agresywnym, depresyjnym. Wspomniana perkusja, minorowe ściany syntezatorów, minimalistyczny bas, i płaczący głos Smitha budują iście katatoniczny nastrój, potrafiący skutecznie przekonać słuchacza, że nie wszystko wokół niego jest takim, jakim być powinno. A już przedostatni utwór, nazywający się nomen omen „Cold”, to po prostu „akademicki” przykład nurtu cold wave. Album ten, w przeciwieństwie do innych płyt The Cure, nie posiada charakterystycznej introdukcji oraz wyraźnego finału. Rozpoczyna się gwałtownie, sunie przez 45 minut niczym wóz pancerny w noc grudniową, i równie gwałtownie się kończy, pozostawiając po sobie niepokój i chłód. Arcydzieło, którego nie da się chyba do końca polubić. -
- Prawo do bycia idiotą
- Dezerter
- cena: 30,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Carlos696 2010-10-15
Świat stanął na głowie, (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
skoro ostatnimi piewcami zdrowego rozsądku są anarchiści. Wśród punkowej nawałnicy Dezerter bardzo dosadnie i bezpośrednio przypomina, że myślenie nie boli. Teksty z tego krążka powinny być omawiane w szkołach. Miejmy tylko nadzieję, że - parafrazując jedną z piosenek - sekta ludzi normalnych poszerzy swe kręgi. I choć całość sprawia wrażenie bardzo pesymistycznej, człowiek jednak lepiej się czuje, gdy odnajduje na "Prawie do bycia idiotą" swe własne przemyślenia i poglądy. Recenzja subiektywna, lecz chyba żadna płyta Dezertera nie uderzyła we mnie z taką mocą. Na piątkę, oczywiście. -
- Autor widmo
- Roman Polański
- cena: 29,99 zł
- (wysyłamy w ciągu 24 godz.)
Carlos696 2010-09-11
Chirurgiczna precyzja (4 z 4 uznało tę recenzję za pomocną.)
„Autor widmo” stanowi doskonały prezent dla oddanych fanów Polańskiego. Twórca skupił w jednym filmie niemal wszystkie tematy przewijające się przez jego twórczość. Mamy zatem lęk przed utratą własnej tożsamości, bohatera wykreowanego na every mana, który zostaje wplątany w wydarzenia wyraźnie go przerastające, końską dawkę ironii i złośliwego poczucia humoru, niepokojące i wnikliwe portrety psychologiczne oraz klasyczną femme fatale. Ponadto kolejny raz reżyser umieszcza bohaterów w klaustrofobicznym świecie, wykreowanym na ponury labirynt, których poczynania ukazuje z chirurgiczną precyzją, a całość okrasza wyborną muzyką Alexandra Desplata. Pojawia się też w „Autorze Widmo” zupełnie nowy wątek w twórczości autora „Dziecka Rosemary” – ukazanie osób stojących w cieniu wielkiej polityki, a których poczynania często są o wiele ważniejsze i bardziej brzemienne w skutki, niż osób goszczących na pierwszych stronach gazet. I trzeba przyznać, że nowy obraz Polańskiego wyjątkowo wnikliwie przedstawia ten swoisty mikroświat. Widz ma możliwość zatopić się na dwie godziny w świecie wrogim, obcym, nieznanym i przerażającym. Ale też tak uwodzicielskim, że ani na moment nie nachodzi go ochota, by odwrócić wzrok. Każda scena wyreżyserowana z precyzją godną zegarmistrzów, każde słowo wybrzmiewa mnogością znaczeń, każde ujęcie zawiera w sobie tylko elementy niezbędne. I jeszcze zakończenie, w którym ładunek dramaturgiczny, jak i wieloznaczność niemal przekraczają granice kadru. Chciałbym doczepić się do czegoś, wytknąć jakąś małą niekonsekwencję, wskazać dłużyzny, lecz w „Autorze widmo” najzwyczajniej ich brak. Polański stworzył najlepszy swój dreszczowiec od czasu „Lokatora”, a nam tylko pozostaje się cieszyć, że na świecie są jeszcze twórcy potrafiący wyczarować tak doskonałą rozrywkę, traktując przy tym widza poważnie i wierząc w jego inteligencję. -
- Fishdick Zwei [Digipack]
- Acid Drinkers
- cena: 36,49 zł
- (wysyłamy w ciągu: 3-5 dni)
Carlos696 2010-09-05
Pełna profeska na pełnym luzie (13 z 14 uznało tę recenzję za pomocną.)
Wiem, że recenzent powinien zachować dystans do omawianego dzieła, lecz jak to uczynić, kiedy przy każdym utworze z „Fishdick Zwei” gęba sama się uśmiecha. Co tu dużo mówić, panowie z Acid Drinkers nagrali najbardziej jajcarską, ba, niemal kabaretową płytę w całym dorobku. Na warsztat wzięli absolutną klasykę, zarówno rockową, jak i popową, tylko po to, by dokonać na niej najczystszej profanacji. Wiele bym dał, by ujrzeć zniesmaczone twarze fanów Slayera, słuchających kultowego „Season in The Abbys”w wersji country. I to nie takiego w stylu Johnny’ego Casha, lecz country z najbardziej prowincjonalnej prowincji z możliwych, z obowiązkowym „iiihhhhaaaa”, i skoczną partią skrzypiec. Albo przyjrzeć się miłośnikom Metalliki, słuchających, jak Czesław Mozil z werwą „zarzyna” swym akordeonem „Nothing Else Matters”, moim skromnym zdaniem jednego z najbardziej wyświechtanych utworów w historii. Warto by też zerknąć na fanów samego Acid Drinkers, słuchających, jak Ślimak wraz córką czule wykonują francuskie „Et si tu n’exisais pas”, zupełnie na serio, bez najmniejszego mrugnięcia okiem. Choć na „Fishdick Zwei” nie brakuje rzetelnego metalowego łojenia, całość sprawia wrażenie, jakby zespół chciał się przekształcić w cięższą wersję „Lao Che”. W efekcie słuchamy album, który aż iskrzy od intertekstualnych odniesień, udowadniający, że Acidzi mają nie tylko wyjątkowe na naszej scenie poczucie humoru, ale też są prawdziwymi fachowcami, potrafiącymi wprowadzić w życie pomysły, które innym by nawet do głowy nie wpadły. Bo kto inny by wykonał „Hot Stuff” Donny Summer, tak, że brzmi jakby Ozzy Osbourne przejechał po nim wielgachnym walcem? Albo „New York, New York” Sinatry przekształcić w punkową perełkę. Kto inny by dostrzegł w „Love Shack” The B’52 potencjał na soczystego rockandrollowego killera? Pozostaje nam się tylko cieszyć, że takich luzackich, zdystansowanych płyt nie trzeba szukać poza granicami kraju, lecz powstają u nas, dosłownie pod nosem.






Merlin in English














![To co dobre [Digipack] - Andrzej Piaseczny](/To-co-dobre_Andrzej-Piaseczny,images_small,11,88697994862.jpg)





